„Ludzie, których spotykamy na wakacjach” – komedie romantyczne powracają?

Toskania – jedno z miejsc akcji produkcji Netflixa / Źródło: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Tuscany_landscape_view_skyline.jpg (CC0)
Aktorzy najnowszej produkcji Netflixa dumnie wykrzykują na ulicach, że przywracają komedie romantyczne do łask. Z góry jest nam obiecany świetny seans, rozrywkowy, emocjonalny i przede wszystkim pełen miłości. Pora sprawdzić, czy to wyłącznie głośny zabieg marketingowy, czy faktycznie udało im się odczarować negatywny obraz romantycznych produkcji.
Komedie romantyczne to gatunek, który w zbiorowej świadomości uchodzi za dość infantylny, głupiutki i łatwy w odbiorze. Przez lata oglądanie tych produkcji wiązało się z uczuciem zażenowania. Kiedy ktoś przyłapał nas na seansie, broniliśmy się słowami: guilty pleasure. Tylko czy skoro coś sprawia nam przyjemność, to musi od razu wiązać się z poczuciem winy? Filmy romantyczne przez lata były degradowane, a ich wkład w kinematografię umniejszany. Na przekór wszystkiemu jest to gatunek, który cieszy się niesłabnącą popularnością wśród widzów.
Dlaczego tak chętnie oglądamy romanse?
Założeniem komedii romantycznych jest przedstawienie świata pięknego, wyolbrzymionego, jednak wciąż silnie zakorzenionego w naszej codzienności. Patrząc na bohaterów, możemy odnaleźć w nich siebie, utożsamić się i przeżywać emocje często nieosiągalne na co dzień. Po seansie powinno towarzyszyć nam uczucie spełnienia i radości. Chcemy wierzyć w lepszy świat i zapomnieć, choć na chwilę, o naszych problemach. Ta właściwość sprawia, że wciąż chętnie wybieramy ten gatunek. Rozumieją to również twórcy platform streamingowych, którzy licznie zapełniają serwisy nowymi tytułami w tej kategorii. Niestety produkcjom często można zarzucić brak wysokiej jakości i bardzo powierzchowne przestudiowanie gatunku i oczekiwań odbiorczych. W ostatnich dniach na portalu Netflix pojawił się film inspirowany prozą Emily Henry (jednej z najpoczytniejszych współcześnie autorek romansów), „Ludzie, których spotykamy na wakacjach”. Aktorzy i twórcy w materiałach promocyjnych szumnie określali swoje dzieło jako powrót komedii romantycznych. Czy mieli rację?
Przede wszystkim należy zaznaczyć, że gatunek ten nigdzie nie zniknął,a jedynie stracił szacunek w oczach twórców. Miłość w filmach zawsze się sprzedaje. Niestety w wielu realizacjach jest wykorzystywana w celach wyłącznie marketingowych. Producenci rezygnują z budowania historii na rzecz przedstawienia płomiennego romansu. „Ludzie, których spotykamy na wakacjach”, pomimo zapewnień, że jest inaczej, również wpadają w popularny ostatnio schemat. Przez cały film śledzimy historię Poppy i Alexa, których łączy wieloletnia przyjaźń.. Fabuła opiera się na ich wspólnych wyjazdach. Każdy kolejny zmienia coś w ich relacji, choć często niezauważalnie. Taki sposób budowania fabuły już na samym początku stwarza zagrożenie chaosu, niespójności, a co za tym idzie trudności z zanurzeniem się w historię. Mimo że przeskoki czasowe są dobrze uargumentowane fabularnie, całość nabiera teledyskowego charakteru. Przenosimy się na chwilę do Kanady, zaraz potem do Toskanii, w każdym z tych miejsc towarzyszą nam piękne widoki i wyrwane z kontekstu interakcje między głównymi bohaterami. Bohaterowi podczas wyjazdów postanawiają porzucić codzienne osobowości i stać się „wakacyjnymi” wersjami siebie. Spędzają razem czas i pokazują się widzowi w wykreowanej przez siebie rzeczywistości, a wszystko, co ma miejsce pomiędzy wycieczkami, jest nam nieznane.
Kiedyś to było, teraz to nie ma. Czego brakuje współczesnym produkcjom?
Problem relacji jest tutaj szerszy, niż wyłącznie tworzenie alter ego przez główne postacie. Przez cały film widz boleśnie odczuwa brak interakcji. Oczywiście pojawiają się bohaterowie drugoplanowi, ale są oni tak powierzchownie napisani, że pełnią jedynie funkcję katalizatorów. Ich celem jest rzucenie jakiejś uwagi w stronę głównych bohaterów, aby nakierować ich na konkretne działanie. Często służą również wytłumaczeniu widzowi tego, co właśnie się wydarza. To typowy zabieg filmowy, jednak należy zbudować go tak, aby był przekonujący. Zadaniem twórców jest sprawić, żeby drugoplanowe postaci były częścią historii, aby prezentowały się jako nieodłączny element życia bohaterów. W „Ludziach, których spotykamy na wakacjach” otrzymujemy kwestie, które równie dobrze zamiast brata/ojca/przyjaciółki mógłby wypowiadać kelner/sąsiad/przechodzień, są pozbawione serca i nie czujemy między nimi związku. W wielu przypadkach nie nawiązują w żaden sposób do relacji między postaciami, nie rozbudowują świata przedstawionego, nie wprowadzają nowych kontekstów. W filmie brakuje stworzenia głębszej historii. Poruszamy się jedynie po powierzchni, śledząc losy Poppy i Alexa, jednak nie widzimy ich życia w szerszej perspektywie. Praktycznie nie pojawiają się momenty, w których moglibyśmy poznać bohaterów jako osobne postacie. Zawsze śledzimy je na wakacjach, które spędzają razem. Obserwujemy ich wpływ na siebie nawzajem, ale nie jest nam dane zobaczyć, jak ta relacja wpływa na nich indywidualnie i w jaki sposób przekłada się na relacje z innymi bohaterami.
W większości filmów króluje złota zasada, że lepiej coś pokazać, niż o tym opowiedzieć. Tutaj, ze względu na specyfikę przedstawienia historii, czyli fragmentów z wyjazdów, wiele wydarzeń, które dzieją się poza wakacjami, wychodzi na jaw w rozmowach głównych bohaterów. Zabieg ten pozwala nam zobaczyć dwójkę przyjaciół, którzy spotykają się po jakimś czasie i nadrabiają zaległości o swoich życiach. W tym kontekście wypada on dobrze. Niestety taki sposób budowania narracji przeciąga się na cały film, przez co odarty jest z wielu subtelnych momentów, na rzecz prostolinijnego powiedzenia widzowi, co zaraz się wydarzy. Zbyt dużo wyjaśnień pada z ekranu, przez co tracimy zabawę z odkrywania uczucia między bohaterami. Przyjemność w obcowaniu z komedią romantyczną nie płynie z satysfakcjonującego końca – ten jest nam znany od początku. Wiemy, że bohaterowie skończą jako para – chcemy widzieć to, co w danej chwili jest dla nich samych niedostrzegalne, ukradkowe spojrzenia, nerwowe ruchy. Chcemy interpretować ich zachowania, dociekać i do końca nie mieć pewności, czy to w tym momencie się zakochali, czy też nie. Chcemy być świadkami napięcia buzującego między postaciami. W momencie gdy wszystko zostaje nam jawnie zakomunikowane, jesteśmy pozbawieni przyjemności posiadania chwilowej przewagi nad bohaterami. Nie wszystkie sceny w filmie są źle skonstruowane – pojawiają się również takie, jak na przykład scena tańca, które pozwalają na przyjemne zapomnienie się w relacji Poppy i Alexa. Niestety patrząc całościowo na produkcję, są to sceny nieliczne.
Zdecydowanie najlepszym elementem filmu była główna obsada. Tom Blythe, który wciela się w Alexa i Emily Bader grająca Poppy, wykreowali naprawdę dobrą parę. Była między nimi wyczuwalna chemia, dobrze prezentowali się razem na ekranie. Niestety sposób prowadzenia narracji nie dał im pola, aby mogli w pełni zabłysnąć, a szkoda. Jest wiele scen, które stały się natychmiastowym przebojem w social mediach. W okresie premiery filmu wszędzie można było zobaczyć wspomnianą wcześniej scenę tańca w barze czy romantyczne wyznanie miłości w deszczu. Oczywiście są to klisze gatunkowe, jednak zarówno marketingowo, jak i realizacyjne sprawdzają się świetnie. Takie momenty to wyłącznie pojedyncze przebłyski, które zapadają w pamięć tym mocniej, że całość jest pozbawioną wyrazu produkcją streamingową.
„Ludzie, których spotykamy na wakacjach” są ofiarą własnej kampanii promocyjnej. Gromko zapowiadany powrót komedii romantycznych, to w rzeczywistości poprawny film, który ani nie przedefiniowuje gatunku, ani nie zbliża się do klasycznych tytułów z tego nurtu. Przy bardzo dobrej obsadzie najbardziej kłuje w oczy niewykorzystanie jej potencjału i potraktowanie historii dość powierzchownie. Najnowsza produkcja Netflixa to jedna z ciekawszych ostatnio komedii romantycznych tego portalu, ale wciąż daleko jej do uchwycenia sedna i magii klasyków tego gatunku.
Kamila CHOLEWICKA