Sidney Crosby (po prawej) i Alexander Ovechkin byli inspiracją dla postaci głównych bohaterów serialu. /Źródło: Źródło: Flickr (CC BY-NC 2.0), fot. clyde

Świat oszalał na punkcie pary fikcyjnych hokeistów. Pobite zostały wieloletnie rekordy rankingowe, a na amerykańskim HBO obejrzano już ponad 600 milionów minut serialu. Absolutna histeria towarzyszy publicznym wystąpieniom aktorów, którzy jeszcze kilka miesięcy temu obsługiwali restauracyjne stoliki. A wszystko to za sprawą „Heated Rivalry”.

„Gorąca rywalizacja”, bo pod takim tytułem serial trafi do Polski, jest adaptacją popularnej powieści kanadyjskiej autorki Rachel Reid. „Heated Rivalry” jest drugą częścią sześciotomowej serii pod tytułem „Game Changers”. Każda z książek to queerowy romans skupiający się na postaci innego, fikcyjnego hokeisty i jego partnera, który w większości przypadków jest oderwany od świata sportu. Tylko w przypadku „Heated Rivalry” oraz bezpośredniego sequelu – „The Long Game” (szósty tom serii), mamy do czynienia z parą zawodników. Stawka jest więc jeszcze wyższa, ryzyko jeszcze dotkliwsze, a potrzeba ukrywania nie wynika jedynie z problemów z samoakceptacją. Serial pozostaje niezwykle wierny pierwowzorowi literackiemu zarówno w kontekście rozwoju fabuły, jak i skali ukazywanej wprost erotyki. Lepiej nie oglądać z rodzicami.

Romans w wersji macho

Głównymi bohaterami „Gorącej Rywalizacji” są hokeiści Shane Hollander oraz Ilya Rozanov, Kanadyjczyk i Rosjanin. Rozwój ich karier w północnoamerykańskiej lidze hokeja, NHL (czy też MLH na potrzeby serialu) śledzimy od samego początku, kiedy jako niezwykle obiecujący rekruci skupiają na sobie uwagę świata sportu. Jeszcze jako nastolatkowie, porównywani są ze sobą, stawiani w opozycji. Trafiają do dwóch najlepszych w lidze drużyn z długoletnią historią zaciekłej rywalizacji. Media szybko stwarzają więc wokół zawodników narrację o współzawodnictwie i wzajemnej niechęci. Prawda jest jednak zupełnie inna. Iskry pojawiają się już przy pierwszym spotkaniu, a zazdrość i wzajemny podziw zaczynają łączyć się z coraz silniejszym pożądaniem. Bohaterowie każdą okazję do bycia razem spędzają na oddawaniu się gorącemu romansowi, starannie utrzymywanemu w sekrecie. Zakazany owoc smakuje najlepiej, problemy zaczynają pojawiać się, gdy do gry wkraczają uczucia.

Serial porusza więc dość znaną formułę gatunkową, zakazanej miłości, zrodzonej w nieprzychylnej rzeczywistości. W lidze hokejowej króluje maczystowski model męskości, a na porządku dziennym są homofobiczne żarty. Nic tak nie wyprowadza z równowagi, jak bycie nazwanym gejem. Wymieniając się numerami telefonu, bohaterowie przyjmują więc aliasy Jane i Lily, dla bezpieczeństwa, w razie, gdyby kolega z drużyny spojrzał przez ramię i przeczytał bardziej pikantną wiadomość. Obaj wyrastają w przeświadczeniu, że emocje trzeba ukrywać, tłumić je w sobie, bo ich okazanie świadczy o słabości. Shane długo musi walczyć z samym sobą, żeby uznać swoją homoseksualność. Ilya zalewany jest roszczeniami od rodziny, która widzi w nim przede wszystkim bankomat, nie interesując się jego osiągnięciami. Obaj noszą maski. Pierwszy to perfekcjonista, całkowicie skupiony na hokeju, drugi to kobieciarz, agresywny na lodzie, utalentowany, lecz traktujący grę głównie jako zabawę. Pod fasadą skrywa się jednak znacznie więcej.

Co ciekawe, to kobiety odegrają kluczową rolę w rozwoju relacji głównych bohaterów. Svetlana (Ksenia Kharlamova), przyjaciółka z dzieciństwa oraz przygodna partnerka seksualna, szybciej niż Ilya wyczuwa, że relacja z „Jane” jest czymś więcej. Rose (Sophie Nélisse) wyjaśnia Shanowi, że uczuć zazwyczaj nie trzeba wymuszać, a bycie szczerym z samym sobą może okazać się wyzwalające. Podobne typy postaci znamy już z niejednej produkcji. W przypadku „Gorącej rywalizacji” zdają się one jednak wyjątkowo dobrze ukształtowane i interesujące same w sobie.

„I’m coming to the cottage”

Interesująca jest również struktura serialu. Pierwsze odcinki to niekończące się przeskoki czasowe. Na przełomie godziny poznajemy kilka lat życia bohaterów, którzy albo spotykają się po przeciwnych stronach lodowiska, albo w hotelowym łóżku. Większość serialu operuje na bardzo wysokich obrotach. Obawa przed ujawnieniem sekretu splata się z seksualnym spełnieniem, rywalizacja sportowa ze skomplikowanymi relacjami rodzinnymi. Dynamiczny montaż połączony z doskonale dobraną ścieżką dźwiękową składa się na intensywny, satysfakcjonujący dla widza seans. „Gorąca rywalizacja” najbardziej zyskuje jednak po zwolnieniu tempa. Odcinek piąty przynosi zdecydowaną zmianę tonu, zmniejszenie temperatury. Bohaterowie zdają się dojrzewać na naszych oczach, pozwalać sobie na coraz więcej szczerości. A to, co między nimi się wydarzyło, sprawiło że piąty odcinek zyskał jedną z najwyższych ocen serwisu IMDb w historii jego funkcjonowania. 

Prawdziwym fenomenem okazał się również odcinek finałowy, wyczekiwany przez milionową publiczność. Fraza „I’m coming to the cottage” stała się dla fanów mantrą, obecnie przeobrażoną w „I’m still at the cottage”. Dla zobrazowania skali wydarzenia zaznaczyć można, że „Gorąca rywalizacja” znacząco przyćmiła wyczekiwaną od dwóch lat premierę finału „Stranger Things”. Oczywiście podobne zestawienia, pobijane rekordy oraz detronizacja wielkich, kasowych produkcji, świadczą przede wszystkim o astronomicznej popularności. Nie oszukujmy się, serial jest dobrze zrobiony, obsada świetna, ale nie wkraczamy tutaj na nowe wyżyny telewizji jakościowej. Serial nie próbuje być niczym więcej niż romansem, w tym też jego siła. Wyjątkowe wydaje się jednak, że to właśnie względnie niszowa produkcja o homoseksualnej parze hokeistów osiągnęła takie wyniki.

Nowe twarze

Prawdopodobnie najmocniejszą stroną „Gorącej rywalizacji” są obsadzeni w głównych rolach aktorzy. Hudson Williams (Shane Hollander) i Connor Storrie (Ilya Rozanov) w wielkim świecie kina stawiają dopiero pierwsze kroki. Brak tutaj koneksji w postaci wujków ze studiów filmowych, czy tatusiów milionerów, zamiast tego mamy dwóch aktorów o skromnych początkach, którzy bez reszty oddali się swoim rolom, obnażając się przy tym emocjonalnie i nie tylko. W przypadku postaci Ilyi wrażenie robi również pokaźna porcja rosyjskich dialogów. Znaczna część widzów była przekonana, że Storrie biegle posługuje się tym językiem.

Szczególnie ciekawy wydaje się sposób, w jaki obaj aktorzy prezentują się również poza ekranem. Wydają się zupełnymi przeciwieństwami swoich ról, jednocześnie już teraz kształtują dla siebie charakterystyczną markę. Oczywiście, jak zawsze w przypadku popularnej produkcji podejmującej tematykę LGBTQ+ nie obyło się bez oskarżeń o queerbaiting (wciąż trzeba przypominać, że od aktorów nie należy nam się nic poza dobrze zagraną rolą, a tutaj obowiązek ten został zdecydowanie spełniony). Zaskakiwać może, że jeszcze kilka miesięcy temu obaj pracowali jako kelnerzy, a ich doświadczenie ogranicza się do epizodycznych ról i niezależnych filmów krótkometrażowych. Zdają się jednak dobrze przygotowani na otwierającą się drogę do wielkiej sławy.

Jakkolwiek górnolotnie może to zabrzmieć, „Gorąca rywalizacja” ma potencjał, aby znacząco zmienić sposób, w jaki traktowane są queerowe produkcje. Serial jest dowodem na to, że niepotrzebne są wielkie nazwiska, że seksualność może być istotnym dla rozwoju fabuły elementem, a wyjście poza zamkniętą niszę jest możliwe (przynajmniej dla serii skupionych na mężczyznach). Dzieło może również wpłynąć na sytuację homoseksualnych sportowców. Hokeista Jesse Kortuem wymienia „Gorącą Rywalizację” jako inspirację dla swojego coming outu. W NHL nie ma żadnego aktywnego zawodnika, który ujawniłby swoją queerowość. Nie powstrzymało to ligi przed próbami czerpania zysków z sukcesu serialu. Można mieć tylko nadzieję, że nacisk społeczny poskutkuje faktycznymi zmianami w świecie hokeja, pozwalającymi marginalizowanym sportowcom poczuć się bezpiecznie.

Anna TOMCZAK

%d bloggers like this: