Gdy artysta daje wolność

Autoportret Zdzisława Beksińskiego. / Źródło: Wikimedia Commons (CC BY-SA 3.0),

Kiedy jednych fascynuje, drugich może niepokoić. Twórczość Zdzisława Beksińskiego zachęca do zanurzenia się w mroczny i pełen sugestii świat. Zdeformowane postacie, monumentalne pejzaże i apokaliptyczne wizje składają się na opowieść o ludzkości i tym dokąd zmierzamy. A takie spotkanie z jego sztuką było możliwe podczas do niedawna otwartej wystawy artysty w Warszawie. 

Wystawa w warszawskiej Cytadeli upamiętniała 20. rocznicę śmierci artysty. Oprócz popularnych dzieł, kojarzonych choćby z podręczników do języka polskiego, obecne były tam również malunki nieznane szerszej publiczności, pochodzące m.in. z prywatnych kolekcji. 

Tak częste wystawy dzieł Beksińskiego (poprzednia w stolicy odbyła się w 2024 roku) nie mogą dziwić. Tragicznie zamordowany w 2005 roku malarz był dla Polski artystą wyjątkowym. Nie tylko dlatego, że wyróżniał się nienaganną techniką czy popularnością za granicą. Przede wszystkim jednak łamał on tematy tabu w sztuce popularnej, takie jak śmierć lub brzydota, stając się tym jednym z najważniejszych malarzy fantastycznych w historii naszego kraju. Wymykał się schematom czy określonemu stylowi artystycznemu, tworząc w nurcie, który czerpał z surrealizmu połączonego z realizmem oraz absurdem (choć i to nie jest jego perfekcyjnym opisem). Stąd otrzymał wyrazy uznania od miłośników awangardy. 

Chwile przed płótnem

Beksiński urodził się w 1929 roku i nie ograniczał swojej twórczości do malarstwa. Mało kto wie, że zajmował się też tworzeniem prototypowych autobusów czy przeżył krótki romans z fotografią. Szczególnie ten drugi etap zwiastował późniejsze trendy artysty, opierając się przede wszystkim na perspektywie i ukrytej w rozmazanych tłach tajemnicy.

Jego fotografie były przesiąknięte niepokojem, mrokiem i strachem. I mogły stanowić swego rodzaju preludium do jego przyszłej twórczości malarskiej, którą dzisiaj dzieli się na pewne okresy, choć te nie są w pełni skonkretyzowane. Najsłynniejsze dzieła pochodzą z lat 70. i 80., czyli tzw. okresu fantastycznego. Wówczas na zdecydowanej większości obrazów można było dostrzec śmierć, przemijanie czy wątki egzystencjalne. Do tego wiele z jego prac wpasowywało się w nurt rosnącej popularności body horroru. Poszczególne tematy analizowano w szeregu biografii czy artykułach poświęconych twórczości artysty. Pozostaje jednak pytanie – co o swoich dziełach mówił sam Beksiński?

Tworzyć nie wiedząc

Na warszawskiej wystawie można było obejrzeć półgodzinny pokaz audiowizualny prezentujący dzieła polskiego artysty – włącznie z kilkoma jego wypowiedziami. Właśnie one mogły dać nowe spojrzenie nie tylko na twórczość malarza, ale i sztukę w ogóle. Beksiński bowiem, pytany o znaczenie swoich obrazów, zazwyczaj odpowiadał: „Nie wiem”. Tak prosta sentencja może być dla oczekującego gotowego rozwiązania odbiorcy niesatysfakcjonująca, a nawet spowodować głębokie rozczarowanie. We wszystkich jego dziełach widać pewną konsekwencję – nie nadawał im tytułów, nie malował czytelnych symboli oraz nie dopasowywał się do określonego z góry nurtu artystycznego. Wszelkie prerogatywy interpretacyjne pozostawiał odbiorcy.

Sama idea nie jest dzisiaj niczym nowym, lecz kiedyś mogła wzbudzać kontrowersje. Wszystko zmienił ulubiony eseista postmodernistów – Umberto Eco. W pracy „Interpretacja i nadinterpretacja” stworzył konkretny podział tytułowej interpretacji. A zgodnie z nią można analizować dzieło według intencji autora lub samej warstwy wizualnej czy tekstowej. Można też oceniać, czym jest dana sztuka dla samego odbiorcy. Wówczas to sam obserwator stawia określone ramy i rozumie dzieło na podstawie własnych doświadczeń czy swojej wiedzy.

Jeszcze ważniejszą personą był Roland Barthes. Już w latach 60. zbuntował się przeciwko dominacji autora i w metaforyczny sposób stwierdził, że we współczesnej kulturze nie ma on już znaczenia. Przynajmniej nie jest na tyle istotny, by stawiać się nad samym odbiorcą.

Nie oznacza to oczywiście, że Beksiński malował obrazy zgodnie z tymi założeniami. Być może faktycznie nie interesowało go znaczenie własnej sztuki, włącznie z tym, co myślą na jej temat sami odbiorcy. Funkcja jest wówczas inna: widz ma pełną dowolność w interpretowaniu dzieł. Nie zostaje przez twórcę skierowany ku konkretnemu odczytaniu, a raczej pozostawiony w piaskownicy własnych znaczeń, zależnych od dnia, stanu psychicznego czy upodobań.

Drugim ciekawym zdaniem Beksińskiego, które można było usłyszeć na wystawie, są słowa o „niedopowiedzeniu” jako kluczowym aspekcie sztuki. Tutaj kryje się inna strona polskiego malarza, ciekawie łącząca się z jego liberalnym podejściem do znaczenia własnych utworów. Najważniejszym nie ma być to, co zostało pokazane, lecz to, co kryje się poza płótnem, w sferze wyobrażeń i interpretacji.

Odkrywanie znaczeń schowanych w osobistym życiu artysty to bardzo trudne i wymagające zadanie, zmieniające się czasem w wieloletnie studiowanie zagadnień i biografii. Zwrot ku większej roli odbiorcy otwiera jedynie nową ścieżkę, jaką można podążać. A ona pozwala na kreowanie scenariuszy, których nawet autor nie mógł sobie wyobrazić.

Nasunąć może się pytanie czy takie podejście nie sprawia, iż obrazy Beksińskiego stają się tanią sztuką. Czy jeśli usuniemy znaczenie, nie zostajemy tylko z pustym zachwytem? Beksiński jednak swoimi obrazami przekazuje znacznie więcej emocji i odczuć niż tylko tą jedną. Wspomniane już wcześniej strach i niepokój wspiera choćby dyskomfort, nienawiść, niechęć do własnego ciała czy przytłoczenie. Polak jak mało kto prezentował wręcz lovecraftowską wizję świata, w którym nieokiełznana wielkość pradawnych istot zderza się z małym i nic nieznaczącym w ich obliczu człowiekiem.

W pułapce niedopowiedzeń. 

Na uwagę zasługuje obraz tytułowany często jako „The Whore”. Pokazuje niewiele oraz nie ma dosłownego znaczenia czy symboliki. Może powodować zachwyt samą jakością wykonania, może też wzbudzać dyskomfort przez sposób prezentacji ukazanej na płótnie postaci. Kto wie, być może kryje się za nim o wiele większa, bardziej przerażająca tajemnica, umieszczona właśnie w zaznaczonym przez malarza niedopowiedzeniu. Co, jeśli przedstawia aktorkę, która została postrzelona (trzy rany na piersi), a następnie wystawiona na pokaz w galerii? Co, jeśli jest symbolem sztuki jako takiej, traktowanej we wręcz absolutystyczny sposób? Wówczas czujemy już przerażenie oraz współczucie wobec namalowanej bohaterki.

To właśnie w takie rejony mogą zabrnąć nasze myśli, jeśli tylko oderwie się je od ograniczeń stawianych przez ramy analityczne czy biografię autora. Można być wielkim miłośnikiem takiego podejścia lub wręcz przeciwnie – zagorzałym przeciwnikiem. Pewnych interpretacyjnych torów, po których porusza się ludzka wyobraźnia nie sposób jednak zatrzymać, a sam Beksiński nie wydawał się nigdy chcieć do tego doprowadzić.

Zdzisław Beksiński to z pewnością artysta nietuzinkowy w naszej historii. Mało kto był w stanie wydobyć z człowieka tyle emocji i myśli, włącznie z tymi, których pozornie nie chciałoby się dostrzec. To ta otwartość sprawia, że jest to artysta w tych czasach jeszcze ważniejszy.

Jacek ADAMCZAK

%d bloggers like this: