
„Dom dobry” Wojciecha Smarzowskiego to film z gatunku tych, których nie ogląda się dla przyjemności. To przykra obserwacja mechanizmu napędzającego przemocowca oraz obrazu jego ofiary, z czasem podważającej racjonalność swojego myślenia. Trudne emocje i dyskomfort zostają z oglądającym na długo po seansie. Zupełnie tak jak dziury w psychice pokrzywdzonego po zakończeniu toksycznej relacji.
Wszystko ma swój początek, najczęściej w dzieciństwie. Smarzowski w trafny sposób ukazuje, jak fatalne wzorce rodzinne są w stanie wpłynąć na dobór potencjalnych partnerów w dorosłym życiu. Mamy tutaj zderzenie kilku takich schematów – między innymi Gosi (Agata Turkot) i jej matki Joli (Agata Kulesza), która obwinia córkę o wszystko, nawet o sam fakt, że ją urodziła i przez to rzekomo zrujnowała sobie życie. Twierdzi, że przez Gosię nie skończyła studiów. Te prawdziwe, bądź wyimaginowane, pretensje dają Joli wygodne pole do pogłębiania swojej choroby alkoholowej. Z kolei Gosia zmaga się z żałobą po śmierci dawnego partnera, tragicznie zmarłego w wypadku motocklowym, i nie może znaleźć oparcia w matce. Z drugiej strony mamy Grześka (Tomasz Schuchardt), który na pierwszym spotkaniu opowiada Gosi o długiej rodzinnej tradycji przemocy domowej. Ojciec bił jego matkę, dziadek bił babkę. Gdy rozłoży się opisane sytuacje na czynniki pierwsze, można łatwo dojść do wniosku, że jeśli Gosia i Grzesiek nie przepracowali swojego ciężkiego dzieciństwa, ich przyszłe relacje mogą powielać utrwalone w ich świadomościach mechanizmy.
Miłe złego początki
Jak to w toksycznych związkach bywa, na początku było bajkowo: wyjazdy, kwiaty, obietnice i wspólne ratowanie bezdomnych zwierząt. Gosia – z ambicją, by skończyć studia oraz podróżować. Grzesiek – imponujący wysokim stanowiskiem i pozorną wrażliwością. Sielankowe życie musiało zostać uwieńczone oświadczynami, a potem ciążą i ślubem. W trakcie seansu odnosiłam wrażenie, że bohaterka jakby straciła głos. Widzimy ją tylko jako piękną i uśmiechniętą młodą kobietę, która właściwie nic nie mówi. To celowy zabieg reżysera – spoglądamy na nią oczami Grzesia. Dla oprawcy ofiara jest jedynie projekcją, więc jej ,,milczenie” wydaje się naturalne.
Kiedy w tej baśniowej fasadzie pojawiły się pierwsze oznaki nadużyć? Odpowiedź na to pytanie jest niejednoznaczna. Sygnały, że z Grzesiem coś jest nie tak, widać już na początku ich znajomości. Mężczyzna wyznaje, że wszystkie kobiety w jego życiu były okropne i go zdradzały. Ponadto zataja przed Gosią informację o poprzednim związku małżeńskim oraz dziecku. Gdy ta ma o to słuszne pretensje, ten szybko ją ucisza mówiąc, że niby kiedy miał jej o tym powiedzieć – przecież jedynie od dłuższego czasu mieszkają razem. Z biegiem wydarzeń widzimy, jak kobieta zaczyna pękać psychicznie. Zostaje zamknięta w mieszkaniu, bo ukochany zabrał jej klucze w trosce o to, żeby ta ich nie zgubiła. To przez tę ciążę. Podobno hormony odbierają jej rozsądek. Mężczyzna stopniowo przesuwa granice, sprawdzając, na ile może sobie pozwolić, i pod płaszczykiem opieki coraz mocniej ogranicza jej wolność.
Równia pochyła
W końcu pojawia się pierwszy cios – ale to ona ,,sprowokowała”, przechowując zdjęcie zmarłego partnera. Potem dochodzi do przemocy seksualnej, bo jak może odmawiać mu bliskości w ostatnim trymestrze ciąży? Jest też przemoc ekonomiczna – wspólny kredyt to w gruncie rzeczy była jego decyzja. Po każdym takim epizodzie Gosia słyszy, że ,,wszystko będzie dobrze”, dostaje kwiaty, a koło współuzależnienia się zamyka.
Z czasem wszystko rośnie do poziomu absurdu. Kobieta jest monitorowana we własnym domu, kamery są w każdym pomieszczeniu. Emocje buzują na ekranie, a dzięki znakomitej grze aktorskiej widz czuje ich pełen wachlarz – od łez po wściekłość. Pojawia się także kwestia opieki społecznej oraz niebieskiej karty. Grzesiek jako wpływowa jednostka ma dobre znajomości w lokalnej komendzie, więc wszystkie próby ucieczki Gosi, kończą się fiaskiem. Jest pozostawiona sama sobie, a my obserwujemy różne ścieżki jej losu. Dzięki nielinearnej narracji, ciężko stwierdzić, która wersja wydarzeń jest tą rzeczywistą. Ten zabieg w mojej opinii obrazuje stan psychiczny kobiety – a co jeśli wszystko to dzieje się tylko w jej głowie?
,,Dom dobry”, choć nie należy do filmów lekkich i relaksujących, jest produkcją wartą obejrzenia. Porusza istotny problem społeczny, pokazując, jak łatwo można zostać wciągniętym w przemocową relację oraz jak trudne jest wyjście z niej. Ukazuje również ogromną siłę, jaką trzeba w sobie znaleźć, aby mimo nieudolności systemu zawalczyć o siebie. Jedynym mankamentem dzieła Smarzowskiego jest momentami nadmierne eksponowanie przemocy – niektóre sceny wydają się dołożone bez wyraźnego celu narracyjnego, a ich usunięcie nie spowodowałoby uszczerbku dla głównego przesłania. Mimo to film pokazuje, że przemoc doświadczana na wczesnych etapach dzieciństwa może rodzić nowe pokolenia naznaczone traumą i powielające znane sobie schematy. A toksyczne związki potrafią przekształcić się z najpiękniejszych chwil życia w doświadczenie paraliżującego cierpienia.
Kinga KALINOWSKA
