Jak ma wyglądać Niepodległa?

Niewiele jest w roku świąt, które tak skutecznie prowokują do dyskusji nad historią i patriotyzmem. Politycy wszelkich opcji co roku nęcą swoją wizją Niepodległej Polski – z Europą lub bez, katolicką lub świecką. Czy prawdziwy patriota musi bezwarunkowo opowiedzieć się za jedną z nich, lansowanych przez Komorowskiego, Tuska, Kaczyńskiego czy Palikota?

Dla formalności – garść faktów, które każdy Polak musi znać: w 1918 roku, po 123 latach niewoli pod okupacją zaborców – Prus, Rosji i Austrii – Polska odzyskała niepodległość. Było to zwieńczenie procesu obejmującego kilka kluczowych wydarzeń, przede wszystkim klęskę Niemiec podczas I wojny światowej. Tyle wie każdy.

Co, gdzie, kiedy?

Nie każdy wie, że rzeczywistą datą ogłoszenia przez Radę Regencyjną niepodległości był już… 7 października! Zaś powstanie w Lublinie Tymczasowego Rządu Ludowego nastąpiło dokładnie miesiąc później. Premierem został Ignacy Daszyński.
Skąd zatem pomysł, by odzyskanie niepodległości świętować 11 listopada? Tego dnia Rada Regencyjna uczyniła Naczelnym Dowódcą Wojsk Polskich Józefa Piłsudskiego. Czy wydarzenie to było na tyle istotne, żeby właśnie tego dnia obchodzić tę niezwykłą rocznicę? Cóż, dla piłsudczyków zdecydowanie tak. Jednak niektóre środowiska prawicowe mniej przychylne marszałkowi z powodu jego socjalistycznych idei (będących w opozycji do wizji Dmowskiego) do dziś uznają za datę odzyskania niepodległości dzień 7 października. Do tych środowisk należy dziś m.in. Nowa Prawica Korwina-Mikkego.
Ciekawostka związana z Poznaniem, specjalnie dla czytelników mniej zaprzyjaźnionych z historią: istotnym symbolem odzyskanej niepodległości było objęcie 11 listopada 1918 r. nadburmistrzostwa stolicy Wielkopolski przez Polaka – Jarogniewa Drwęskiego.

Ideologiczny kocioł

Jak to bywa w polityce, wydarzenia, które powinny być prawdziwym spoiwem narodu stają się kością niezgody. Spór o datę jest w gruncie rzeczy nieistotny. Ważniejsza jest odpowiedź na pytanie, dlaczego przy okazji tak radosnego święta mamy do czynienia z jakimikolwiek frakcjami, czy może dosadniej, frontami. To drugie słowo, kojarzone z nomenklaturą wojenną chyba lepiej oddaje atmosferę polskich obchodów.
Z drugiej strony, zrozumieć można pewien pesymizm kierujący niektórymi elitami, nawet zakładając wesołą atmosferę święta. Nie ma bowiem nic złego w tym, że idąc w pochodzie z polską flagą w ręku zastanawiamy się, co dziś zagraża naszej suwerenności. Takie zagrożenia istnieją zawsze. Jeśli dla kogoś takim zagrożeniem jest Unia Europejska, której postanowienia zyskały zwierzchnictwo nad polskimi organami ustawodawczymi, to ciężko mu będzie pójść w pochodzie z jej zwolennikiem. I odwrotnie – ktoś, kto w dotacjach unijnych i wspólnej walucie widzi szansę na silną Polskę nie stanie ramię w ramię z eurosceptykiem.
Podobnym podziałem jest podział na zwolenników państwa katolickiego i tych opowiadających się za państwem świeckim. Kwestie fundamentalne, jak wiadomo, nie znoszą kompromisu, co raczej nie pozwala mi wyobrazić sobie świętowania niepodległości wspólnie, ponad podziałami.

Patriotyzm apolityczny możliwy?

Tyle jednak o elitach i ich poddanych. Czy ludzie mający w nosie politykę, nie angażujący się w polsko-polskie przepychanki na górze, mają prawo do odczuwania dumy z bycia Polakami? Wbrew temu, co sugerują zachowania i słowa polityków, mają i to bez dwóch zdań. Do tego nie trzeba zajmować miejsca w jakimkolwiek narożniku na ringu. Każda refleksja o Polsce kiedyś, dziś i jutro jest dowodem patriotyzmu. Szacunek do symboli i znajomość historii jest ważniejsza, niż karta do głosowania włożona do urny.

Aktualizacja – 11 listopada
Wszyscy, którzy mieli nadzieję, że przy okazji relacji z obchodów nie usłyszymy o zamieszkach zakłócających radosną atmosferę święta, mocno się zawiedli.

Partia Jarosława Kaczyńskiego marsz zorganizowała w Krakowie. Prezes we właściwy dla siebie sposób mówił o wewnętrznych siłach, które odbierają Polsce suwerenność. Prezydent Komorowski stanął na czele marszu w stolicy, który poprzedziły uroczystości na placu Piłsudskiego. Sielankowy nastrój przerwany został w niedzielę około godziny 15.30, czego w sumie należało się spodziewać.
Marsz Niepodległości, organizowany przez środowiska narodowe, przerodził się – według relacji jednego ze świadków – w regularną bitwę. Ratusz, po prośbie warszawskiej policji, marsz rozwiązał.
Demonstracja rozpoczęła się przemówieniami na Placu Defilad. Organizatorzy apelowali o względny spokój: – Zachowujmy się tak, by nie było na nas haka – prosił rzecznik ONR. Pochód początkowo przebiegał spokojnie. Co jakiś czas podnosiły się okrzyki antyrządowe i słynne już raz sierpem, raz młotem…
Wkrótce wybuchły petardy, a uczestnicy odpalili race. O zakazie ich używania policja pouczała organizatorów marszu. Gdy przy ulicy księdza Skorupki przerwano kordon mający ochraniać uczestników, kilkaset osób odłączyło się i rozpoczęło burdy. Część z nich próbowała wedrzeć się do budynku tzw. antyfaszystowskiej organizacji. Doszło do kilku incydentów: podpalono tęczową flagę, obrzucono kamieniami budynek rosyjskiej ambasady oraz podpalono budkę znajdującą się na jej terenie. Do godziny 18.00 podawano informację o czterech rannych policjantach.
Zdecydowana większość pochodu dotarła spokojnie do celu. Mimo oficjalnego rozwiązania marszu, Artur Zawisza zapowiedział, że nie zamierza rezygnować z przemówienia na Agrykoli, gdzie zaplanowano zakończenie demonstracji.
W mediach rozlegają się komentarze. Niemal wszystkie mają jeden dominujący ton: kibole-narodowcy zakłócają święto. Biorąc pod uwagę liczebność zgromadzenia (organizatorzy mówią o kilkunastu tysiącach uczestników) i odsetek niepokornych, uzasadnione jest uznanie takich komentarzy za krzywdzące. Należy z czystej przyzwoitości oddzielić ludzi z prawicowymi przekonaniami od bandy chuliganów. W relacjach i komentarzach telewizyjnych ekspertów wszystko musi być czarno-białe. Niestety, znowu największą przegraną jest polska myśl prawicowa, która przez lewicowe autorytety będzie stale łączona z zachowaniem garstki frustratów.
Michał RADZIMIŃSKI