Kibic malkontent

Fani Barcelony ostatnio sporo narzekają, choć de facto nie mają powodów do utyskiwania. Okazuje się jednak, że zawsze można sobie wymyślić jakiś pretekst, by obsmarować swoją drużynę.

Barça punktuje aż miło w Primera Division, lecz kibice są powściągliwi, a najbardziej skrajni pesymiści kwestionują taktyczne pomysły trenera Valverde. Ze szczególnym upodobaniem ciskają gromy w Luisa Suáreza. Dlaczego? Ponieważ Urugwajczyk po przeniesieniu się ze środka ataku na skrzydło zapomniał, jak się strzela gole. Fakt, brak goli Suáreza to spory mankament taktycznej ewolucji tego zawodnika. Ale jeśli przy wypominaniu mu nieskuteczności uwzględnimy też to, że Cristiano Ronaldo w tym sezonie kompletnie nie może wstrzelić się w bramkę, Karim Benzema notuje kolejne pudła (w przypadku Francuza to akurat standard, nie jest to żadna niespodzianka), natomiast as Arsenalu Alexis Sánchez też ma złą passę w Premier League, niefrasobliwość Suáreza mogłaby chyba zostać w jakimś stopniu zbagatelizowana.

Dziwi mnie, że ludzie na co dzień oglądający futbol nie mają świadomości, iż Leo Messi w ostatnich sezonach w większej mierze spełniał się w rozpieszczeniu kolegów znakomitymi asystami niż w strzelaniu goli. W tych rozgrywkach zaczął wręcz okładać rywali bramkami niemal co mecz. Jego licznik wystrzelił na poziom obłędny. Ponadto wyśmiewany przez wielu szyderców Paulinho (wcześniej gracz ligi chińskiej-sic!) już sobie w Barcelonie trochę postrzelał, mimo że w zamyśle miał pełnić rolę typowego zadaniowca harującego w destrukcji. Jaki zatem jest sens histeryzowania?

Większe powody do takich lamentów mają na Santiago Bernabéu. Cristiano Ronaldo w każdym meczu funduje fanom męczarnie niemiłosierne. Kibice już nie mogą zdzierżyć, gdy widzą, jak gwiazdor tego formatu nie daje rady strzelić gola w sytuacjach banalnych. Cała drużyna Królewskich razi dziś apatią, brakiem woli walki. Gdzie się podziała finezja i rozmach ze starć w Superpucharze Hiszpanii… Real aktualnie na ogół liczy na błysk geniuszu Isco, czasami zadziwia nas też Asensio. Generalnie w Madrycie mają twardy orzech do zgryzienia (i to nie tylko w tej białej części stolicy Hiszpanii, o czym za moment).

Być może niektórych piłkarzy Realu, którzy powinni grać pierwsze skrzypce, dopadło wypalenie. Robben i Ribéry nie są niekwestionowanymi filarami Bayernu, może także Real potrzebuje zmian personalnych.

Najbardziej niedocenianą drużyną w Europie jest dziś Tottenham. Kibice Spurs mogą być dumni ze swoich ulubieńców. Harry Kane to napastnik, który wprawdzie nie imponuje bajeczną techniką, ale te jego liczby są rewelacyjne. Anglicy kiedyś mieli Rooneya, teraz to łowca goli z ekipy Kogutów wchodzi w buty gracza Evertonu. Dele Alli to powiew świeżości w angielskiej piłce, piłkarz, który wnosi sporo fantazji zarówno do gry Tottenhamu, jak i teamu Synów Albionu. Christian Eriksen udowadnia, że w krajach skandynawskich futbol to nie tylko ten obrzydliwy pyszałek Zlatan Ibrahimović. Z kolei Koreańczyk Heung-Min Son zachwyca szybkością i poświęceniem. Wpisuje się w model typowego tytana pracy z Azji. Nawet Trippier znakomicie wypełnił lukę po Walkerze. Jeśli drużyna gra bez kompleksów na Bernabéu, należy jej się burza braw.

Przed chwilą wystawiłem laurkę, to teraz muszę wyrazić krytykę, bo okazuje się, że teza o Arsenalu jako drużynie najbardziej pociesznej z tej europejskiej czołówki została wystawiona na próbę przez graczy Liverpoolu. The Reds dotąd uchodzili za drużynę dającą radę w konfrontacjach z możnymi klubowej piłki i zawodzącą przeciwko outsiderom. Dziś tymczasem widzimy jak The Reds są gromieni przez Manchester City i Tottenham…

Teraz parę słów o drużynach z Manchesteru. City wystartowało w tym sezonie wystrzałowo. Wewnętrzna rywalizacja w zespole może wzbudzić podziw. Agüero strzela, ale strzela też Jesus, więc Guardiola ma kłopot bogactwa.  Pep zresztą znalazł się w sytuacji tak komfortowej, że podczas konferencji prasowych wdaje się w polityczne dyskusje, agitując fanatycznie za niepodległością Katalonii. Silva, de Bruyne, Sané, Sterling… Publicystyka ma być lapidarna, toteż wyrażę się jasno – drużyna na miarę mistrza Anglii! Nurtuje mnie tylko to, czy ekipa z Etihad na koszulkach zdoła zdobyć w tym sezonie ponad 100 goli. Swego czasu 103 strzeliła Chelsea pod wodzą Ancelottiego, gdy na chwałę The Blues grali jeszcze Drogba i Lampard. Oznacza to, że setka jest w zasięgu piłkarzy City. Tak czy inaczej skłaniam się też ku temu, by nie popadać zbytnio w euforię. Poprzedni sezon ludzie Guardioli również rozpoczęli fantastycznie, jednak na koniec rozgrywek fety na Etihad Stadium nie było. Jestem pod wrażeniem tego, co robi ekipa City, ale wolę tonować te świetne nastroje, pamiętam bowiem chociażby, jak Barça Gerardo Martino za kadencji tego szkoleniowca wygrała kilka spotkań, pobiła rekord zwycięstw w LaLiga, w pierwszym meczu zdemolowała Levante 7:0, a 6 goli padło w pierwszej połowie tego meczu! Później jednak było tylko gorzej, Neymar wtedy jeszcze był schowany za Messim, a Katalończycy zapętlili się w tiki-tace. City życzę dobrze, bo ci goście dostarczają naprawdę mnóstwo rozrywki swoją efektowną grą, ale tę małą dygresję daję pod rozwagę fanom drużyny Guardioli.

Na Etihad zapanowała idylla, sielanki nie ma za to na Old Trafford. Krewki José pracuje znowu solidnie, by nazwisko Mourinho po raz wtóry figurowało w kategorii antyfutbol. Na początku sezonu byliśmy oczarowani nową nadzieją angielskiej piłki, Rashfordem. Potężny Lukaku przestawiał obrońców jak chciał, natomiast teraz United przegrywa z Huddersfield… Tydzień wcześniej Mou postawił autobus na Anfield. No comment.

Nie myślcie jednak, że z satysfakcją pastwię się nad MU i punktuję bezlitośnie Mourinho, bo można, a nawet trzeba poznęcać się też nad Atlético. Drużyna Diego Simeone wciąż musi walczyć ze stereotypem zespołu zdolnego stawić opór, bawiącego się przeszkadzaniem w grze potentatom i nieporadnego, gdy należy strzelać gole ekipom z niższej półki (vide Karabach). Sam Griezmann nie zawsze wyczaruje Los Colchoneros zwycięstwo.

Jestem przekonany, że wszystkie przypadki wyżej przedstawionych drużyn są bardzo przekonujące. Weźmy taki Liverpool.  Do niedawna fani The Reds z wielkim entuzjazmem wypowiadali się o Jürgenie Kloppie i jego wizji futbolu szalenie energetycznego. To miał być żywioł, tąpniecie, futbolowy rollercoaster z happy endem dla piłkarzy z Anfield, gra wzbudzająca podziw nawet wśród najbardziej krytycznych  kibiców, a tu proszę, wyniki jednak nie spełniają oczekiwań. Tottenhamem słusznie się zachwycamy, ten luz, nonszalancja, determinacja imponują. Ostatnio w meczu Ligi Mistrzów rzucił mi się w oczy kontrast między pełnymi piłkarskiej inwencji graczami Kogutów a ewidentnie zrezygnowanymi asami Realu. Jednak trzeba mieć na uwadze, że w zasadzie zawsze karygodną rzeczą jest przesadne rozpływanie się nad nawet najbardziej finezyjną drużyną tudzież koncertowo grającym piłkarzem. Ten przypadek potwierdza ową zasadę, przecież na dobrą sprawę Tottenham niczego jeszcze nie wygrał. W przeciwieństwie do Atlético Diego Simeone, które triumfowało swego czasu w lidze, a w Champions League już dwa razy na przestrzeni paru lat Rojiblancos powinęła się noga w finale z Realem. Obecnie niestety Atlético jest drużyną bez charakteru, kto by pomyślał.

Warto zwrócić uwagę, że niektórzy w tym świecie dużego futbolu mają zadziwiające poczucie humoru i to mimo wyraźnych kłopotów w ligowej klasyfikacji. Cristiano Ronaldo kilka dni temu bąknął, że dogoni Leo Messiego w wyścigu o trofeum Pichichi. Doprawdy? Myślę, że komentarz w tym przypadku jest zbędny, niech o fanfaronadzie Portugalczyka zaświadczą liczby. Messi jeśli chodzi o gole strzelone w Primera División deklasuje dziś CR7 12:1. Jak widać, każdy ma jakieś drobne zmartwienia, na Santiago Bernabéu mogą nawet teraz bić na alarm, ale jaki sens ma to szukanie dziury w całym w Barcelonie? To absurd. W obliczu zawirowań politycznych futbol powinien być spoiwem dla społeczeństwa Katalonii, tymczasem okazuje się, że te gorące emocje wykraczają poza politykę, ze szkodą dla wszystkich.

Bartłomiej NAJTKOWSKI