Lynn Ramsay szokuje, a Jennifer Lawrence uderza głową w ścianę. „Zgiń kochanie” porusza temat, którego nikt nie chce się podejmować

Jennifer Lawrence zagrała główną rolę w tym filmie / Źródło: wikimedia commons
Po wyjściu z sali kinowej w głowie miałam tylko jedno słowo – „obłęd”. Nadal nie znalazłam odpowiedniejszego określenia na to, co zobaczyłam na ekranie. Tak samo jak wielu innych widzów, na seans przyciągnęła mnie przede wszystkim gwiazdorska obsada i świetny zwiastun. Gra aktorska nie budzi zastrzeżeń i w tej kwestii panuje pełna zgoda wśród internautów. Jeśli jednak chodzi o całość realizacji, opinie są wyraźnie podzielone.
Polska premiera „Zgiń, kochanie” odbyła się grudniu ubiegłego roku i wywołała w internecie niemałe zamieszanie. Wśród odbiorców wykreowały się dwie grupy: jednych zachwyciła nietuzinkowa forma, naturalistyczne sceny oraz krótkie i niekoniecznie przepełnione treścią dialogi, drudzy z kolei zarzucili produkcji zbyt błahe pokazanie poważnych problemów psychicznych bohaterki, spłycając je do uderzania głową w ścianę.
Reżyserka filmu, Lynne Ramsay, znana jest z poruszania tematów nietykalnych – takich, które wywołują u odbiorcy dyskomfort i nie pozwalają przejść obok obojętnie. Taka jest opowieść Grace, głównej bohaterki, w której rolę wciela się Jennifer Lawrence. Młoda para wprowadza się do starego domu przy lesie w odizolowanej okolicy. Zarówno kobieta, jak i jej partner Jackson (Robert Pattinson) z początku wydają się doskonale odnajdywać w tych warunkach. Ich relacja jest pełna namiętności i młodzieńczej radości. Klimat miejsca, w którym się znajdują, idealnie dopełnia ten nadto beztroski obraz. Na wstępie dowiadujemy się również, że Grace jest pisarką – zamierza ona korzystać z ciszy i skupić się na pisaniu nowej powieści. Wszystko drastycznie zmienia się za sprawą pojawienia się dziecka. Niemowlę zdaje się wyciągać ze świeżo upieczonych rodziców to, co najgorsze.
W pozornie zwyczajnym domostwie atmosfera staje się napięta. Matka stopniowo popada w szaleństwo i otępienie. Pochłonięta opieką nad dzieckiem dystansuje się od reszty świata. Jej impulsywność z czasem zamienia się w agresję, którą wyładowuje na mężu. Lawrence, za pomocą mimiki, gwałtownych ruchów i nieobecnego spojrzenia buduje odpychającą postać, budzącą niechęć odbiorców. Ojciec noworodka z kolei wyraża swoje niezrozumienie i frustracje zupełnym brakiem obecności – kiedy już zjawia się w domu, wydaje się emocjonalnie odcinać od partnerki i dziecka. Bohaterowie wzajemnie napędzają się w kierunku obłędu, co doskonale obrazuje scena, w której Jackson przywozi do domu psa, aby ten zapewnił im rozrywkę i poprawił nastroje. Mężczyzna nie przewidział jednak, że w związku z jego ciągłymi wyjazdami, to na Grace spadną wszystkie obowiązki związane z opieką nad czworonogiem. Obecność psa doprowadza kobietę do szału, co prowadzi do kolejnych konfliktów w relacji.
Co kryje się pod symboliką?
Postać Grace jest interpretowana przede wszystkim jako wyraz skrajnego przypadku depresji poporodowej. Podczas gdy bohaterka próbuje odnaleźć się w zupełnie nowej sytuacji, najbliższe otoczenie jedynie pogarsza jej stan, nakłada na kobietę presję i zdaje się pomijać aspekt zdrowia psychicznego świeżo upieczonej matki. Pytania o poród, karierę, plany na przyszłość – choć w teorii są oznakami troski, wypadają jako zupełnie nieadekwatne do sytuacji i napędzają karuzelę stresu w życiu Grace. Chęć uniknięcia niekomfortowych rozmów doprowadza postać do alienacji, ucieczki od społeczeństwa. Kobieta w swojej samotności i niezrozumieniu przez otoczenie jedyne poczucie sensu odnajduje – o ironio – w dziecku. To właśnie błędne koło braku wsparcia i jednoczesnego odsuwania od siebie bliskich wpędza bohaterkę wprost w ramiona obłędu. Obserwujemy, jak mimo poprawnej identyfikacji problemu, Grace wybiera najgorsze mechanizmy obronne, skazując zarówno siebie, jak i otoczenie na destrukcję.
Od pierwszych minut seansu, „Zgiń kochanie” tworzy osobliwą relację między widzem a protagonistami historii. Za sprawą nielinearnej narracji błąkamy się w czasie i przestrzeni razem z bohaterami. Niekiedy można odnieść wrażenie, że sytuacja, którą obserwujemy nie ma miejsca w rzeczywistości, a jedynie w umyśle Grace. Widzimy wyrwane z kontekstu wspomnienia z okresu ciąży, jak niepokojąca scena tańca głównej bohaterki z dziadkiem Jacksona. Długie, pozbawione dźwięku sekwencje potęgują immersyjne zanurzenie w historie,zjak gdybyśmy byli obecni w miejscu akcji. Szczególnie uderzające są sceny, w których kompletna cisza przeobraża się we wrzaski, roztrzaskiwanie przedmiotów i dziecięcy płacz – co w rezultacie buduje atmosfery wszechobecnego chaosu.
A co na to widzowie?
W odczuciu części internautów, film, w całej swojej oryginalności i nietuzinkowości, zamiast zwracać uwagę na społeczny problem, jakim jest brak zrozumienia dla kobiet w okresie połogu, staje się po prostu artystycznym popisem umiejętności reżyserki. Grupa niezadowolonych odbiorców twierdzi, że sens historii został ukryty pod płaszczem chaosu i symboliki, przez co dramat sytuacji potraktowany jest zbyt powierzchownie.
Nie można jednak, jak sądzę, stwierdzić, że produkcja jest jedynie błahym, bezmyślnym zlepkiem gorszących scen, mających na celu wzbudzenie kontrowersji. Poruszamy się w obszarze zagadnień niezwykle ważnych, a jednocześnie często pomijanych – właśnie dlatego, że są one nieatrakcyjne i nieprzyjemne wizualnie dla odbiorcy. Z tego powodu każdy przejaw poświęcenia im uwagi uważam za szczególnie istotny. Ramsay tworzy przestrzeń do dyskusji nad potrzebami i zdrowiem psychicznym świeżo upieczonych matek, podchodząc do tematu na wielu płaszczyznach. Niezrozumienie ze strony bliskich, oczekiwania i presja, z którą mierzą się kobiety, brak wsparcia ze strony partnera – to realne problemy rodzicielek wokół nas, z których nie zdajemy sobie sprawy. Zamykamy oczy na to, co niewygodne, by nie wychodzić ze swojej bańki wyobrażeń macierzyństwa, często kompletnie mijających się z prawdą. Historia Grace obrazuje także, w jaki sposób otoczenie postrzega kobietę od momentu urodzenia dziecka. Nagle okazuje się, że jej charakter, marzenia, cele – wszystko to schodzi na drugi plan, bo społeczeństwo potrafi postrzegać ją już tylko w kategorii rodzicielki. Gdy po porodzie pojawia się pytanie o plany na przyszłość, zazwyczaj dotyczy ono tego, w jaki sposób zostaną one pogodzone z wychowywaniem dziecka. Jeśli natomiast matka niemowlęcia wspomina o osobistych ambicjach związanych z innym aspektem życia niż macierzyństwo, jej wypowiedź często bywa uznawana za kontrowersyjną.
Chciałabym, abyśmy ze „Zgiń kochanie” mogli wyciągnąć wnioski dotyczące wsparcia, jakie okazujemy matkom w okresie połogu. Tak samo jak bliscy Grace, często – mimo szczerych chęci –nie potrafimy dobrać odpowiednich słów czy wybrać rodzaju pomocy, która realnie przysłużyłaby się kobietom w tym trudnym czasie. To, czego zabrakło bohaterom historii to umiejętność komunikacji i odwaga, aby otwarcie nazywać swoje problemy. Ucząc się na ich błędach, może zapomnijmy o tym, co wydaje nam się, że wiemy o potrzebach innych – po prostu pytajmy. Myślę, że niezależnie od tego, czy przypadnie wam do gustu forma i klimat filmu, jest on absolutnie warty obejrzenia – bo to temat, który dotyczy nas wszystkich.
Amelia KOLAŃCZYK