Zamach na wolność

Autor: Fotolia / konstantant

Europą ponownie wstrząsnęły doniesienia o zamachach terrorystycznych. Na celowniku radykałów po raz kolejny znalazł się Londyn, gdzie rozpędzona ciężarówka oraz atak nożownika pochłonęły dotąd życie 7 osób, oraz Turyn, gdzie na Piazza San Carlo doszło do ataku paniki po zawaleniu się części metalowej konstrukcji w pobliżu strefy kibica, powodując obrażenia u blisko 1,5 tysiąca zgromadzonych na placu. Co sprawiło, że liberalna Europa stoi na progu wojny międzykulturowej?

Zamachy na tle terrorystycznym stają się częścią krajobrazu Starego Kontynentu. Doniesienia o kolejnych ofiarach niezmiennie wywołują protesty na całym świecie, wzbudzają również strach maskowany odważnymi deklaracjami Europejczyków. Odległość czasowa oraz przestrzenna między kolejnymi zdarzeniami systematycznie się zmniejsza. W ciągu ostatnich lat na celowniku terrorystów kilkakrotnie znalazł się m.in Londyn, Paryż, a także Berlin czy Sztokholm. Jedno z ostatnich uderzeń zamachowców miało miejsce w Manchesterze po zakończeniu koncertu Ariany Grande. Co najmniej kilka zamachów – w tym niedawno w Moskwie – zostało udaremnionych. Wszystkie łączy jedno – są zamachem na naszą, europejską wolność.

Wielka kula śniegowa

Problem z migrantami ekonomicznymi (błędnie utożsamianymi w mediach z uchodźcami) sięga korzeniami czasów powojennych. Do ówczesnej Republiki Federalnej Niemiec zaczęli masowo przybywać pracownicy najemni, wśród których znaczną część – obok Greków, Hiszpanów, czy Jugosławian – stanowili Turcy. Pod koniec lat 50. XX wieku przybysze zaczęli być określani mianem gastarbeiter, stanowiąc coraz większy odsetek ludności, a zarazem coraz bardziej liczącą się siłę napędową wyniszczonej wojną niemieckiej gospodarki. Migracja stała się szansą na lepsze życie w Europie podzielonej żelazną kurtyną. Rozwijały się zalążki unii gospodarczej, która w przyszłości miała stać się Unią Europejską. Do Unii zaczęto przyjmować coraz więcej krajów, co oznaczało dostęp do rynku pracy dla obywateli nowo przyjętych państw. Pojawiła się strefa Schengen, która wydawała się być niezniszczalna. W poszukiwaniu lepszego losu na Stary Kontynent zaczęli napływać ludzie z całego świata, często na stałe. Niestety – brak konsekwencji w uszczelnianiu tej strefy stał się przyczyną kryzysu migracyjnego, jaki znamy dziś. Słabym punktem stało się południe Europy, od którego niemal wszystko się zaczęło.

Na jedną kartę

Początków obecnego kryzysu migracyjnego należy doszukiwać się  w wydarzeniach tzw. arabskiej wiosny z lat 2010-2013, które doprowadziły do zmian sterów u władzy, zniszczenia wielu krajów, a co się z tym wiązało – masowych migracji. Sytuację destabilizowały trwające wojny w Iraku i Afganistanie. Dla wielu zdesperowanych ratunkiem wydawała się być Europa, więc stawiali wszystko na jedną kartę, decydując się na przeprawę przez Morze Śródziemne na teren Unii, gdzie – po przekroczeniu granicy – próbowali się osiedlać. Sytuacja szybko zaczęła wymykać się spod kontroli i do uchodźców uciekających przed wojną zaczęli dołączać imigranci ekonomiczni. Niektórzy, z racji pochodzenia z byłych kolonii (np. francuskich), łatwiej przenikali do Europy, często ściągani przez osiadłych tu krewnych. Przybysze, którym udało się przedostać, korzystali z lepszych warunków życia i życzliwości Europejczyków, powodując szybki przyrost demograficzny, a nierzadko żyjąc głównie ze świadczeń socjalnych. W europejskich miastach zaczęły wyrastać muzułmańskie dzielnice odgradzające się od reszty zabudowań. Z biegiem lat fala uchodźców zaczęła narastać, stając się niemożliwą do opanowania. Celem migrantów stały się bogate państwa Europy Północnej i Zachodniej, głównie Niemcy oraz Szwecja, do czego walnie przyczyniły się wypowiedzi Angeli Merkel zachęcające przybyszów do przyjazdu. Media zaczęły rozpisywać się o problemie, epatując zdjęciami matek i dzieci, które w rzeczywistości stanowiły zdecydowaną mniejszość wśród przybyłych. Ci nie przebierali w środkach i szybko stało się jasne, że kryzys przybiera na sile. Obecne wydarzenia realizowane są przez szybko radykalizujących się przybyszów, którzy zamiast asymilacji, coraz częściej skłaniają się ku dominacji.

Polska daje odpór

W kontekście coraz mniej przekonujących wypowiedzi zagranicznych polityków Polska może czuć się krajem bezpiecznym. Niewielki odsetek mniejszości oraz mało atrakcyjne warunki bytowe stawiają nas, jako kraj, na uboczu całej sytuacji. W znacznie gorszej sytuacji są nasi liczni rodacy, którzy wyemigrowali do krajów Europy Zachodniej, pojawiając się nierzadko w samym centrum wydarzeń. Politycy europejscy nie szczędzą nam gorzkich słów, uważając, że nawarzone przez liberalną politykę Zachodu piwo, powinni solidarnie pić wszyscy członkowie Unii. Utarczki między naszymi konserwatywnymi rządami a politykami krajów ościennych stają się powoli codziennością; na razie bez widocznych konsekwencji. Czy Polska nadal będzie mogła czuć się bezpieczna? Mimo wszystko, na odpowiedź będziemy musieli jeszcze trochę poczekać.

Weronika MIKSZA