Japonia buntu i trzesięnia ziemi.

Festiwal Filmów Azjatyckich Pięć Smaków / Źródło: Fenestra

Gonitwa, pośród której gubi się pojęcie „za czym”, „dla kogo” i „dlaczego”. Alarm złowieszczo rozbrzmiewa echem, informując o nadchodzącym trzęsieniu ziemi. Bohaterowie zachowują czujność i spoglądają w górę, wyczekując uderzenia. „Happyend” Neo Sory okazało się perełką w oceanie filmów tegorocznego festiwalu Pięć Smaków, wzruszając, bawiąc i konfrontując widza z rzeczywistością Japonii. Albowiem o buncie nie da się dyskutować bez emocji, o czym świadczy szóstka bohaterów u schyłku liceum.

Oto młode życie Japonii, mówi językiem filmowym reżyser Neo Sora, rozpoczynając dzieło sceną przed klubem, do którego pragną wtargnąć główni bohaterowie. Ubrani w mundurki szkolne liczą, że ich młody wiek nie będzie przeszkodą na drodze do źródła muzyki rave’u. Nic bardziej mylnego. Oto zew młodości, ukazuje dalej „Happyend”, owijając Yutę oraz Kou sprytem, za pomocą którego – udając barmanów – prześlizgują się tylnym wejściem do środka. Dudniąca muzyka, neonowe światła i chwila wytchnienia od tego, co na co dzień bywa ciężarem na sercu. Klub, jako jedno z wielu miejsc „ukrywanych” na mapie Japonii, nie jest jedynie elementem rozrywki, lecz symbolem wewnętrznego wyzwolenia obywateli. 

Muzyka zaś odzwierciedla to, co drzemie wewnątrz bohaterów, co buńczuczne i spragnione sprawiedliwości. Tymi elementami, twórca otwiera film wpadający w nurt „coming of age” – obserwujący grupę nastolatków, zmagających się z problematyczną codziennością i obowiązkami, przy czym towarzyszy im gama uczuć, przeżyć i szereg pytań. Jednakże rzeczywistość szóstki bohaterów skupia się wokół rygorystycznej oraz tradycjonalistycznej Japonii, gdzie bunt zawsze wiąże się z poświęceniem. Wolność i odpoczynek trwa tylko moment, reżyser pstryknięciem palców przywraca do autentycznego świata Yutę oraz Kou. Oto nadciąga straż miejska, aby zakończyć zabawę, wylegitymować obywateli oraz odesłać na posterunek tych, którzy nie są w pełni Japończykami. Grupka przyjaciół ucieka – ulicami przemierzają nowoczesną Japonię, od której bije monumentalizm, surowość i powaga. Uczniowie są zaledwie kropeczkami na tle wieżowców i potężnych mostów, jak większość odkrytych gwiazd małymi punktami pośród ogromu Wszechświata. Moment śmiechu oraz ważkości dorastania trwa tu i teraz. Niebawem noc się skończy i ranek przyniesie ciężar codzienności, od której ucieczki poszukują młodzi obywatele.

Kwiaty dystopii i buntu

W sidła restrykcyjnego systemu szkolnictwa bohaterowie nie wpadają tak łatwo. Mundurki, przykładność i punktualność, pilność oraz rezerwa, nienaganne zachowanie oraz przede wszystkim niepodważalny szacunek wobec władzy szkolnej, systemu i rządu. Jedne z wielu niewyobrażalnie ścisłych reguł, które obowiązują pośród murów szkolnych i których nieprzestrzeganie wiążą konsekwencje. Lecz gdzie w tym wszystkim „ja”? 

Świat „Happyendu” dzieli się na dwie półkule, w których Kou staje się buntowniczym obrazem odpowiedzi, a Yuta odzwierciedla podejście zarazem zdystansowane, jak cwaniakowate. Rasizm, nacjonalizm i autorytet istniały i będą istnieć dalej, więc czy jest sens z nimi walczyć? Yuta ucieka od świata polityczno-społecznego, zanurzając się w uniwersum artystycznym, gdzie nie panują zasady, dojrzałość jest mitem, a dorosłość pełna zobowiązań i decyzji tematem tabu. Przewodzi w zapomnianej sali muzycznej – znajdującej się w szkole – zawłaszczonej przez grupkę przyjaciół, którą traktują jak miejsce spotkań i własny klub. Zamiast pluć w twarz rządowi, traktuje go poprzez żart i prowokuje – bawiąc się w DJ-a, tańcząc z resztą rówieśników w samym centrum nierówności – tuż pod nosami władzy szkolnej. Sala muzyczna jest ostoją uczniów – to tutaj mogą zwolnić w wyścigu na szczyt, wyzwolić się, wykrzyczeć wszelkie strapienia i powiedzieć „mam dość”. 

Natomiast Kou jest drugą półkulą – źródłem ognia buntu. W momencie, w którym Yuta drwi z dyrektora szkoły, podwieszając do góry nogami jego lśniący, żółty samochód w holu, Kou angażuje się w sprawy społeczne. Albowiem nie jest pełnym Japończykiem – nie urodził się w sercu kraju. I to jego dotyka karygodne zamontowanie kamer w całej szkole, które wbrew zasadom naruszają prywatność uczniów. Jest to ostatni znak od zakłamanego systemu, że tak naprawdę nie troszczą się o obywateli wyszydzanych z powodu innej narodowości, nie dbają o ich poczucie bezpieczeństwa oraz traktowanie na równi. 

„Happyend” zostaje ogarnięty dystopią. Uczniowie skazani są na telebim umieszczony w holu szkolnym, który niczym wierny obserwator wytyka im nieprzestrzegane reguły, toteż przyznaje punkty ujemne. Kamery widzą wszystko – pokazanie środkowego palca, niestosowny ubiór, przytulających się rówieśników, krzywe spojrzenie. Nie dostrzegają jedynie panującego rasizmu wobec czarnoskórych, którzy jak Tomu pragną wyjechać z kraju w momencie ukończenia liceum. Nie widzą przemawiającej jako kobieta Fumi, werbującej Kou do uczestnictwa w protestach i najtrwalej ze wszystkich buntującej się przeciwko odbieranej wolności. Nie zwracają uwagi na należącego do grupki przyjaciół Ataro – zagubionego, niepewnego siebie oraz swojej przyszłości. Trzęsienie ziemi nadciąga i każdy wyczekuje jego efektów – nie doszukując się źródła zrodzenia.

Trzęsienie ziemi

„Happyend” jest nie tylko manifestem, obserwacją współczesnej Japonii oraz słowem autobiograficznym, którym przemawiają bohaterowie Neo Sory. Trzęsienie ziemi, skalane obawą przez japońskie społeczeństwo, pełni rolę metafory nadciągającej zmiany. Sieje przesłanie wolno zbliżającej się rewolucji, czego dowodem są przerywniki montażowe na trzęsące się meble i zachowujących czujność bohaterów. Jest ziarnem niezgodności oraz okrucieństwa, jakie dotykają grupę młodych, przedwcześnie dorastających jednostek. Presja i wymagania narzucane przez rodzinę oraz system społeczny, wieczne dążenie do bycia „najlepszym” oraz strach przed podwinięciem nogi – albowiem o upadku nie ma mowy. Kłębiące się myśli o podjęciu odpowiedniej kariery, wyścig ku świetlanej lub chociażby „godnej” przyszłości, praca czyniąca mistrza. Trzęsienie ziemi okazuje się być obliczem walki z tym, co tłamsi i zabija młode serca. To zwiastowana kolejna rewolucja w Japonii, która nie ma być kresem tego, co jest grabarzem marzeń, lecz zmianą. Zmianą, która w nieokreślonej przyszłości zaniecha poszukiwania prawdziwego siebie w ścisłym systemie. Albowiem „ja” będzie w ich istniał – głośny oraz zauważony. Zmianą, zacierającą granice początku i końca walki o prawo do egzystowania według własnego wnętrza. Albowiem „ja” ma do tego prawo.

„Happyend” bierze w garść licealistów u schyłku szkoły oraz umiejętnie operuje tematem ludzi młodych uwikłanych w okres dorastania i czającego się za rogiem życia dorosłego. Stwarza złożone opowiadanie o tym, co żywiołowe i zlęknione, buńczuczne i zagubione, kierujące się rozumem i sercem. Film nie zapomina o tym, że jego bohaterami są jedynie młode jednostki – wręcz przeciwnie. Realistycznie ukazuje skutki działań grupki przyjaciół udowadniając, że są oni istotami samoświadomymi, a nie marionetkami idei. Nie tracąc czasu na sztuczny emocjonalizm i płaską uczuciowość jest zaledwie skrawkiem życia bohaterów, nieprzerwanie trwającego poza przestrzenią filmową. Trzęsienie ziemi nadal wrze – pełne nadziei i bez pośpiechu. Jest wydreptaną ścieżką, z której nie zbaczają ani bohaterowie „Happyendu”, ani wszyscy dotknięci przez rewolucyjne światło na lepsze jutro.

Pokolenie przedstawiane w filmie Neo Sory nie stanowi odrębnej części buntu. Choć akcja docieka się „tu i teraz”, bohaterowie są głosem „od dawien dawna i na zawsze”. Są kolejnym rozdziałem Japonii walczącej o zmianę, toteż echem przodków i wieczną nadzieją. Twórca nie zapomina o przeszłości – losy dorastających przyjaciół są hołdem dla tych, którzy niegdyś walczyli w to samo imię. Jednakże w labiryncie świata moralnego i ustawowego, minotaurem jest przeżywana młodość. Strzeże bohaterów, starając przypomnieć im, że życie nie kończy się jedną, złą decyzją. Trwa dalej – otwarte, pełne zakrętów i przystanków.

Aleksandra Urbańczyk