Końskie układy „ Wielkiej Warszawskiej”. Recenzujemy rodzimą produkcję

W rolę młodego Krzyśka Salomona wcielił się 36-letni Tomasz Ziętek / Źródło: wikimedia commons

Do stawki filmowych premier z początku roku, pod koniec stycznia z kopyta weszła „Wielka Warszawska”. Produkcja wrzuca widza na koński grzbiet i puszcza cwałem w najbardziej prestiżowej polskiej gonitwie konnej. Czy końcowa lokata filmu w reżyserii Bartłomieja Ignaciuka jest wysoka? Sprawdzamy.

W barwnych latach 90., u bram przemian ustrojowych, „Wielką Warszawską” żyją tysiące. Pomocnik trenera z pomorza, Krzysiek Salomon, od lat marzy by ją wygrać. Gdy w końcu udaje mu się wystartować w wyścigach, wielkie marzenia szybko dogania rzeczywistość – hazard i gangsterka. Czy w tym splecionym z intryg środowisku można pozostać bez skazy? Czy przy pomocy sprytu i woli walki można je zmienić? Tylko za jaką cenę?

„Wielka Warszawska” powstała jako swoiste dopełnienie projektu spod pióra Jana Purzyckiego (za „Wielkim Szu” i „Piłkarskim pokerem”). Ma całkiem sprytną i spójną strukturę. Z początku nawet odpręża, by niezauważenie, ze sceny na scenę, zacząć odrywać widza od oparcia fotela. Im dłużej trwa seans, tym mniejszy kąt nachylenia pleców i wyższa pokusa, by poszukać setna nakreślonych w fabule układów. By przewidzieć dalsze kroki protagonisty i pociągających za sznurki bogaczy. I dojść sensu mocnej, pozornie oderwanej od reszty filmu sceny otwarcia. Nie jest to może wyzwanie arcytrudne, lecz pozytywnie zaskakujące i wręcz satysfakcjonujące. Przynajmniej do pewnego momentu. Nie można tego jednak zaklasyfikować jako wadę, to „Wielkiej Warszawskiej” kluczowa zaleta.

Dramat sensacyjny Ignaciuka nie czyni świata przedstawionego bajkowym, a jego faktyczny koniec pozostawia u widza bardziej gorzki, niż słodki smak. To szczera alegoria walki najsprytniejszej nawet jednostki z okrutnym, lecz ugruntowanym od lat systemem. Marzenia, nadzieje i idee nie znajdują więc tu stuprocentowego odbicia w rzeczywistości. I dobrze, bo lukrem sklecony finał nie uczyniłby „Wielkiej Warszawskiej” tak poruszającym i zapamiętywalnym filmem. Do tego sukcesu przyłożyła się za to jeszcze obsada, produkcja jest swoistym zbiorem doszlifowanych kreacji aktorskich.

Pierwsze skrzypce gra tu, naturalnie, Tomasz Ziętek. Wcześniej znany z ciekawych i zostających z widzami filmów – takich jak „Hiacynt”,  „Boże ciało”, czy „Kamienie na szaniec” – jako Krzysiek Salomon potwierdza, że jest jednym z najciekawszych aktorów swojego pokolenia. 36-latek wciela się w postać nastolatka bez żadnych zgrzytów. W rodzimym fyrtlu filmowym wyróżnia się subtelnym i wręcz wyluzowanym, zarazem z miejsca przykuwającym uwagę stylem gry. W „Wielkiej Warszawskiej” kreuje postać, którą widz darzy sympatią jeszcze nim jego pierwsza scena dobiegnie końca. Bije od niego szczera energia młodego, zapalczywego pasjonata, która nabiera ostrzejszych rysów i nieco chłodnieje w miarę rozwoju fabuły. Młodemu Salomonowi chętnie się kibicuje, podziwia jego spryt i w naturalny sposób przejmuje się jego losem. Wespół z jego filmowym ojcem.

 Akcja rodzimej produkcji toczy się wokół prestiżowych gonitw konnych / Źródło: wikimedia commons

W tej roli Ireneusz Czop, który na wielkim ekranie wypada nie mniej przekonująco od Ziętka. Doświadczony aktor świetnie radzi sobie z rolą psychicznie złamanego i zgorzkniałego ojca Krzyśka. Stajennego, który na świat końskich gonitw patrzy bez zachwytu. Wręcz z pogardą do ludzi go tworzących. Czop umiejętnie oddaje jego ukrytą pod grubą skorupą traumę i strach o beztroskiego syna. Autentycznie się też na potrzeby filmu „postarzał”. Co najważniejsze, panowie dobrze i autentycznie wypadają razem w duecie, aż chciałoby się ich zobaczyć razem w innych produkcjach.

W „Wielkiej Warszawskiej” uwagę zwraca za to jeszcze na siebie Mirosław Kropielnicki w roli Ryszarda – człowieka pozornie spokojnego, wpływowego, na wszystko i wszystkich patrzącego z góry. Marcin Bosak wiarygodnie oddaje aspiracje Omara do zdominowania gangsterskiego półświatka, szansę, by zainteresować widza ma również Agnieszka Żulewska jako tajemnicza Irena. Ujmuje z kolei Grzegorz Warchoł w skromnej, acz charakterystycznej głosowo roli komentatora Mietka. Wykorzystana przez niego maniera głosu jest klimatyczna i bezbłędna.

Nawet w najbardziej oddalonych od kinowego ekranu rzędach widać, że obsada w barwnych latach 90. świetnie się odnajduje. Twórcy budują ich klimat konsekwentnie, z przekonującą widza starannością. W przemyślany sposób dobierają i kadrują scenerię, seans umila też zgrabny montaż i ścieżka dźwiękowa, nagrodzona notabene podczas 50. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Szczególnie zachwyca jednak praca kamery przy realizacji scen gonitw. Na skórze czuć rwany, koński oddech. Łatwo wyobrazić sobie zapach wyrwanej kopytami trawy, piany wychodzącej z końskich boków. Jasno i wyraźnie widać emocje kipiące na twarzach jeźdźców, także tłumnie zgromadzonej i za krocie obstawiającej wynik wyścigu publiczności.

„Wielka Warszawska” pięknie prezentuje się w polskim fyrtlu filmowym. Aż duma bierze, że ją w nim mamy. Film porywa galopem i pozytywnie zaskakuje, przypominając o wielkim potencjale polskich twórców i aktorów. Bezsprzecznie wart jest obejrzenia.

Marcin KLONOWSKI

%d bloggers like this: