Justin III Dojrzały

O kondycję Justina Timberlake’a mogliśmy być spokojni, bo po genialnej „FutureSex/LoveSounds” artysta nieprzerwanie piął się w górę. Postawił sobie jednak poprzeczkę wysoko.

Trudno uwierzyć, że tak znany i lubiany artysta jak Justin Timberlake wydał swoją zaledwie trzecią studyjną płytę. „The 20/20 Experience”, oczekiwana ponad sześć lat, okazała się krążkiem nader dojrzałym, jak na specyfikę muzyki r’n’b. Owa dojrzałość cechuje się w przypadku JT odejściem od standardowych tanecznych kawałków na rzecz utworów bardziej radiowych. Oczywiście nie należy się spodziewać ambitniejszych tekstów, bo nie o to w tych rytmach chodzi. Zastosowanie dotychczas abstrakcyjnych jak na r’n’b instrumentów, takich jak fortepian, skrzypce czy trąbka, służy definitywnie podniesieniu klasy słuchowiska.

„The 20/20 Experience” przesłuchałem co najmniej 150 razy, a za każdym kolejnym naciśnięciem klawisza play odnajdywałem coś nowego i godnego uwagi, co w ostatecznym rozrachunku nakreślało obraz Justina Timberlake’a jako króla rytmów r’n’b i księcia popu. Zagadką pozostawał jednak jego producent, a prywatnie przyjaciel – Timbaland. O ile jego autorskie krążki „Shock Value vol. I & II” były bardzo dopracowane, o tyle można było mu zarzucić powoli wyczerpujące się pomysły na artystów, którym w teorii miał pomagać (chociażby Nelly Furtado). Timbaland jednak pewnie stanął na straży każdego dźwięku, jaki wydobywa się na „The 20/20 Experience”. I z tym zadaniem definitywnie sobie poradził. Jedyne, co można było zarzucić obu panom, to zaangażowanie rapera Jaya-Z do utworu „Suit & Tie” (dobrze, że jedynie do niego). Prywatnie partner Beyonce, a z zawodu producent, był dla mnie ciosem, jako że ugodził w tę piękną taneczną piosenkę swoim monologiem mówionych do rytmu słów, przez co „Suit & Tie” lepiej przewinąć, gdy kończy śpiewać Timberlake. Poproszenie o „pomoc” Jaya-Z było zagrywką wybitnie komercyjną, bo gdy wspominam, co zrobił z „Infinity On High” zespołu The Fall Out Boy, dochodzę do wniosku, że lepiej byłoby, gdyby w ogóle na krążku się nie pojawił.

Niektórzy krytycy zarzucali Justinowi Timberlake’owi brak rewolucyjnych zabiegów na „20/20”, a z tym zgodzić się można jedynie częściowo. Artysta zastosował znane z poprzedniej produkcji intro i outro niektórych utworów, które diametralnie potrafią zmienić rytm i klimat, przez co sama „piosenka właściwa” może nie zachwycić. Jej „otoczenie” za to powinno przypasować każdemu entuzjaście gatunku. Już samo dodanie wcześniej wspomnianych instrumentów orkiestrowych nadaje całej produkcji nowego brzmienia, tak bardzo niepodobnego do dotychczasowego dorobku artystów r’n’b i pop.

„The 20/20 Experience” to klasa wyższa i wybitne słuchowisko, lecz pod względem tego, do czego Justin nas przyzwyczaił, nie umywa się do poprzedniczki – „FutureSex/LoveSounds”, która na mojej półce piastuje miejsce niemal królewskie. Chociaż krążek zdaje się czerpać inspiracje z fuzji dawnych produkcji, pozostaje jednak płytą bardzo świeżą i taką… inną. Justin dorósł. Nie jest już ładnym chłopcem z loczkami na głowie, jakiego znamy z „Justified”, ale dojrzały mężczyzna z klasą przyodziewający idealnie skrojone garnitury i muszki. I taka też jest „The 20/20 Experience”.

Mariusz Szymla