Orange Warsaw Festival – relacja

Fot. Julia Kryślak; Orange Warsaw Festival

Tydzień temu okolice Toru Wyścigów Konnych na Służewcu w Warszawie zostały oblężone przez fanów koncertów pod chmurką. Tysiące ludzi, wielu artystów, dwie sceny, głośna muzyka i niewyobrażalnie świetna atmosfera. Tak w kilku słowach można podsumować tegoroczny Orange Warsaw Festival. Wydarzenie, które od 2008 r. odbywa się w stolicy, zachwycało pod każdym względem.

Kiedy w grudniu ubiegłego roku pisałam o pierwszym headlinerze OWF 2017, nie spodziewałam się, że sama będę w tym festiwalu uczestniczyć. Przekonał mnie jednak godny podziwu line-up i miłość do muzyki na żywo. Już 1 czerwca, wraz z przyjaciółmi, byłam w drodze do Warszawy. 2 czerwca, około godziny trzynastej, zjawiliśmy się przed Torem, czekając z niecierpliwością i podekscytowaniem na wymianę biletu na opaski umożliwiające wejście na teren wydarzenia. O szesnastej usłyszeliśmy pierwsze dźwięki muzyki na żywo. Na Warsaw Stage miałam przyjemność posłuchać przez chwilę młodego polskiego zespołu Suumoo, z którym gościnnie wystąpił Piotr Zioła. Muszę przyznać, że trio tworzące indieelektornikę wypadło naprawdę dobrze. Tego dnia na scenie pojawili się jeszcze Little Simz, Łona i Webber, Maria Peszek oraz Kamp!.

Czas płynął, a wraz z nim przyszła kolej na gwiazdy występujące na Orange Stage. O siedemnastej, na główną scenę wyszła irlandzka formacja grająca alternatywnego rocka z domieszką folku Kodaline. Ich debiutancki album „In a Perfect World” ukazał się w czerwcu 2013 roku. Znani są przede wszystkim z piosenek „All I Want”, „High Hopes”, „Love Like This” i utworu powstałego w wyniku kolaboracji z Kygo – „Raging”. Chłopacy nie zawiedli publiczności i zagrali super show pełen interakcji z fanami. Sami z pewnością też nie byli zawiedzeni, widząc jak dobrze się bawimy. Nie zabrakło oczywiście polskich flag na scenie i akcji koncertowych.

Kodaline był swoistą rozgrzewką przed brytyjską grupą tworzącą muzykę elektroniczno-popową, czyli Years & Years. Wszystko, co robili Kodaline, Years & Years zrobili dwa razy mocniej. Tęczowe i polskie flagi, akcje koncertowe, wspaniały kontakt z publiką, zaskakująco dobre ruchy taneczne, a także kilka coverów w setliście. Osobiście nie spodziewałam się aż tak dobrego koncertu. Teraz wiem, że jeśli wrócą do Polski, chętnie ponownie wybiorę się na ich koncert, aby jeszcze raz móc usłyszeć m.in. „King”, „Desire” czy „Shine” i zobaczyć cuda, które wyprawiają na scenie. Wokalista Olly Alexander zaskoczył nas, mówiąc kilka słów po polsku. Nie mniejszym zaskoczeniem było zaproszenie przez niego pewnej dziewczyny na scenę, której transparent bardzo mu się spodobał. Olly zaśpiewał dla niej piosenkę, porozmawiał i nawet z nią zatańczył. Z pewnością na długo pozostanie to w jej pamięci.

Fot. Julia Kryślak; Years & Years

Przyszedł w końcu czas na gwiazdę wieczoru – Kings Of Leon. Długo wyczekiwany przeze mnie koncert. Znany rockowy zespół, tworzony przez trzech braci i kuzyna, grał długo i fenomenalnie. Niektórzy byli zawiedzeni małą ilością interakcji z publicznością, jednak ich muzyce nie można niczego zarzucić. Poza tym powszechnie wiadomo, że Caleb Followill woli swoje emocje przekazywać poprzez śpiew. Wszyscy doskonale bawili się na legendarnych już hitach „Use Somebody” i „Sex On Fire”. Oprócz tego można było usłyszeć „Pyro”, „Closer”, „Waste a Moment” czy też „Find Me”. Pojawiła się więc mieszanka starego i nowego materiału.

Fot. Julia Kryślak; Kings of Leon

Pierwszy dzień zamykał młody holenderski DJ Martin Garrix. Jego występ był gratką dla fanów electro house’a. Trzeba przyznać, że 21-letni Holender dał czadu. Kolorowe lasery, buchające płomienie, konfetti, fajerwerki i oczywiście muzyka, która sprawiła, że wszyscy tańczyli i skakali bez wytchnienia. Garrix był tak zafascynowany polską publicznością, że przedłużył swój set o pół godziny! Tak właśnie wyglądał dzień pierwszy. Szalenie i tanecznie.

Drugi dzień na Warsaw Stage rozpoczęła Rosalie. Nie było mi dane uczestniczyć w tym koncercie, tak samo jak nie udało mi się posłuchać pierwszej gwiazdy na main stage – Darii Zawiałow. Wybrałam się dopiero na show Two Door Cinema Club – zespołu rockowego pochodzącego z Irlandii Północnej. Chłopacy znani są przede wszystkim z utworu „What You Know”. Zagrali m.in. swoje stare, dobre utwory, w tym „Something Good Can Work”, a także aspirujące piosenki z nowej płyty, takie jak „Lavender” i „Are We Ready?”.

Fot. Julia Kryślak; Two Door Cinema Club

Najlepsze było jednak przed nami. Mówię o headlinerze – Imagine Dragons. Jeden z moich ulubionych zespołów oczywiście nie zawiódł. Publiczność bawiła się tak dobrze (a może i lepiej), jak na ich pierwszym koncercie w Polsce, który odbył się w Łodzi. Ludzie śpiewali i tańczyli w rytm takich hitów jak „Radioactive”, „Demons”, „I Bet My Life”. Grupa testowała na nas także utwory z nowej płyty „Evolve”, w tym „Thunder” i „Believer”, która będzie miała swoją premierę 23 czerwca bieżącego roku. Dan Reynolds zapowiedział, że na pewno zjawi się u nas z nowym materiałem. Jeśli chodzi o ich koncert, a raczej wyśmienite show, to uważam, że było najlepsze podczas tegorocznego festiwalu. Nikt nie miał tak wspaniałego kontaktu z fanami, jak właśnie ten indie rockowy zespół. Polska flaga na ich ramionach, wspólne śpiewanie, a nawet „przybijanie piątki” z publicznością. Chłopacy byli zachwyceni publiką, a w oczach wokalisty kilka razy było widać wzruszenie. Z pewnością jest to koncert, który zapamiętam na długo.

Fot. Julia Kryślak; Imagine Dragons

Przed nami został już tylko Justice. Początkowo planowałam zobaczyć występ You Me At Six na drugiej scenie, jednak francuski zespół electro-houseowy porwał mnie i moich znajomych do tańca na tak długo, że już nie było po co iść na Warsaw Stage. Muszę przyznać, że nie spodziewałam się, iż tak dużo ludzi będzie szaleć w rytm ich muzyki. Późnym wieczorem Tor rozbrzmiewał m.in. piosenkami „Chorus”, „D.A.N.C.E”, „Fire”, czy też „Randy”. Zapewne sporo działo się także na Warsaw Stage. Wystąpiły takie gwiazdy jak Lor, Miuosh, You Me At Six i Natalia Nykiel.

Oprócz dwóch scen koncertowych na terenie festiwalu można było oczywiście posilić się w wielu budkach (opcje wegańskie i wegetariańskie były wyśmienite), podładować telefon, wypić (nie tylko wodę i napoje gazowane), a także bawić się do późnych godzin w hali i pod namiotem z muzyką klubową. Sama skorzystałam z tej opcji w drugim dniu imprezy.

Orange Warsaw Festival staje się coraz lepszy i było to widać także w tym roku. Pozostaje nam tylko czekać na następną edycję i zachodzić w głowę, czym zaskoczą nas organizatorzy. Do następnego roku!

Julia KRYŚLAK