Koncert grupy Radiohead. / Źródło: Źródło: Flickr (CC BY 2.0), fot. Oktobr

Ileż złego narobiły w muzyce lata 2000. Dogorywającemu rockowi na pomoc rzuciło się pokolenie pop-punkowców, indie-rockowców, post-grunge’owców i nu-metalowców, tylko pogarszając jego kondycję. Metal już nie ten, hip-hop może i popularny, ale nie tak dobry, jak dekadę wcześniej, a w popie to wiadomo, że nie ma na co liczyć. Kiedyś młodzież miała artystów, teraz tylko nadzieja, że wyrośnie z nowych idoli. Czy tak się stało?

Jeszcze kilka lat temu takie opinie o czołowych artystach lat 2000. wcale nie były rzadkością. Być może mamy do czynienia z klasycznym konfliktem pokoleń. Pamiętam aurę dystansu wobec wykonawców takich jak Linkin Park czy Green Day. Posiadali oni grono oddanych fanów, a równocześnie znacząco odrzucano ich w rockowo-metalowych środowiskach. Byli przedmiotem kpin tworzących atmosferę pozornie obiektywnej słabości ich muzyki. Obecnie widać zmianę percepcji, chociażby na przykładzie rodzimej Comy. Łódzka grupa przez lata spotykała się zarówno z pozytywnym odbiorem, jak i z naporem negatywnych reakcji. Obserwując występ muzyków na Pol’and’Rock Festival 2024, miałem wrażenie, że wrócili oni silniejsi niż kiedykolwiek. Pod sceną tłum ściśniętych fanów, w powietrzu napięcie i ekscytacja przed startem, szalejące pogo. Bilety na kolejne koncerty szybko się wyprzedawały, skala widowisk imponowała, a pozytywne opinie dopełniały triumfalny powrót. Lata 2000. stały się ostatnio obiektem wzmożonej nostalgii, szczególnie w sferze muzycznej. Dają temu wyraz choćby liczne nagrania na TikToku

Ale za co?

Nostalgia wobec muzyki lat 2000. dotyczy przede wszystkim mainstreamu. Masowość, wyidealizowany i uproszczony obraz rzeczywistości oraz połączenie beztroskiej zabawy z refleksją o upływającym czasie współgrają z największymi przebojami danych czasów. Jednocześnie główny nurt w tych latach nie prezentował się zbyt interesująco; scena rockowa skupiła się na powrocie do źródeł i recyklingu sprawdzonych motywów.

Szczególnie objawia się to w przypadku pop-punku i post-grunge’u. W tym pierwszym popowe wygładzenie pozbawia punka surowości i agresji, a punkowa prostota staje na drodze aranżacyjnym urozmaiceniom. Połączenie to ma sens, kiedy do części składowych dołączają również inne inspiracje. Nurt miał w sobie też aurę nie tyle młodości, co niedojrzałości i niewyszukania. Nawet jego dzisiejsza percepcja otwarcie definiowana jest przez nostalgię. Nie oznacza to, że nie pojawiło się w nim nic godnego uwagi, jednak jedno z bardziej ambitnych przedsięwzięć pop-punkowych pokazuje jego słabość. „American Idiot” Green Daya dostarcza kilku bardzo dobrych rockowych przebojów, ale ugina się pod ciężarem swoich ambicji. Poziom projektu jest niewyważony, a materiał bardziej sprawdziłby się jako zestaw chwytliwych piosenek aniżeli realizacja rock opery. Beztroska pop-punku potrafi jednak przekonać do siebie odbiorcę bardziej niż miałkość post-grunge’u. Pomijając chlubne wyjątki pokroju Foo Fighters, zespoły post-grunge’owe odznaczały się repetycyjnością, obudowując przybrudzonym brzmieniem schematyczne, niewyszukane radiowe kawałki. Nickelback i Creed jednocześnie pięły się w górę list przebojów, jak i należały do najmniej lubianych zespołów rockowych. Z czasem i komercyjne zainteresowanie zmalało, co Creed dotkliwie odczuło. Powrót grupy w 2023 roku cieszył się jednak znaczącym zainteresowaniem – szybko wyprzedano bilety i powstawały liczne tiktokowe virale.

Style, które zdefiniowały pierwszą dekadę XXI wieku, powracają, inspirując współczesnych wykonawców i przywracając sławę zapomnianym artystom. Uprzednio niewiele znaczący głos dzieciaków stał się istotny w dyskursie popkulturowym. Przy niedoskonałościach czołowych nurtów lat 2000. ich renesans nie jest kwestią odkrycia muzycznej wartości, a fali nostalgii, tudzież integracji fanów w innych aspektach. Przykładowo My Chemical Romance zgromadziło wokół siebie publiczność utożsamiającą się z przekazem nieakceptowanym przez otoczenie outsiderów.

Wydaje się, że jednym z najtrwalszych elementów dziedzictwa grunge’u jest przyziemność rockowej gwiazdy. Powszechna w latach 80. stadionowość i archetyp rockowego herosa zostały zastąpione wizerunkiem chłopaków z sąsiedztwa otwierających się przed publicznością. Autentyczność, emocjonalność i możliwość identyfikacji były istotnymi wyznacznikami lat 2000. i pozostają nimi nawet po dziś dzień, również za sprawą aspektów takich jak studia domowe i internetowa dystrybucja, zwiększających indywidualne możliwości nagrania i promowania swojej muzyki.

Nie dziwi, że popularność zdobył w tamtym czasie nurt indie. Arctic Monkeys i Franz Ferdinand podbili serca nowego pokolenia słuchaczy. Mainstreamowa alternatywa w gitarowych brzmieniach silnie osadzona jest w rozwiązaniach wypracowanych przez Sonic Youth, The Velvet Underground, Pixies, The Smiths czy Coteau Twins, niestety nowe zespoły nie rozwijają ich równie kreatywnie. Twórczość The White Stripes oddaje najważniejsze składowe rocka lat 2000. – powrót do źródeł (zakorzenienie w bluesie), akcent na brzmienie i ekspresję przez dysonanse oraz przebojowość (wystarczy wspomnieć „Seven Nation Army”).

Na początku XXI wieku swoją pozycję cementował też hip-hop. Był on jednak w swoistym okresie przejściowym. Z komercyjnych i artystycznych sukcesów słynęli Eminem i Outkast, a nową erę większej fuzji z popem i nowoczesnego podejścia do produkcji sygnalizowały płyty Kanyego Westa. Największe osiągnięcia nowej szkoły, z Kendrickiem Lamarem na czele, miały jednak dopiero nadejść, a klasyczne brzmienia chyliły się ku końcowi.

Zainteresowanie hip-hopem pokazał nu-metal, łączący proste riffowanie, elektronikę i rap. Choć od początku nurt odznaczał się kontrowersyjnością i nieraz odmawiano mu przynależności do subkultury metalowej, dziś odbierany jest znacznie cieplej. To muzyka przede wszystkim skupiająca się na tworzeniu „bangerów”, do których będzie można tłumnie poskakać pod sceną. Toporny metal, nieudolny rap i efekciarska konsoleta zdefiniowały twórczość Limp Bizkit. Z drugiej strony mamy Deftones, którzy wychodząc z tak ograniczonego stylu jak nu-metal, sięgnęli też po inspirację shoegaze’m, trip-hopem czy dream popem, dzięki czemu wprowadzili metal w nowe milenium.

W latach 2000. występowało wiele ciekawych zjawisk w obrębie faktycznej alternatywy. Domowe nagrywanie pozwoliło stworzyć porażający i oryginalny stylistycznie „Deathcounsciousness” Have A Nice Life. Idea muzyki niezależnej wyjątkowej realizacji doczekała się ze strony The Microphones. Kultem obrosła współpraca MF Dooma i Madliba w postaci „Madvillainy” – jednego ze szczytowych osiągnięć hip-hopu. Pop początku wieku w kontekście nostalgii jest obiektem szczególnej uwagi, jednak sprowadza się on w dużej mierze do potencjału imprezowego. Inaczej sprawa wygląda w jego artystowskich niszach, z pamiętnym, przesiąkniętym elektroniką „Vespertine” Bjork na czele. W tym przypadku mowa o ambitniejszej niszy mainstreamu, którą zagospodarował również zespół Radiohead.

Brytyjczycy wprowadzili rocka w XXI wiek, wzbogacając go o wpływy elektroniki, trip-hopu, ale i mieszając go m.in. z jazzem, dokonując znakomitych rzeczy na polu aranżacji, tekstur, brzmienia czy harmonii. Melodyjność i introwertyczna, wyalienowana aura umożliwiły przy tym połączenie eksperymentów z masową atrakcyjnością. Po upływie lat spokojnie można zaliczyć ten zespół do grona klasyków rocka. Pozostaje żal, że jego działania to nieco jednostkowa rewolucja, której reszta sceny nie była tak skłonna się podjąć. Obecna fala nostalgii do lat 2000. może być chwilowym fenomenem pozostawiającym po sobie jedynie sympatię do tego, co z owej dekady pozostało. Zauważalny jest rozdźwięk między tym, co stanowi o jej wartości artystycznej a sentymentalnej. Czasem jednak oba te pola się pokrywają, potrafiąc nawet zaskoczyć szybkim wyprzedaniem się łódzkiego koncertu Deftones.

Aleksander GRĘDA

%d bloggers like this: