M jak Marty

W rolę głównego bohatera wcielił się Timothée Chalamet./Źródło: Wikimedia Commons (CC BY 4.0), fot. Amy Martin Photography
Pierwsza połowa stycznia przyniosła liczne pokazy przedpremierowe jednego z najbardziej wyczekiwanych tytułów roku. Sale wypełnili kinomani pełni nadziei, że oto właśnie patrzą na kolejny triumf Timothéego Chalameta w roli z oscarowym potencjałem. Co ma do przekazania film o młodym mężczyźnie, który przekonany o swojej tytułowej wielkości, postanawia spełnić marzenie o byciu najsłynniejszym amerykańskim tenisistą stołowym?
Czuliście się kiedykolwiek zawiedzeni przez film, który miał rzekomo być nowym faworytem publiczności i pretendentem do Oscara? W moim przypadku miało to miejsce wielokrotnie. „Wielki Marty” wzbudził we mnie jednak odczucia zupełnie odwrotne, choć nie udałam się na seans pozbawiona oczekiwań. Przeciwnie, liczyłam na podobne emocje, jak przy seansie „Challengers” przed dwoma laty. Nabyłam bowiem sympatii do historii o młodych, ambitnych sportowcach, przeżywających swoje wzloty, upadki i nie zawsze przyjemne zderzenia z rzeczywistością…
Wbrew epoce
Główną osią fabularną filmu i tym, co najbardziej samą historię napędza, jest dążenie dwudziestoparoletniego Marty’ego Mausera do wielkości, w wielu tego słowa znaczeniach. Centralną motywacją bohatera jest zostanie najsłynniejszym amerykańskim tenisistą stołowym, co w dzisiejszych czasach, choć może brzmieć nieco nad wyraz ambitnie, byłoby prędzej możliwe do zrealizowania.
Jednak w USA w lat 50. XX wieku ta dyscyplina sportu pozostaje wciąż niszowa i nierozpropagowana, tym bardziej na gruncie zawodowstwa. Uzdolniony, a przede wszystkim zdeterminowany zawodnik wygrywa jednak mistrzostwa w Londynie, co przynosi mu ogromną sławę. Ta jednak okazuje się dużo bardziej skomplikowana do nawigowania niż początkowo przypuszczał. Z pozoru taki zarys fabuły nie brzmi szczególnie oryginalnie – mimo to, w ,,Martym’’ niezapomnianych przeżyć nie brakuje.

Piłka pingpongowa to prawdopodobnie najważniejszy rekwizyt w filmie. / Źródło: Źródło: Maria Pilarska (grafika własna) / Fenestra
Prawo do wielkości?
Ambicja jako motyw centralny to jedna z najbardziej interesujących tendencji we współczesnym kinie, gdyż można ją rozumieć i ukazać na wiele sposobów. Marty zaczyna jako sprzedawca butów w sklepie swojego wujka – to stabilna posada, która zapewnia nawet drobne możliwości rozwoju. Od początku jednak widzimy to, o czym nie pozwala się nam zapomnieć do samego końca – Mauser jest stworzony do wielkości. Co więcej, manifestuje to wyjątkowo otwarcie, przedstawiając się jako człowiek zarozumiały z nieprzeciętnie wybujałym ego. Ta cecha postaci wydaje się z początku szczególnie irytująca, jakby stała na drodze do sympatyzowania czy też utożsamienia się z nią. Podejście do życia głównego bohatera, dotyczące zarówno codzienności, jak i sportu, można wówczas błędnie określić jako „wszystko mi się należy”. Wraz z postępem fabuły zaczynamy powoli rozumieć, co napędza Marty’ego, daje nam to wgląd w jego (nierzadko wątpliwy) system wartości. Zauważamy, że „wszystko mi się należy” powinniśmy rozwinąć o „bo ciężko na to zapracowałem”. Tego bowiem nie sposób bohaterowi odmówić. Możemy skupiać się na jego licznych przywarach, ale nie jesteśmy w stanie tej roszczeniowości przypisać jedynie arogancji…
Sam przeciw światu?
…choć tej również graczowi nie brakuje. I słowo „gracz” jako „player” zostało tu użyte nieprzypadkowo, bowiem jego dwoistość doskonale opisuje bohatera granego przez Chalameta. Oprócz swojego dosłownego znaczenia, mężczyzna „gra”, a może raczej „pogrywa” sobie z uczuciami wszystkich w swoim otoczeniu, szczególnie kobiet. Jego zdolność manipulacji zostaje doskonale wyeksponowana w filmie i sprawia wrażenie reakcji obronnej. Wydaje się bowiem, jakby Marty był przekonany, że jedyną możliwością osiągnięcia tego, co osiągnąć sobie postanowił, są kombinowanie, kłamstwa i manipulacje. Trudno dziwić się takim zachowaniom i wnioskom, kiedy bliżej spojrzy się na sposób, w jaki traktują go inni – nawet okłamująca go ukochana. Świat utwierdza go w przekonaniu, że nikt nie jest szczery, więc i on nie musi być. Doskonale ukazano to w jednej z finałowych sekwencji filmu, kiedy wskutek kilku powtarzających się niepowodzeń, Marty zaczyna zrzucać odpowiedzialność na wszystko wokół niego, nawet elementy otoczenia, takie jak kabel na podłodze. Widzimy wówczas, że w przekonaniu o swojej wielkości nie dopuszcza możliwości, iż to on mógł popełnić błąd. Z przyzwyczajenia do rzeczywistości pełnej nieprawdy, uważa, że jest sabotowany.
Oscarowe zagranie
W rolę Mausera nie mógłby się wcielić nikt inny niż Timothée Chalamet. Młody aktor niewiarygodnie rozwinął się od czasów grania skomplikowanych wewnętrznie nastolatków. W filmie Josha Safdiego pokazuje zupełnie nową jakość, odkrywa nieeksplorowane we wcześniejszych projektach poziomy swoich umiejętności i zachwyca nawet sceptyków. Sam Marty to postać niezwykle bogata w kontrasty – z jednej strony nieco zbyt pewny siebie zawodnik, z drugiej młody człowiek, dla którego szybko rozwijający się świat bywa przytłaczający. Wspina się na szczyt sportowej kariery, ze świadomością niestabilnego charakteru tej profesji. To, ile może stracić, jest zupełnie nieistotne dla tenisisty. Widzi tylko, jak wiele może zyskać i zauważa, jak czuje się będąc „supreme”. Dostrzegam w bohaterze pewne odzwierciedlenie Chalameta: sam aktor także zyskał imponującą popularność w bardzo młodym wieku i w zrozumiały sposób korzystał z niej zarówno na polu zawodowym, jak i prywatnym. Od roli w „Tamte dni, tamte noce” zadomowił się w mainstreamie na dobre, a każdy jego krok jest obserwowany przez rzeszę fanów. W filmie doskonale widać, jak mężczyzna bawi się swoim nowym wcieleniem, ale i utożsamia z wieloma aspektami szybkiego zdobycia wielkiej sławy. Dzięki temu, że Mauser to przedłużenie Chalameta, staje się dla nas dodatkowo wiarygodny i znajomy. Wybaczamy mu pewne zachowania (może nawet podświadomie) ze względu na to, ile prawdy widzimy w tej postaci. Sam aktor tworzy w ten sposób autoironiczną legendę na swój temat, jednocześnie subtelnie rozprawiając się z licznymi słowami krytyki na temat tego, że „wyraźnie się zmienił” od swojego udziału w queerowym melodramacie. W grze aktorskiej Timothéego widać ogromny rozwój: jest dynamiczna, przekonująca i zróżnicowana emocjonalnie.
,,Wielki Marty” ciekawie diagnozuje także tendencje amerykańskie w latach 50. XX wieku. Odznacza się godną pochwały zdolnością autoironii, zarówno w zakresie zderzenia z rzeczywistością „amerykańskiego snu”, jak i pojęcia wielkości czy gwiazdorstwa, nader często ściśle połączonego z kreacją oraz nieprawdą. I choć bezsprzecznie żart o Holokauście wzbudzi w was przeogromne ciarki niezgody (nie mówiąc już o scenie, która wstawiona została do filmu chyba wyłącznie po to, by zszokować), dajcie się przekonać i koniecznie wybierzcie się do kina w przerwie od nauki podczas sesji lub chwilę po niej!
Maria PILARSKA