Czy Duńczyk musi odejść? Początek końca Nielsa Frederiksena w Lechu

Czy Niels Frederiksen będzie szkoleniowcem Lecha również w przyszłym sezonie? / fot. Igor Dziedzic (Fenestra)

Nad Poznaniem powoli zbierają się czarne chmury. Gra drużyny nie zwala z nóg, a wyniki, chociaż podtrzymują Lecha w grze na wszystkich frontach, mogą stanowić rozczarowanie dla wiecznie głodnych sukcesów kibiców ze stolicy Wielkopolski. W oku powoli formującego się cyklonu znajduje się duński szkoleniowiec, dla którego najbliższe miesiące mogą okazać się walką o być albo nie być na aktualnym stanowisku. Najwyższy czas odpowiedzieć na pytanie – czy warto dać mu szansę?

Pierwszy sezon w Lechu Frederiksen zakończył w chwale. Udało mu się odbudować zespół po krzywdach, które spotkały go z ręki Mariusza Rumaka. Z pomocą kilku nowych zawodników oraz spektakularnej formy gwiazd zespołu udało mu się odzyskać wyczekiwane dwa lata mistrzostwo Polski. Chociaż w końcówce ligowych zmagań Poznaniakom pomogła niedyspozycja Rakowa Częstochowa, to trzeba przyznać, że na przestrzeni całego sezonu prezentowali stabilną formę i potrafili rozgrywać spektakularne spotkania, takie jak wygrana z Legią 5:2 czy też 8:1 z Puszczą Niepołomice. Drużyna imponowała arsenałem ofensywnym, potrafiła rozgrywać akcje, których dotychczas na próżno było szukać w Ekstraklasie. Jednocześnie Kolejorz potrafił skutecznie bronić bramki i można było pokusić się o stwierdzenie, że Duńczyk stworzył zespół kompletny. Nic więc dziwnego, że apetyty przed rozpoczęciem sezonu 2025/2026 były ogromne. 

Wymarzony scenariusz na nowe rozgrywki dla przeciętnego kibica Lecha prezentował się następująco: konkretne wzmocnienia transferowe, dominacja na krajowym podwórku i występ w europejskich pucharach, kto wie – może nawet w Lidze Mistrzów. Jak owe oczekiwania mają się do obecnej rzeczywistości? Szeregi zespołu zasiliły naprawdę mocne nazwiska – Luis Palma, Leo Bengtsson, Mateusz Skrzypczak, Joao Moutinho, Robert Gumny, Timothy Ouma, Pablo Rodriguez, Taofeek Ismaheel i Yannick Agnero. Prawdopodobnie było to najmocniejsze okienko Poznaniaków w historii. Na papierze zespół został wzmocniony na każdej pozycji i jestem skłonny pokusić się na odważne stwierdzenie, że otrzymaliśmy na papierze najmocniejszą kadrę w historii Ekstraklasy. Chociaż arsenał trenera został uszczuplony o Afonso Sousę oraz czasowo osłabiony kontuzjami Alego Gholizadeha, Patrika Walemarka i Radosława Murawskiego, to wiecznie markotny Skandynaw miał z czego wybierać. Jak to się miało do realizacji oczekiwań o Lidze Mistrzów i odjechaniu reszcie Ekstraklasy? Ano nijak. Lechici przez całą rundę walczą z nierówną formą. Dotychczas najdłuższa seria zwycięstw, jaką udało im się uzyskać to cztery wygrane na przełomie lipca i sierpnia (i to w dużej mierze za sprawą meczów z Breidablikiem). W lidze zajmują dopiero szóste miejsce, w Superpucharze po beznadziejnym spotkaniu musieli uznać wyższość warszawskiej Legii i w zasadzie na ten moment tylko w Pucharze Polski udało im się uniknąć kompromitacji. Jeśli chodzi o Europę, to nie jest dużo lepiej. Marzeń o Lidze Mistrzów w brutalny sposób pozbawiła ich Crvena Zvezda, a w starciu o Ligę Europy musieli uznać wyższość belgijskiego KRC Genk. W samej Lidze Konferencji także nie błyszczeli formą – przegrali z Rayo, pomimo wcześniejszego prowadzenia 2:0 oraz doznali żałosnej porażki z gibraltarskim Lincolnem, która do końca życia będzie nawiedzać w koszmarach poznańskich kibiców. 

Rachunek sumienia

Wracając do teraźniejszości i półmetka sezonu, na jakim aktualnie się znajdujemy, powrócę do zadanego we wstępie pytania – czy Frederiksenowi warto dać szansę poprowadzić zespół w przyszłym sezonie? Od razu należy podkreślić, że w moim mniemaniu nie należy zwalniać go już teraz. Utrzymuje zespół we wszystkich rozgrywkach, a gra zespołu nie wygląda na tyle źle, żeby już teraz podejmować tak gwałtowne działania, szczególnie w obliczu braku jakichkolwiek rozsądnych alternatyw na jego posadę. Poznaniacy straumatyzowani niechlubną kampanią Mariusza Rumaka, prawdopodobnie nie odważą się drugi raz popełnić podobnego błędu. Należy jednak rozważyć, czy w zespole Duńczyka widać perspektywę rozwoju, która mogłaby przekonać zarząd do pozostawienia go u steru drużyny. Przeanalizujmy więc na samym początku, jakie są pozytywy w wizji aktualnego trenera.

Niewątpliwie docenić należy to, że potrafi trafić do niektórych zawodników – jest architektem doskonałej formy Mikaela Ishaka, który od momentu zatrudnienia Duńczyka, notuje wybitne wyniki strzeleckie. W zeszłym sezonie stworzył też portugalską bestię, w osobie Afonso Sousy, który zasłużenie zgarnął statuetkę dla zawodnika sezonu i wygrał Lechowi mistrzostwo. Bardzo dobrze wyglądali także Walemark i Gholizadeh. Trenerowi należy też oddać, że zdarzają się mecze, w których lechici wyglądają zjawiskowo w ofensywie. Na koniec dnia należy również docenić, że mimo wszystko bronią go wyniki. W pierwszym sezonie zdobył mistrzostwo i istnieje spora szansa, że dorzuci coś w drugim. Pokuszę się nawet na stwierdzenie, że jeśli uda mu się zgarnąć jakikolwiek puchar, to niezależnie od stylu dostanie możliwość dalszego prowadzenia zespołu. Na tym niestety kończy się krótka lista zalet aktualnej pracy Skandynawa. 

Otwierając długą listę jego przewinień, w pierwszej kolejności należy wskazać absurdalną wręcz grę w obronie. Obrońcy Lecha wyglądają jak performerzy obwoźnego cyrku, którzy co spotkanie starają się zaprezentować nam nowego, dotychczas niewidzianego psikusa. Mając do dyspozycji genialnego w zeszłym sezonie Skrzypczaka, weterana Bundesligi w osobie Gumnego, czy też jak dotąd zawsze solidnego Milicia, trzeba się naprawdę postarać, żeby stworzyć taką defensywną parodię. W środku pola nie jest dużo lepiej. Chociaż Pablo Rodriguez powoli zaczyna łapać rytm, to zupełnie zgasł Antoni Kozubal, który przechodzi obok praktycznie każdego spotkania. To samo można powiedzieć o Thordarsonie, a dyspozycji Oumy nie warto nawet komentować. Jedyny pomocnik Lecha, który prezentuje się jakkolwiek przyzwoicie to Filip Jagiełło. 

Jeśli zaś chodzi o formę ofensywy, to chociaż jak wspomniałem wyżej, zdarzają się mecze, kiedy Kolejorz wygląda zjawiskowo, to niestety tylko zdarzają. Codzienne realia poznańskiego ataku niestety często sprowadzają się do wrzucania piłki w pole karne do skutku albo nieumiejętnych prób wejścia z piłką do bramki. Warte ,,wyróżnienia” jest także wykończenie napastników mistrza Polski. Z jednej strony trudno winić trenera za to, że Pablo Rodriguez nie potrafi trafić do bramki z szóstego metra, z drugiej zaś, jeśli podobne problemy mają wszyscy gracze ofensywni, to nie sposób nie mieć pretensji do trenera o to, że nie potrafi tego stanu rzeczy zmienić. Nie możemy także nie krytykować tego, co stało się z Luisem Palmą. Zawodnik, który na początku sezonu wydawał się najlepszym zawodnikiem Ekstraklasy, aktualnie znajduje się w dołku, a trener nie potrafi zrobić nic, żeby odmienić ten stan rzeczy. Regularnie wystawia Honduranina na dziesiątce, co ewidentnie mu nie leży, zdejmuje go z boiska, kiedy dobrze mu idzie, albo w ogóle nie daje szansy od pierwszej minuty. Niestety wypożyczona z Celticu gwiazda to nie jedyny zawodnik, którego Duńczyk nie potrafi wykorzystać. Agnero wygląda, jakby dopiero od niedawna uczył się grać w piłkę, Kozubal zupełnie stracił blask i nie potrafi pokazać potencjału, Skrzypczak ma problem, żeby w ogóle znaleźć się w pierwszym składzie, a Moutinho myśli już o jak najszybszym opuszczeniu Poznania. Chociaż Frederiksen prowadzi niektórych zawodników fenomenalnie, to pozostałych całkowicie nie potrafi wykorzystać. I to jest chyba największy mankament jego pracy. 

(Nie)pewna posada

Duńczyk posiada zespół, który ma niewątpliwie ogromny potencjał i mógłby być dominatorem, ale zupełnie tego nie pokazuje. Oglądając niektóre spotkania lechitów, można się złapać za głowę i zadać sobie pytanie – jak to możliwe, że ta drużyna gra tak źle? Frederkisen wygląda momentami, jakby zupełnie nie miał pomysłów. Sprawia wrażenie zmęczonego i sfrustrowanego, jakby miał już dosyć. Niektóre konferencje prasowe ogląda się z pewnym żalem i współczuciem, wobec będącego pod gradem pytań trenera. Na koniec – w moim mniemaniu, bardzo łagodnej listy zarzutów wobec szkoleniowca poznańskiego zespołu, trzeba poświęcić chwilę na poznęcanie się nad jego decyzjami personalnymi. Trzeba bowiem być człowiekiem naprawdę wielkiej wiary, żeby pokładać tak duże nadzieje w osobie Bryana Fiabemy. W pewnym momencie stało się to wręcz komiczne, kiedy aby odrabiać stratę 1:5 w meczu z Genkiem, trener decydował się na wpuszczenie na boisko norweskiego terminatora. Podobnie potraktować można także wpuszczenie na boisko Oumy w celu uspokojenia gry, czy też będącego zupełnie pod formą Gumnego (czasami nawet na prawe skrzydło). 

Zmierzając do sedna – nadszedł już czas, żeby wydać wyrok. Bez budowania nadmiernego suspensu, ale z lekkim bólem serca, zdecyduje się na pokazanie kciuka w dół. Chociaż jako Poznaniak jestem wdzięczny Nielsowi Frederiksenowi za wszystko, co zrobił dla Lecha i na koniec dnia uważam, że jego praca całościowo zasługuje na docenienie, to nie widzę przyszłości dla jego projektu. Piłkarze takiego formatu, jakimi klub aktualnie dysponuje, zasługują na możliwość pracy z kimś, kto będzie umiał wykorzystać ich pełen potencjał. Na dziś trudno powiedzieć, kto mógłby być taką osobą, ale myślę, że zarząd powinien już rozpocząć poszukiwania. Zastrzegam jednak, że wydany powyżej wyrok powinien być wyrokiem w zawieszeniu. Potrafię sobie bowiem wyobrazić scenariusz, w którym Lech wygrywa mistrzostwo, puchar kraju oraz zachodzą daleko w europejskich pucharach. Gdyby udało się osiągnąć tak historyczny wynik, to niezależnie jak udałoby się go zrealizować, nierozważnym byłoby pozbywanie się człowieka, który broni się takimi osiągnięciami. Wyobrażam sobie także scenariusz, w którym na rynku trenerskim jest taka posucha, że nie uda się znaleźć godnego następcy dla Duńczyka. Wówczas także trzeba będzie powierzyć mu kredyt zaufania i dać pracować dalej. Jednak na koniec dnia, jeśli pojawią się ku temu pozytywne okoliczności, mistrz Polski powinien sięgnąć człowieka, który nie tylko wykorzysta jego pełen potencjał, ale także pozwoli mu wejść na wyższy, dotychczas nieosiągalny w Polsce poziom. 

Wojciech WAEHNER

%d bloggers like this: