Finał, który rozczarował?

Mural zapowiadający finałowy sezon „Stranger Things”./fot. Bartłomiej Stefański (archiwum prywatne) / Fenestra
Na rozstrzygnięcia tej uwielbianej przez wielu produkcji czekaliśmy trzy i pół roku, a gdy w końcu nadszedł, oczekiwania były tak wysokie, że trudno było im sprostać. Pod koniec ubiegłego roku odbyła się premiera ostatniego sezonu serialu „Stranger Things” – produkcji, która przez blisko dekadę utrzymywała pozycję jednej z najlepszych serii Netflixa. Jak zatem wypada zwieńczenie tak wyjątkowego dzieła braci Duffer?
W 2016 roku powstało dzieło, które pomimo początkowych obaw, zostało przyjęte z ogromnym entuzjazmem. Oryginalność tego serialu okazała się strzałem w dziesiątkę i nowa produkcja bardzo szybko zgromadziła wokół siebie rzesze fanów. Już rok później miała miejsce premiera drugiego sezonu. W zaledwie 17 odcinkach twórcy serii, bracia Duffer, stworzyli wyjątkową historię.
Czterech 12-letnich chłopców spędza wieczory, grając w „Dungeons & Dragons” w małym miasteczku Hawkins, w stanie Indiana. Do ich paczki dołącza Jedenastka – dziewczynka obdarzona wyjątkowymi umiejętnościami. Kiedy jeden z chłopców znika w niewyjaśnionych okolicznościach, w miasteczku zaczynają dziać się coraz dziwniejsze rzeczy. Zrozpaczona matka komunikująca się z synem za pomocą świateł; szeryf z traumatyczną przeszłością; nastolatkowie „polujący na potwory”; a przede wszystkim dziecięce śledztwo na czele z dziewczynką, która zaskakująco wiele wie – to materiał na naprawdę dobry scenariusz.
W 2019 roku pojawił się trzeci sezon, a w 2022 – czwarty. Klimat, fabuła oraz charakterystyczna dla serialu tajemniczość uległy wyraźnym zmianom, jednak nie aż tak radykalnym, jak w przypadku piątego, ostatniego sezonu, którego niedawna premiera wywołała żarliwe dyskusje.
Ciężar oczekiwań
Podczas seansu piątego sezonu „Stranger Things” dość szybko można odnieść wrażenie, że jest on stworzony nieco na siłę. Bracia Duffer niewątpliwie chcieli zamknąć swoją historię finałem godnym całego projektu, jednak nie wszystkie kwestie zostały przez nich odpowiednio przemyślane. Przede wszystkim zabrakło wyczucia oczekiwań fanów, którzy liczyli na kontynuację wyjątkowej, oryginalnej opowieści, a nie na powielanie znanych już schematów i motywów. O ile w poprzednich sezonach bohaterowie mierzyli się z różnymi formami zła, o tyle w piątej odsłonie serialu otrzymaliśmy bezpośrednią kontynuację czwartej – kolejną walkę z Vecną. Postać ta, zamiast zyskiwać na sile i budzić coraz większy respekt, stopniowo traciła swoją grozę, by ostatecznie zostać pokonaną zaskakująco szybko i bez większego wysiłku. W czwartym sezonie Vecna atakował umysły swoich ofiar i pozostawał niemal niewidoczny dla bohaterów. Tajemniczość jego działań skutecznie budowała atmosferę horroru, natomiast w piątym sezonie antagonista stał się przewidywalny, przez co napięcie wyraźnie osłabło.
Odejście od konwencji
Powodem, dla którego „Stranger Things” można było nazwać serialem naprawdę strasznym, była jego tajemniczość. W pierwszych dwóch sezonach twórcy świadomie unikali bezpośredniego ukazywania głównego rywala, który działał z ukrycia i wpływał na bohaterów w sposób pośredni. Cały wątek związany z „Drugą Stroną” – alternatywnym wymiarem istniejącym równolegle do świata ludzi – budował mroczny, zagadkowy klimat całej fabuły. Bracia Duffer mieli jednak na finałowy sezon zupełnie inne plany. Tajemniczość zniknęła w momencie, gdy Vecna przeniknął do ludzkiego świata. Każde kolejne przejście bohaterów na „Drugą Stroną” stało się dla nich niemal rutyną, podczas gdy w pierwszym sezonie wiązało się ono z ogromnym ryzykiem i poświęceniem. Serial wyraźnie stracił swój mroczny klimat – ten sam, dzięki któremu zgromadził wokół siebie tak wielu fanów, którzy to z każdym kolejnym sezonem stawali się coraz bardziej rozczarowani. Twórcy odebrali produkcji to, co czyniło ją wyjątkową i oryginalną. Piąty sezon przestał być unikatowy, a zaczął przypominać nieudaną wersję „Harry’ego Pottera” lub innego klasycznego dzieła, w którym głównym motywem jest schematyczna walka dobra ze złem.
Bohater zbiorowy
W pierwszym sezonie „Stranger Things” akcja skupiała się na niewielkiej grupie bohaterów, jednak w kolejnych odsłonach ich liczba stopniowo rosła. Do pierwotnej obsady dołączyli między innymi Max, Robin, Erica i Murray, a w piątym sezonie istotną rolę zyskali także Holly i Karen Wheeler. Każdy sezon wprowadzał także nowe postacie ważne dla rozwoju fabuły.
Mimo dużej liczby bohaterów, bracia Duffer we wcześniejszych sezonach umiejętnie dzielili ich na mniejsze grupy, co porządkowało narrację i pozwalało na równomierne rozłożenie czasu ekranowego. W piątym sezonie twórcy zrezygnowali z tego rozwiązania, traktując bohaterów niemal jak zbiorowość. Doprowadziło to do fabularnego chaosu i ograniczenia znaczenia poszczególnych postaci.
Najbardziej odczuwalne jest to w przypadku Mike’a, który z kluczowego bohatera stał się niemal zbędny, oraz Joyce, sprowadzonej głównie do roli nadopiekuńczej matki. Jej jedynym wyróżniającym się momentem pozostaje zabicie Vecny, które stanowi dla niej symboliczne katharsis i ratuje odbiór tej postaci.
Druga, lepsza strona
Pomimo że piąty sezon „Stranger Things” nie spełnił oczekiwań wielu fanów i nie należy do najlepszych w całym serialu, nie można go całkowicie skrytykować. Wielu widzów tej produkcji liczyło na zupełnie inne zakończenie historii bohaterów z Hawkins, stąd też premiera wywołała falę negatywnych opinii. Sądzę, że część widzów zapomniała skupić się na tym, że nadal mamy do czynienia z bardzo dobrą produkcją, a rozczarowanie mogło przyćmić wciąż obecną wyjątkowość serialu.
Piąty sezon obfituje w piękne, a zarazem przemyślane sceny. Wiele wątków, na których wyjaśnienie widzowie długo czekali, dobiega końca. Relacje między bohaterami otrzymują wzruszające momenty pełne emocjonalnych rozmów, takich jak dialog Jedenastki z jej ojcem Hopperem, który dostarcza widzom dużej dawki nostalgii i w wielu przypadkach także łez. Nawiązania do poprzednich sezonów budują wspomnieniowy charakter serialu, dzięki czemu zostają domknięte sprawy, które towarzyszyły fanom przez ostatnie 10 lat.
Wieńcząca czwarty odcinek, a zarazem pierwszą część piątego sezonu, walka demogorgonów z głównymi bohaterami i żołnierzami należy do najlepszych w całym serialu. Świadczy o tym również fakt (o czym wie niewiele osób), że została nakręcona zaledwie w kilku ujęciach.
Zarzutów wobec finału można mieć wiele – i w dużej mierze słusznie, ponieważ z pewnością nie był to najlepszy sezon. Przy zwieńczeniu tak wybitnego dzieła oczekiwania były jednak tak wysokie, że rozczarowanie wydawało się niemal nieuniknione. Rzesza fanów, którą serial „Stranger Things” zgromadził na przestrzeni niemal 10 lat, sprawiła, że jego zakończenie stało się zadaniem wyjątkowo trudnym. Bracia Duffer doskonale zdawali sobie z tego sprawę i nie chcieli zamknąć historii w jednoznaczny, ostateczny sposób.
To właśnie tłumaczy finałowe sceny, które pozostawiają widza z przestrzenią do refleksji. Twórcom zależało na tym, by fani sami mogli zdecydować, jakie zakończenie jest im najbliższe – być może dlatego, że nawet oni sami nie byli pewni, jak najlepiej domknąć tę opowieść. Poprzeczka została zawieszona niezwykle wysoko. Trzy i pół roku, które upłynęły od premiery czwartego sezonu, tylko spotęgowało napięcie oraz ogromne oczekiwania wobec piątej, finałowej odsłony.
Choć bracia Duffer mogli wiele wątków poprowadzić lepiej, prawda jest taka, że w przypadku tak kultowego i nostalgicznego serialu trudno było o „dobre” zakończenie. Nikt bowiem tak naprawdę nie chciał żegnać się z tą historią.
Małgorzata WALKOWIAK