Impreza na końcu świata

Źródło: itunes.apple.com; Powrót – ale czy spektakularny?

Trzeba przyznać, że uczucie dostawania obuchem w głowę, wypluwania brokatu i confetti z wczorajszej imprezy i bezwładnego, ale szczęśliwego dryfowania w kosmicznej przestrzeni jednocześnie jest raczej trudne do osiągnięcia. Mieliśmy prawo o tym zapomnieć – w końcu ostatnia płyta Gorillaz wydana została w 2010 roku. Teraz brytyjska grupa powraca z krążkiem Humanz, by siać zamęt w branży, jak i w głowach fanów.

Formacja założona pod koniec lat 90. przez muzyka Damona Albarna i rysownika Jamiego Hewletta popularność zyskała szybko przez wizerunek (w zespole grają wirtualne postaci) i brzmienie będące połączeniem wielu gatunków muzycznych (między innymi rocka, hip-hopu i elektroniki). I to właśnie ono było od samego początku istnienia grupy głównym wyznacznikiem pewnej dojrzałości muzycznej i odwagi do eksperymentów.

Tymczasem Humanz jest albumem wielopoziomowym. Z jednej strony słyszymy „stare” Gorillaz z charakterystycznym, często jednostajnym brzmieniem, prostym rytmem przeplatanym elektronicznymi wstawkami i leniwym, a nawet niedbałym wokalem Albarna. Z drugiej – płyta z wielu względów może wywołać w słuchaczach uczucia ambiwalentne.

Co za dużo, to niezdrowo?

Płaszczyzna pierwsza – wielość artystów występujących gościnnie. Gorillaz zaprosiło do współpracy osobistości, takie jak ikonę popkultury Grace Jones, De La Soul (zespół współodpowiedzialny za nagrodzony Grammy singiel Feel Good Inc.) czy odwiecznego konkurenta Albarna (sic!) Noela Gallaghera. Muzycy towarzyszą Gorillaz w prawie każdym utworze na płycie. W niektórych przypadkach współpraca zdaje egzamin (jak w bitowej „She’s My Collar” nagranej z Kali Uchis), w innych – całkowicie odstawiają Damona Albarna na drugi plan („Hallelujah Money” z Benjaminem Clementinem). Humanz wyraźnie zaciera dominację dotychczasowego lidera. Z Albarnem stojącym w cieniu i brakiem motywu przewodniego całość zdaje się być nieco chaotyczna, bez konkretnego kierunku.

Tańczymy na gruzach

I tu należy spojrzeć na płaszczyznę drugą – sam charakter płyty. Album przywołuje wizję końca świata po – jak wyraźnie sugerują teksty utworów zawartych na Humanz – przejęciu władzy przez Donalda Trumpa. Gorillaz zaprasza nas na postapokaliptyczną imprezę z przekazem „Co prawda wszystko się wali, a policja będzie zabijać nas na ulicach, ale przynajmniej sobie poskaczemy”. Czy może być to uznane za przekonujące? W obliczu faktu, że wygrana Trumpa stała się muzyczną inspiracją do kreślenia dźwiękowych antyutopii i kataklizmów dla wielu artystów – niekoniecznie, choć obok niezwykle chwytliwego, przejmującego tekstowo, hip-hopowego „Let Me Out” trudno przejść obojętnie.

„Dziwny” to pierwszy przymiotnik, jaki przychodzi na myśl po przesłuchaniu Humanz w całości. To album trudny i niepokojący, niemożliwy do postawienia na jakiejkolwiek gatunkowej półce, taki, na którym elektroniczne syntezatory i zaśpiewy w stylu R&B stanowią tło dla opowieści o politycznej katastrofie i relacjach międzyludzkich. Nowy album Gorillaz jest trochę jak nowa sympatia naszej najlepszej przyjaciółki. Może się nie podobać, ale znać wypada.

Małgorzata PELKA