
Filmowa adaptacja prozy Jane Austen w reżyserii Joego Wrighta wykreowała obraz pana Darcy’ego, który może śmiało konkurować z poprzednią wersją graną przez Colina Firtha. Internet przepełniony jest scenami z jego charakterystycznym ruchem dłoni czy wędrówką przez mokradła nad ranem. A gdyby się okazało, że postać Darcy’ego wcale nie pełni tak istotnej roli? Czy Joe Wright stworzył film o miłości, czy zwrócił uwagę na coś innego? I czy dzisiaj potrafimy wciąż odnaleźć jego przesłanie?
Czas biegnie nieubłaganie. Wydarzenia, które w naszej pamięci miały miejsce zaledwie wczoraj, dziś święcą swoje rocznice, i to często niebłahe. W tym roku przypada 20-lecie premiery „Dumy i uprzedzenia” w reżyserii Joego Wrighta. Z tej okazji British Film Festival postanowił zorganizować pokaz specjalny filmu w poznańskim Bazarze. Bilety na to wydarzenie wyprzedały się w kilka godzin. Projekcji towarzyszyła oprawa muzyczna oraz taneczna w wykonaniu członków Szkoły Tańca Jane Austen. Z okazji rocznicy premiery należy zadać sobie jedno pytanie: czy „Duma i uprzedzenie” po dwudziestu latach ma do zaoferowania coś więcej niż przyjemne poczucie nostalgii podczas seansu?
Romans czy coś więcej?
„Duma i uprzedzenie” urosła do miana kultowej, a przechadzającego się po mokradłach o świcie Darcy’ego można często zobaczyć w mediach społecznościowych czy zestawieniach najromantyczniejszych filmowych scen wszech czasów. Niezaprzeczalnie jest to film o miłości, jednak Joe Wright w swojej adaptacji książki Jane Austen rozkłada akcenty zupełnie gdzie indziej. Jego zamiarem, podobnie jak autorki, nie jest ukazanie historii miłosnej. „Duma i uprzedzenie” to film o relacjach – oczywiście w dużej mierze romantycznych, ale nie tylko. Wystarczy zwrócić uwagę na fakt, że przez cały film towarzyszymy głównej bohaterce Elizabeth Bennet. Fitzwilliam Darcy pojawia się na ekranie jedynie w scenach, w których Lizzie już jest lub niedługo zostanie, wprowadzona (z jednym drobnym wyjątkiem pod koniec). Jego postać nawiedza narrację, ale przez większość czasu rzuca jedynie cień. Nie otrzymujemy wglądu w jego świat wewnętrzny. Nie widzimy historii z jego perspektywy, tak istotnej, gdy opowiadamy o dwójce uczących kochać się siebie nawzajem osobach. Tymczasem jesteśmy blisko jedynie Elizabeth i to z jej perspektywy poznajemy świat przedstawiony.
Czasy się zmieniają, a my wciąż tacy sami
Można by powiedzieć, że filmy kostiumowe przyciągają nas wizją rzeczywistości, którą znamy jedynie z lekcji historii. Im dłużej obcujemy z bohaterami, tym wyraźniej możemy zaobserwować podobieństwa naszych światów. Może i nie mamy już bali ani proszonych obiadów, jednak nieśmiałe uśmiechy posyłane sobie przez salę balową, tęskne wodzenie wzrokiem za swoją partnerką taneczną czy rozmowy prowadzone szeptem za drzwiami, w tajemnicy przed innymi gośćmi – wszystko to wydaje się zaskakująco znajome. Film Wrighta nie prezentuje widzowi historii wielkich namiętności, kojarzących nam się jedynie ze światem fikcji; takich, z którymi trudno nam się utożsamić. Choć postać pana Darcy’ego w popkulturze niezaprzeczalnie urosła do rangi nieosiągalnego wzorca męskiego, nie jest on ideałem, a wręcz przeciwnie – nie brak mu wad.
Początkowe interakcje głównych bohaterów są ogromnie niezręczne, a nawet to określenie może być niedopowiedzeniem. W dialogach pojawiają się długie pauzy, które przekierowują tę niekomfortową atmosferę na widza i wprowadzają element komiczny. Bazar Poznański co jakiś czas rozbrzmiewał śmiechem podczas kolejnych prób podjęcia przyjacielskiej konwersacji przez bohaterów, a to przecież nie komedia! Śmiejemy się z przywar protagonistów, bo potrafimy się z nimi utożsamić. Niewiele jest osób, które czerpią przyjemność z niezobowiązującej pogawędki z obcymi, niełatwo przychodzi nam przełamywanie lodów, a jeszcze trudniej jest zrobić pierwszy krok w kierunku obiektu naszych westchnień. Bohaterowie „Dumy i uprzedzenia” zmagają się z tymi samymi problemami. Konwenanse wcale nie ułatwiają im interakcji: dają pewien schemat zachowań, ale wprowadzenie ich w życie leży już po stronie postaci. Wykonanie jest w wielu przypadkach boleśnie aktualne. To właśnie dlatego ta adaptacja wciąż przyciąga tak wielu widzów – udaje jej się uchwycić odwieczny i nieprzemijający ludzki problem: interakcje z drugim człowiekiem. I choć osąd ten przedstawiam w prześmiewczym tonie, to prawdą jest, że tworzenie więzi międzyludzkich i funkcjonowanie w społeczeństwie (często bardzo zróżnicowanym) wymaga od każdego z nas znacznego wysiłku.
Największym złoczyńcą jest proza dnia codziennego
Wracając do postaci: na korzyść filmu działa również fakt, że nie pojawia się jawnie zły bohater. Każda z prezentowanych osób ma swoje przywary i choć niektórzy mają ich więcej niż inni, to wciąż nie są to jednoznacznie negatywne postaci. Przeszkody stojące na drodze do szczęścia Elizabeth i Darcy’ego, ale również Jane i Bingleya, to seria niedopowiedzeń, błędnych ocen sytuacji i działań osób trzecich, niekoniecznie dążących do sprowadzenia kłopotów na zakochane pary. Aby dotrzeć do szczęśliwego zakończenia, wszyscy muszą popracować nad swoimi charakterami, spojrzeć na swoje zachowania z innej perspektywy. Tylko i aż tyle.
Całości dopełnia strona wizualna. Piękne szerokie kadry przeplatają się z tłocznymi scenami zbiorowymi, które podkreślają skupienie na wspólnocie. Główni bohaterowie zawsze są aktywną częścią tłumu, tańczą, śmieją się, rozmawiają. Kamera przemierza sale balowe, jednak nie mamy poczucia, że celowo kogoś szuka. Jest niespieszna. Powoli lustruje obecnych, przedstawiając nam obraz społeczności, aby w końcu wyłowić spośród niej głównych bohaterów. Nie wyostrzamy na nich spojrzenia – cały czas pozostają częścią tego mikroekosystemu, co świetnie dopełnia sposobu narracji Joego Wrighta.
„Duma i uprzedzenie” pomimo upływu lat cieszy się niesłabnącą popularnością. Ten sukces można przypisywać wielu czynnikom. Aktualnie dużą przysługę oddają tej produkcji social media, jednak nawet bez tej sławy zbierała pochlebne oceny krytyków i widzów. Tak długo jak przesłanie filmu będzie rezonować z odbiorcami, tak długo „Duma i uprzedzenie” będzie oglądana kolejny i kolejny raz, zapraszając w swój świat nowe pokolenia widzów. Nie pozostaje nic innego, jak życzyć jej kolejnych tak udanych rocznic.
Kamila CHOLEWICKA
