SLD – partia „skoku przeszłości” czy ugrupowanie z szansą na lepszą przyszłość?

Chciałoby się powiedzieć: ach ten sojusz – miało być tak dobrze, a jest opera mydlana coraz niższej jakości. Jak samo słowo miałoby wskazywać ma on łączyć, a w rzeczywistości dzieli i to jak tylko może. Sojusz Lewicy Demokratycznej powstał w 1999 roku, co wielu może zaskakiwać. Wcześniej SLD było „zlepkiem” kilku ruchów społecznych.

Dopiero konstytucja z 1997 roku przyznająca prawo wystawiania kandydatów na posłów czy senatorów wyłącznie partiom i wyborcom, wymusiła praktycznie rejestrację SLD jako partii politycznej. Przyszedł 2001 rok i Sojusz wygrał wybory w wielkim stylu. Zupełnie inną kwestią jest to, w jak niebywały sposób przetrwonił silne poparcie społeczeństwa uzyskane w czasie, w którym zdobył ponad 200 mandatów. Od tej wygranej wyborczej zaczęła się historia upadku.

W 2002 roku wybuchła „afera Rywina”, choć niektórzy utrzymują, że nic takiego nie miało miejsca, jak np. Leszek Miller mówiący na łamach „Super Expressu” w dziesiątą rocznicę wybuchu „afery” o pracownikach „Gazety Wyborczej”: „skoro numer z Rywinem nie wyszedł, musieli biedactwa wrócić do rycia, podszczypywania, konfabulowania”. Do dziś relacje miedzy SLD, a Gazetą Wyborczą nie należą do „najcieplejszych”. Przysłowiowym gwoździem do trumny była „afera starachowicka” w 2003 roku, która wpłynęła na postrzeganie ugrupowania jako powiązanego z grupami interesu, które mają podejrzane intencje. W 2005 roku jednego z głównych bohaterów „afery starachowickiej” Zbigniewa Sobotki, niegdysiejszego wiceministra MSWiA ułaskawił w ostatnich dniach urzędowania prezydent Aleksander Kwaśniewski. Sprawa ta do dziś jest kontrowersyjna i nie są znane kulisy podjęcia tej decyzji. Po tece premiera L. Millera i M. Belki, na pierwszy plan wysunął się Wojciech Olejniczak, który miał stać się symbolem nadejścia lepszych czasów dla Sojuszu i jego powrotu do władzy. SLD był krytykowany za wystawianie na pierwszy plan ludzi doświadczonych, ale już starszych, nie dając tym samym szansy dla członków młodych i energicznych. W. Olejniczak miał być niczym strażak, który ugasi pożar. Będąc ministrem rolnictwa w latach 2003-2005 pokazał się jako osoba kompetentna i świetnie prezentująca się w mediach. Jednak jako przewodniczący nie był w stanie doprowadzić do rozejmu między różnymi członkami ugrupowania. Można nawet przypuszczać, że nie miał zbyt wielkiego autorytetu wśród najstarszych członków SLD, podobnie zresztą jak jego następca Grzegorz Napieralski. Olejniczak próbował budować lewicę i ją integrować. To za jego kadencji przewodniczącego powstał LiD (2006 – do 2008), który jako projekt polityczny nie odniósł sukcesu.

Przyszedł kolejny „czas młodości” na stanowisku przewodniczącego SLD w wydaniu G. Napieralskiego. Mimo przeciętnego sprawowania funkcji przewodniczącego i braku spektakularnych sukcesów, udało mu się uzyskać dość dobry wynik w wyborach prezydenckich w 2010 roku na poziomie 14% głosów. Napieralski nie wykorzystał jednak w umiejętny sposób „kapitału”, jaki mu się nadarzył i pod koniec 2011 roku przewodniczącym Sojuszu został L. Miller, który powrócił z banicji. Znowu przyszedł czas na pewne tradycyjne, jak na warunki polskie, prowadzenie partii przez doświadczonego polityka. Miller choć dobrze wypada w mediach, to nie potrafi tego przekuć na popularność partii.

Problem lewicowości
Problem lewej strony polskiej sceny politycznej jest taki, że już dawno przestała żyć i oddychać własnym powietrzem. Każdy lider SLD pod względem osobowości ma własną wizję partii i żaden z nich nie jest w stanie zintegrować ogółu pomysłów w spójną całość, którą by realizowali wszyscy. Nikt nie ma skutecznej koncepcji na budowę lewicy zdolnej do wygranej w wyborach. Chociaż uznawanie SLD za w 100% lewicową jest kontrowersyjne, dziennikarze do tej pory wypominają L. Millerowi propozycję podatku liniowego. Ten problem już dawno dostrzegli sami, już teraz byli, politycy SLD jak np. Marek Borowski. Paradoksem sytuacji jest to, że mimo zdecydowanego podziału elektoratu wyborczego na PO i PiS oraz mniejszości głosujących na inne partie, to takie postacie jak Włodzimierz Cimoszewicz czy Ryszard Kalisz, jeśli startowałyby w wyborach np. prezydenckich, to poważnie mogłyby zagrozić faworytom wystawionym przez dwie dominujące partie, natomiast L. Miller jako kandydat w wyborach nie miałby wielkich szans.
Konflikty i nieporozumienia oraz wzajemne obwinianie się za błędy powoduje jedynie to, że SLD nie jest w stanie wystawić polityka mającego realne szanse na wygranie wyborów, który by przewodniczył Sojuszowi i wokół którego można by było budować platformę poparcia społecznego. Od powstania SLD było tam wielu liderów, którymi nie miał kto pokierować, gdyż A. Kwaśniewskiego już jako prezydenta społeczeństwo nie utożsamiało z partią. Jego postać jest bardzo ciekawa. Mimo wielu wpadek i to nie małych, jak choćby sprawa jego wykształcenia czy zachwianie się nad pomnikiem w Charkowie, Polacy nie tylko mu wybaczyli, ale też zapomnieli, obdarzając go nieprzerwwani wielkim zaufaniem.

Droga do nicości
Czy jest już za późno dla SLD? Wydaje się, że L. Miller reprezentuje czasem zbyt konserwatywny styl uprawiania polityki. Nie potrafi pragmatycznie iść z duchem czasu. Czasem zbyt szybko podejmuje decyzje, które zamykają furtki na długie lata. Czyżby przewodniczący żył przeszłością? Wydaje się, że trochę tak. Mówienie co kiedyś zrobił SLD jest obecnie dla elektoratu bez znaczenia. Problemem polityków Sojuszu jest nieumiejętność wychowania następców przez osobowości takie jak: L. Miller, J. Wenderlich czy R. Kalisz. W mediach ciągle pojawiają się te same twarze, co jest szczególnie nudne dla ludzi młodych.

Początek lewicowego katharsis?
W tym ugrupowaniu jak i w całej polskiej lewicy (jeśli takowa istnieje) występują duże zakłócenia komunikacyjne. Wszystkie środowiska lewicowe przypominają statek w czasie burzy, na pokładzie którego pasażerowie zamiast ratować siebie i okręt, dążą do samobójstwa. Stopniowo odchodzą największe postacie SLD. Najpierw M. Borowski, W. Cimoszewicz, potem M. Siwiec, a teraz R. Kalisz i można chyba powiedzieć, że również A. Kwaśniewski. Relacje między aktualnym przewodniczącym, a Józefem Oleksym również nie należą do „gorących”, nie wspominając o różnych zdaniach w sprawie zaproszeń na kongres lewicy, który jest zaplanowany na czerwiec. Jeśli odejdzie jeszcze kilka osób z ugrupowania, to może pojawić się sytuacja, w której nie będzie czego naprawiać lub budować, bo zwyczajnie zabraknie kapitału ludzkiego. Ostatnie wydarzenia pokazują, że po „lewej stronie” zapanował chaos i codziennie pojawiają się nowe problemy. Ale co może to oznaczać? Po pierwsze, w końcu coś się w niej dzieje, następuje jej formowanie, tylko wciąż nie wiadomo w jakim kierunku. Po latach panowania prawicy w Europie i obecnie szalejącym kryzysie gospodarczym, cierpliwość ludziom zaczyna się kończyć, a to może oznaczać powrót lewicy. Po drugie być może, pojawią się jacyś realni konkurenci dla PO i PiS. Po trzecie Polacy mają szansę doczekać się wykrystalizowania sytuacji zarówno w SLD i układów tam panujących, jak i powstania lewicy na miarę XXI wieku.
Szansa w polityce jest zawsze, bo to najbardziej nieprzewidywalne pole działań człowieka. A. Kwaśniewski jako pewny punkt poparcia został utracony, jedynym wyjściem pozostaje budowa „nowego SLD” nie powracającego do przeszłości i kształtowanie nowego, młodego pokolenia w partii, dzięki któremu wyborcy zapomną o dość dziwnych relacjach łączących liderów, notabene, wykruszających się coraz bardziej. Do sytuacji panującej w Sojuszu świetnie pasuje metafora jakiej użył Zygmunt Bauman mówiąc o Europie jako niedokończonej przygodzie. Polski socjolog używał tej metafory m.in. w kontekście problemu jaki ma Europa w określeniu swojej tożsamości. Taki sam problem ma SLD – jeśli upora się z dylematem swojej tożsamości, będzie to duży krok do przodu i być może sygnał wielkiego powrotu.

Niedokończona przygoda czy historia?
Niedokończona przygoda w przeciwieństwie do niedokończonej historii kiedyś się zamknie i w tym należy upatrywać szansy dla powrotu równowagi w polskim parlamentaryzmie. Bez względu na to czy ktoś ma lewicowe przekonania czy nie, to jednak dychotomia PO – PiS jest od dawna męcząca. Pamiętajmy, że powstanie nowej, silnej lewicy wymusi w końcu, prędzej czy później zmianę prawicy i centrum z wielu powodów. Jednym z najbardziej oczywistych jest konkurencja polityczna. Pozostają dwie drogi: pierwsza to zmiana SLD z partii układów i konfliktów liderów na lewicę szerokiego spektrum z jasnymi poglądami. Druga droga jest najbardziej bolesna, gdyż oznacza polityczną śmierć.

Paweł Mańkowski