Nieutytułowany mistrz, który nigdy nie odpuszczał – Gilles Villeneuve

Gilles Villeneuve podczas GP Imoli 1979 / Źródło: wikimedia commons
Przez ostatnie 75 lat wyścigów Formuły 1 przewijało się wielu wybitnych kierowców – w końcu zapewnione miejsce w zespole królowej motorsportu powinni mieć ci najbardziej wytrwali, skupieni i przede wszystkim najszybsi. Mistrzostwo świata udało się zdobyć 35 różnym kierowcom. Był jednak też ktoś, kto pomimo swoich wyjątkowych zdolności nigdy nie zdobył tytułu. Mowa o postaci Gillesa Villeneuve’a – Kanadyjczyka z charyzmą, wyjątkowym talentem, umiejętnościami i olbrzymią odwagą.
Gilles Villeneuve urodził się 18 stycznia 1950 roku w Quebec i już od małego miał nadzwyczajną pasję do prędkości oraz marzenie o zostaniu profesjonalnym kierowcą wyścigowym. Wielokrotnie wspominał o tym, jak jadąc ze swoim ojcem stale go ponaglał i kazał wyprzedzać inne auta. Ta obsesja wpłynęła na błyskawiczny rozwój. Od początków w Kanadzie do międzynarodowych Grand Prix. Karierę wyścigową rozpoczął stosunkowo późno, bo w wieku 23 lat, kiedy odjechał swój pierwszy sezon w regionalnej Formule Ford i rok później w Formule Atlantic. Zwycięstwo odniósł w 1976 i 1977 roku, i jeszcze w tym samym sezonie przeszedł do Formuły 1. Co ciekawe Gilles nie chciał być postrzegany jako „za stary” na sukces w motorsporcie, więc często odejmował od swojego wieku dwa lata i zapewniał, że urodził się w 1952 roku. Po tym, jak zaimponował Jamesowi Huntowi, mistrzowi świata z 1976 roku, zaproponowano mu kontrakt w McLarenie. W debiutanckich kwalifikacjach do GP Wielkiej Brytanii zajął piąte miejsce i zachwycił wszystkich dookoła. Uwagę zwróciło na niego Ferrari, a właściciel, Enzo, zauważył podobieństwo do przedwojennego mistrza Europy Tazio Nuvolariego. Po spotkaniu z ojcem zespołu Villeneuve został zakontraktowany i od dwóch ostatnich wyścigów sezonu 1977 należał do ekipy z Włoch.
Sezon 1978 przyniósł dla Gillesa pierwsze zwycięstwo na torze w Kanadzie, pozostając do dzisiaj jedynym Kanadyjczykiem, który tego dokonał, ale też pierwsze problemy. Otóż jego bezkompromisowa jazda doprowadzała często do uszkodzeń bolidu i do wycofania się z aż sześciu wyścigów. Włoska prasa domagała się wyrzucenia go z zespołu, lecz Enzo Ferrari, pomimo drobnego rozczarowania, pozostawił go w zespole. Darzył go ogromną sympatią i łączyła ich bardzo bliska relacja, niemalże ojca z synem. Rok 1979 zasłynął z jego walki koło w koło o drugie miejsce z René Arnoux podczas GP Francji. Na ostatnim okrążeniu kierowca Renault starał się wyprzedzić Villeneuve’a, co spowodowało, że para kierowców przez pierwsze kilka zakrętów jechała bardzo blisko siebie, a nawet dochodziło do wielokrotnych kontaktów. Arnoux wyprzedził Kanadyjczyka, jednak ten nie odpuszczał i przy próbie odzyskania pozycji kierowcy zderzyli się. Ostatecznie jednak to Gilles prowadził przez drugą połowę wyścigu i ukończył go na drugiej pozycji. Jazda ta była tak spektakularna i jednocześnie niebezpieczna, gdyż przy walce koło w koło bardzo łatwo o „wybicie” bolidu w górę o koła rywala. Kolejny raz pokazało to, jak niezwykle odważnym, zdeterminowanym i szybkim kierowcą był Villeneuve. W tamtym sezonie był najbliżej zdobycia tytułu mistrza świata. Udało mu się kilkukrotnie prowadzić w klasyfikacji generalnej kierowców. Tak naprawdę to Ferrari, wydając Gillesowi polecenie przepuszczenia swojego kolegi z zespołu Jody’ego Schecktera na GP Włoch, pozbawiło go tego osiągnięcia. Wtedy to właśnie Jody zagwarantował sobie tytuł, pomimo znaczącej różnicy tempa.
Sezon 1980 nie pozwolił Villeneuve’owi na zbyt wiele ze względu na niekonkurencyjne auto. Punktował jedynie w czterech wyścigach, ale mimo to kierowca się nie poddawał i już rok później ponownie udowodnił, że potrafi wiele. Ferrari zaprezentowało bolid z silnikiem turbo, w którym Kanadyjczyk wygrał dwa Grand Prix – Monako oraz Hiszpanii 1981. Nie była to zasługa auta, ponieważ chociaż było niesamowicie szybkie na prostych, obsługiwało się je niezwykle trudno. Wynikało to ze słabego docisku. Szacowano, że był on cztery razy gorszy od tego w bolidach konkurencji. Te dwie wygrane są o tyle niesamowite, że tory, na których to osiągnął, są wyjątkowo ciasne w zakrętach, co daje przewagę bolidom z większym dociskiem. Gilles ledwo nadrabiał na prostych i GP Hiszpanii wygrał jedynie o 0,2 sekundy przed kierowcą na drugiej pozycji. Innym zapadającym w pamięć występem tego sezonu jest też deszczowe GP Kanady 1981. Villeneuve uszkodził przednie skrzydło i jechał większość wyścigu z ograniczonym widokiem. Mało brakowało do dyskwalifikacji. Element ostatecznie odpadł, a mężczyzna dojechał na metę jako trzeci, zupełnie pozbawiony części nosowej bolidu. Jazda w tak ciężkich warunkach z zarazem ograniczoną wizją i aerodynamiką to nie lada wyzwanie, z którym on poradził sobie znakomicie.
Jeszcze w 1981 roku do zespołu dołączył Didier Pironi, z którym Villeneuve pierwotnie miał bardzo dobre relacje. Francuz przyznawał, że zawsze traktował go jak równego pod każdym względem. Wszystko jednak zmieniło się w trakcie następnego sezonu, a dokładniej po GP San Marino. Ferrari zyskało niespodziewaną przewagę, gdy po tym, jak dwaj kierowcy Renault zmuszeni byli wycofać się z wyścigu, dwaj kierowcy włoskiego zespołu przewodzili stawce – Gilles na pierwszej, Pironi na drugiej pozycji. Z racji, że zwycięstwo było pewne, obydwaj dostali polecenie spowolnienia, po którym Didier wyprzedził Kanadyjczyka. Ten myśląc, że to tylko show mające usatysfakcjonować fanów odzyskał pozycję. Na ostatnim okrążeniu Francuz powtórzył manewr, tym samym wygrywając wyścig. Villeneuve poczuł się zdradzony przez przyjaciela, który twierdził, że nie dostał polecenia o zostaniu na swojej pozycji. Był tak wściekły, że postanowił nigdy więcej nie odezwać się do kolegi z zespołu. Jak się później okazało – była to niestety prawda. W trakcie ostatniej sesji kwalifikacji do GP Belgii Pironi ustanowił czas o 0,1 sekundy lepszy od Kanadyjczyka. Ten wyjechał jeszcze jeden raz. Jechał bardzo agresywnie – charakterystycznie zresztą dla jego osoby. Niestety, próbując wyprzedzić wolniejszego kierowcę przed sobą, jego Ferrari uderzyło w tył bolidu i zostało wystrzelone w powietrze z prędkością około 200 kilometrów na godzinę. Wypadek ten okazał się tragiczny. Auto kompletnie się roztrzaskało, a Gilles, wciąż przypięty do swojego siedzenia, stracił kask i został wyrzucony kilkadziesiąt metrów dalej, uderzając w barierkę. Został zabrany do szpitala, gdzie niestety zmarł tego samego wieczoru, 8 maja 1982 roku.
Śmierć kierowcy wstrząsnęła całym światem motorsportu. – Po pierwsze, był najszybszym kierowcą w historii sportów motorowych. Po drugie, był najbardziej autentycznym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek poznałem – mówił podczas pogrzebu jego były kolega z zespołu Jody Scheckter. Pomimo tego, że nigdy nie udało mu się zdobyć tytułu mistrza świata, wszyscy wiedzieli jak świetnym, bezkompromisowym, odważnym i wyjątkowym kierowcą był Gilles. Jego imieniem została nazwana szykana powstała na torze Zolder w Belgii w miejscu, gdzie doszło do tragicznego wypadku, jak i zakręt na torze w Imoli we Włoszech. Tor w Montrealu w Kanadzie zmienił nazwę na „Circuit Gilles Villeneuve”, honorując tym samym pierwsze, wyjątkowe zwycięstwo tego świetnego kierowcy, a przy linii startowej namalowano frazę „Salut Gilles”. Zawodnik po dziś dzień postrzegany jest jako jeden z najlepszych kierowców w całej historii Formuły 1. Numer 27 wciąż wiązany jest wyłącznie z jego Ferrari z lat 1981-82. W ślady Gillesa poszedł jego syn – Jacques – któremu udało się zdobyć tytuł w 1997 roku, tym samym spełniając mistrzowskie marzenie ojca i sprawiając, że nazwisko Villeneuve ponownie zyskało należytą chwałę.
Bartosz DWORCZAK