Ze sportem jej do twarzy – rozmowa z Mają Kozłowską

Maja Kozłowska urodziła się w roku 1998. Jest absolwentką Liceum Ogólnokształcącego Mistrzostwa Sportowego w Poznaniu, a obecnie pogłębia wiedzę na Uniwersytecie Adama Mickiewicza, studiując dziennikarstwo i komunikację społeczną. Nastolatka wielokrotnie reprezentowała Polskę podczas Mistrzostw Świata oraz Europy, gdzie za każdym razem udało jej się pokazać z dobrej strony.

Jak rozpoczęła się twoja przygoda z kajakarstwem? Była to dobrowolna decyzja czy może jednak zostałaś postawiona przed faktem dokonanym?

Odpowiadając na to pytanie, przywołam pewną sytuację. Pewnego razu, gdy byłam w mieszkaniu u dobrej koleżanki, takie typowe, zwykłe odwiedziny, zobaczyłam u niej na tablicy medal za jakieś pierwsze miejsce. Mówię do niej: „Wika, za co ty masz ten medal?” Odpowiedziała, że poszła na kajaki, trener wsadził ją w czwórkę i na pierwszych lepszych zawodach udało im się wygrać. Stwierdziłam wtedy, że też chcę pływać na kajakach, że też chcę zdobywać medale. W miejscowości, z której pochodzę – w Choszcznie – raz na jakiś czas puszczany jest film w kinie, czasem odbywają się koncerty, są jakieś tam zajęcia sportowe, jednak kajaki wydały mi się czymś innym, dużo bardziej interesującym. Koleżanka zabrała mnie na zajęcia i tak już od czwartej klasy podstawówki trenuję ten sport.

Wspomniałaś o Choszcznie – niezbyt dużym mieście w województwie zachodniopomorskim. Powiedz mi czy życie tam, z dala od większych ośrodków sportowych, utrudnia rozwój kariery, czy może spokojniejsze trenowanie z dala od zgiełku ma więcej plusów?

Od sześciu lat mieszkam w Poznaniu i tę decyzję o przeprowadzce podjęłam właśnie z myślą o rozwoju kariery. Tutaj znajduje się choćby Szkoła Mistrzostwa Sportowego, w której sporą część uczniów stanowią właśnie kajakarze. Był to pierwszy powód opuszczenia rodzinnego miasta, natomiast drugi to bliskość, tak jak wspomniałeś, dobrego ośrodka sportowego czy lepsze sprzęty do ćwiczeń. Życie w mniej zaludnionym miejscu jest o tyle uciążliwe, że ważniejsze zawody i tak odbywają się w dużych  miastach, np. w Bydgoszczy czy Poznaniu. Zachodniopomorskie wydaje mi się być zacofane jeśli chodzi o kwestię kajaków, bowiem do wszystkiego musieliśmy dokładać.

Zanim jednak się przeprowadziłaś, chodziłaś do zupełnie normalnej szkoły podstawowej oraz gimnazjum w twoim rodzinnym mieście. Twoi znajomi z całą pewnością spotykali się po lekcjach czy w późniejszym czasie chodzili wspólnie na imprezy.  Nie było ci przykro, że treningi zobowiązują cię do dyscypliny, regularności i trzymania się pewnych zasad?

Szczerze? Mam z tym problem do dzisiaj. Wielu znajomych proponuje, żebyśmy poszli wspólnie do kina czy na spacer, a ja im na to odpowiadam: „nie, nie mogę, mam trening, jestem sportowcem”. Wiadomo, że życie towarzyskie
w takiej sytuacji mocno cierpi. Zresztą sama siebie bardzo często nie określam jako kobieta, tylko jako kajakarka. Wiąże się to z tym, że jestem świadoma, że nie mogę wypić na przykład większej ilości alkoholu, muszę położyć się wcześniej spać, bo przecież na 7:30 jest trening.

Po skończeniu Liceum Mistrzostwa Sportowego i pomyślnym zdaniu matury postanowiłaś pójść na studia dziennikarskie. Czyżby te ograniczenia, o których przed chwilą mówiłaś, wpływały na decyzję odnośnie przyszłego zawodu?

– Zawsze uważałam, że zarówno dobrze piszę, jak i rozmawiam z ludźmi. Nigdy nie miałam problemu z łapaniem kontaktu, zawsze chętnie się udzielałam społecznie. Idealną sytuacją byłoby, gdybym mogła połączyć obydwie pasje, zarówno tą dziennikarską, jak i sportową, zostając dziennikarzem sportowym. Nie ukrywam, że bardzo boli mnie to, że piłka nożna zdominowała tematykę sportową, chciałabym przyłożyć rękę do tego, że kajakarstwo byłoby bardziej rozpoznawalne – traktuje to jako pewnego rodzaju misję.

Wspomniałaś, że kajakarstwo trenujesz od czwartej klasy szkoły podstawowej. Mimo upływu lat podchodzisz to treningów jak do czegoś fascynującego, czy może wiążesz z tym negatywne emocje i odczucia?

– Nie ma osoby, która nie miałaby pewnego kryzysu w swoim życiu. Raz się chce, raz się nie chce. Czasem idzie się na trening tylko po to, by trener nie krzyczał, a czasem wstaję i wiem, że to jest mój dzień, że dzisiaj dam z siebie sto procent. Uważam siebie za ambitną osobę, także jednak częściej nie mam problemów z motywacją. Tłumaczę sobie, że być może jeśli nie pójdę na ten jeden trening to dziewięć lat treningów może skończyć w koszu niczym zgnieciona kartka.

Ambicje – uważa się, że jest to jedna z najważniejszych cech sportowców. Jaka jeszcze jest Maja Kozłowska?

– Na pewno kreatywna. Jeśli życie tworzy mi pewną trudną sytuację, zrobię wszystko, by na różne sposoby ją rozwiązać. Zauważyłam też, że należę do osób, które dobrze radzą sobie ze stresem – co niezwykle przydaje się zarówno realizując się w sporcie, jak i stawiając czoła wyzwaniom dziennikarskim. Potwierdzam również opinie, że sportowcy są bardziej zdyscyplinowani. Treningi, diety, ograniczenia – to wszystko to świetna lekcja w ćwiczeniu silnej woli.

Od wczesnych czasów nastoletnich mieszkałaś sama, w obcym mieście. Gdzie w tej całej sytuacji byli twoi rodzice? Jak przyłożyli się do tego, że jesteś w tym miejscu, w którym jesteś?

– Może nie będzie to oryginalne co powiem, ale gdyby nie wsparcie rodziców to całej tej zabawy ze sportem by nie było. Mam tu na myśli zarówno wsparcie mentalne, jak i materialne, które szczególne teraz, w czasie studiów, jest niezwykle istotne. Pamiętam sytuacje z początku trenowania, gdy pierwsze zajęcia są niezwykle wyczerpujące dla małego dziecka, które wcześniej nie miało aż tak dużo kontaktu ze sportem. Wracałam do domu i mówiłam: „mamuś, mamuś, nie mogę się nawet rozebrać przez ten ból”. Naprawdę, nie udaję, tak mnie bolały te ręce, barki. Mama wtedy mi pomagała, masowała, czasem nawet karmiła. Rodzice często przyjeżdżali na zawody, kibicowali, czułam ich obecność. Głównym motywatorem jest jednak ojciec. Gdy nic się nie udawało, zawaliłam zawody, życie prywatne się sypało, wtedy zawsze był telefon od ojca, który mówił: „młoda, nie możesz się teraz poddawać, teraz jest twój czas”

W mediach często słyszy się o nie najlepszych relacjach między kobietami uprawiającymi ten sam sport, choćby w tenisie ziemnym. Jak wygląda znajomość z innymi kajakarkami? Rywalki czy koleżanki?

 – Sytuacja wygląda bardzo różnie. Są zawodniczki, z którymi życzę sobie wszystkie dobrego, powodzenia i tak dalej, mimo iż za chwilę będziemy rywalizowały o jedno miejsce dające awans do finału. Szczęście osób, które się lubi również daje nam szczęście, więc wzajemnie się wspieramy i sobie kibicujemy. Są jednak osoby, które nadepnęły ci na odcisk w przeszłości, ale to też rozumiem. Wiadomo – hormony, adrenalina i ta rywalizacja – czasem da się we znaki.

W Internecie znalazłem informację, że jesteś w związku z innym kajakarzem.

Dokładnie kanadyjkarzem.

Powiedziałaś, że sportowcy posiadają dość charakterystyczne cechy charakteru. Bycie z innym sportowcem jest łatwe, czy wymaga innego rodzaju poświęcenia?

Od zawsze mówiłam, że chciałabym być dziewczyną sportowca. Z moim chłopakiem, Kubą, mamy o tyle fajnie, że nasze zawody się pokrywają, bo jesteśmy też w tym samym wieku. Czasem na zawodach towarzyszy mi uczucie rozdarcia, ponieważ kiedy ja się przygotowuję, mój chłopak ma właśnie wyścig i nie wiem, czy powinnam skupić się na sobie czy może jednak dopingować bliską mi osobę. Ogólnie myślę, że sportowiec sportowca lepiej zrozumie. Przychodzimy do domu razem po treningu, zmęczeni, nie musimy rozmawiać, bo dobrze rozumiemy swoje organizmy.

Największy dotychczasowy sukces Mai Kozłowskiej?

– Pani Kozłowska pochwalić się może, że jako jedyna dziewczyna dostała się do kadry narodowej maratonu kajakowego. Miało to miejsce jeszcze, gdy byłam juniorką. Trenowałam z grupą chłopaków, byli wśród nich zarówno kajakarze, jak i kanadyjkarze. Trzy lata temu miałam okazję wziąć udział w zawodach Mistrzostw Świata i Europy, wtedy udało mi się dwukrotnie zdobyć szóstą pozycję, płynąc na jedynce. Rok później na tych samych zawodach byłam dwukrotnie ósma. W zeszłym roku niestety nie udało mi się zakwalifikować do kadry seniorek, ale był to pierwszy rok starań, także jestem pozytywnie nastawiona na przyszłe lata.

Co byś musiała osiągnąć, żeby poczuć, że jesteś spełniona jako sportowiec?

W tym momencie moim docelowym punktem jest dostanie się do kadry narodowej sprintu. Grupa ta składa się z dziewczyn, które już kilkukrotnie startowały na Igrzyskach. Nie ukrywam, że będzie to wymagało ode mnie ogromnego nakładu sił, ponieważ wymogi są bardzo duże. Kroki umożliwiające realizację tego celu zostały już podjęte – zapewniono mnie, że od stycznia będę powołana na obóz kadry narodowej.

Kiedy nazwisko „Kozłowska” zobaczymy na Igrzyskach Olimpijskich?

Mam nadzieję, że w 2020 roku w Tokio. Nie ukrywam, że jest to w tym momencie jednak tylko sfera marzeń, chociaż mój ojciec wierzy, że uda mi się zakwalifikować. Ostatnio była taka sytuacja, gdy oglądaliśmy z tatą wiadomości i podawany był news o tym, że Lot zrobi specjalny samolot dla reprezentacji. Po materiale mówię: „patrz, tym polecę do Tokio”, a ojciec na to: „trzymam cię za słowo, młoda”.

Rozmawiał Patryk MEYER

Dodaj komentarz