Może nad morze?

Za oknami zrobiło się zielono, a słońce wreszcie grzeje nas w plecy. Zawitała wiosna, przynosząc tak wielką radość w społeczeństwie, jak najlepsze skoki Małysza. Jako klienci PKP nauczyliśmy się wybaczać spóźnienia, dlatego jej także wybaczyliśmy. Ważne, że jest.

Jedną z pierwszych wiosennych decyzji podjętych w parlamencie było usunięcie pogodnego Ryszarda Kalisza. Poseł zaczyna nowe życie, ale na dobry początek poleciłbym mu wyjazd w miejsce odległe od dziennikarzy, Palikota i warszawskiego zgiełku. Jak sam przyznał, lubi odpoczywać w Polsce, ale jego rozpoznawalność temu nie sprzyja.

Skoro jesteśmy przy odpoczynku, pięknej pogodzie, a odległość do sesji jest na tyle bezpieczna, że jeszcze nie musimy o niej myśleć, może pozwólmy sobie na chwilę zamknąć oczy i się rozmarzyć. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy na plaży, gdzie słychać mewy i szum morza. Mamy to szczęście, że żyjemy w kraju z dostępem do tak dużego zbiornika wodnego. Nieważne, że jest najbrudniejsze i jedno z zimniejszych w Europie.

Kochamy Bałtyk i wszystko co z nim związane, ale nie do końca rozumiem motyw ludzi, którzy cały rok ciężko pracują, aby jedyne kilka dni wolnych spędzić nad polskim morzem. Czekać dwanaście miesięcy, żeby znaleźć się na plaży o większym zaludnieniu na metr kwadratowy niż Singapur. Trafić na pogodę, która sprawia, że jedyną rozrywką jest granie w karty i picie wódki ze znajomymi w hotelowym pokoju. Najbardziej może zaboleć świadomość, że za podobne pieniądze da się wypocząć w słonecznej Turcji bądź Chorwacji. Osoby posiadające wrażliwą psychikę po krótkim urlopie w jednym z naszych kurortów, mogą wrócić bardziej zmęczone niż przed wyjazdem. Wszystko zalane betonem, stragan przy straganie, na których sprzedawcy prześcigają się kolejnymi wtajemniczeniami tandetnego asortymentu, a do tego wszechobecne maszyny grające, z których wydobywają się dźwięki tak okaleczone, że wolałbym słuchać śpiewu Mandaryny.

Idąc przez przeludnione nadmorskie miasteczko poziom wyczerpania psychicznego zwiększa się z każdym przebytym metrem. Kiedy już uda się przedrzeć przez tłum porównywalny do tego, który pcha się, aby jak najszybciej wyjść po zakończeniu niedzielnej mszy, dotrzemy na plażę. Na niej tłum patrzący na zachmurzone niebo z nadzieją na to, że jego indiańskie modły zostaną wysłuchane. Na twarzach rysuje się złość i poczucie zmarnowanych pieniędzy. Jedna trzecia jest w stanie uwierzyć, że zła pogoda jest winą rządu, a nawet, jeśli mają jeszcze co do tego wątpliwości, to kilku ekspertów powołanych przez opozycję na pewno się tym zajmie. Wracając do domu musimy zmierzyć się ze standardem niespotykanych nigdzie indziej na świecie polskich dróg. Nie muszę chyba opisywać, jaką drogę przez męki musimy przeżyć w momencie opuszczenia kurortu, kiedy tysiące kończących turnus wypoczętych wczasowiczów wyjeżdża w tym samym momencie. Nie wystawiajmy jednak swoich nerwów na próbę i otwórzmy już oczy.

Ulga? Wakacje to jednak odległa perspektywa, więc nie martwcie się i ze spokojem uczęszczajcie na zajęcia oraz chodźcie do pracy.

James Behr