Od BookToka do kina

Bestsellerowa książka FreidyMcFadden. / Źródło: Kaja Grabowiecka (archiwum prywatne) / Fenestra
Początkowo podbiła księgarnie i media społecznościowe, teraz weszła na duży ekran. „Pomoc domowa” autorstwa Freidy McFadden wyszła poza strony książki i doczekała się filmowej ekranizacji z udziałem Sydney Sweeney oraz Amandy Seyfried. Czy kinowa wersja oddaje klimat powieści i potrafi zaskoczyć również tych widzów, którzy znają fabułę niemal na pamięć?
Doskonale pamiętam moment, w którym po raz pierwszy sięgałam po swoją kopię „Pomocy domowej”. Już sam opis fabuły z blurba wydał mi się dość sztampowy, a w głowie szybko zaczęły rodzić się pierwsze koncepcje dotyczące możliwego zakończenia losów zdesperowanej dziewczyny poszukującej pracy. Muszę przyznać, że częściowo moje przypuszczenia się sprawdziły – nie odebrało mi to jednak satysfakcji z lektury. Pióro McFadden potrafi skutecznie zatrzymać czytelnika, który z każdym kolejnym rozdziałem nie może oderwać palców od przewracanych kartek. Autorka umiejętnie żongluje perspektywą, co sprawia, że nawet przewidywalne schematy potrafią wciągać.
Sukces tej historii nie byłby możliwy bez BookToka – przestrzeni dla zaangażowanych użytkowników TikToka, w której algorytm podrzuca emocjonalne reakcje i recenzje powieści z różnorakich gatunków literackich. Krótkie, intensywne thrillery psychologiczne idealnie wpisują się w potrzeby czytelników poszukujących historii możliwych do pochłonięcia w jeden wieczór. Twórczość autorstwa McFadden idealnie wpisała się w ten trend, co pozwoliło przekształcić „Pomoc domową” w viralową serię.
Decyzja studia Lionsgate o nabyciu praw do ekranizacji wydaje się zatem logicznym, kolejnym etapem monetyzacji historii, która już wcześniej została przetestowana na milionach odbiorców mediów społecznościowych. Również nie zaskakuje fakt, że teraz kinomaniacy pochłaniają ten thriller. Chętnie określają go mianem guilty pleasure.
Pęknięcia na idealnej fasadzie
Paul Feig, reżyser znany z takich hitów jak „Zwyczajna przysługa”, „Agentka” czy „Druhny”, zdecydował się na przedstawienie „Pomocy domowej” zgodnie z chronologicznym torem znanym z książki. Film zaczyna się więc jak typowa opowieść spod znaku generycznych thrillerów erotycznych. Samotna i młoda Millie Calloway (Sydney Sweeney), desperacko potrzebująca pracy, ostatecznie dostaje tytułową posadę pomocy domowej. Tym samym zmienia swoją prowizoryczną noclegówkę w obskurnym samochodzie na urokliwą, choć niepokojącą rezydencję Winchesterów.
Pozornie idealny dom bardzo szybko okazuje się mieć trwałe pęknięcia. Plotkary z bliższego otoczenia pani domu, Niny (Amanda Seyfried), utrwalają jej wizerunek jako kobiety kompletnie nieprzewidywalnej, a momentami wręcz niebezpiecznej. Chłodne i nieprzyjemne podejście do Millie jedynie wzmacnia ten obraz, czyniąc z Niny stereotypową „szefową z piekła rodem”. Nie pomaga również obecność siedmioletniej córki, Cece (Indiana Elle), zachowującej się jak typowy, rozwydrzony dzieciak. Z pozoru zupełnym przeciwieństwem Niny jest jej mąż – Andrew, do którego trudno nie nabrać współczucia. Cieszy się on opinią przykładnego biznesmena i wzorowego ojca. Sam jednak stopniowo traci cierpliwość wobec kaprysów żony i zaczyna stawać w obronie pozornie niewinnej Millie. Prędko jednak okazuje się, że bajka o Kopciuszku i rycerzu na białym koniu ma swoje mroczne oblicze. Historia nie ucieka bowiem od kłamstw i manipulacji, osadzonych w środowisku wyższej klasy społecznej.
Podobnie jak w książce, i w filmie cechy bohaterów zostają celowo przerysowane. W pierwszym akcie scenariusza Rebekki Sonnenshine wyczuwalny jest iście kampowy klimat. Z taką konwencją Seyfried ma już niemałe doświadczenie – i bez wątpienia to ona błyszczy najjaśniej z całej obsady. Mimo wizualnych różnic względem literackiego pierwowzoru po seansie trudno wyobrazić sobie aktorkę, która lepiej oddałaby emocjonalną huśtawkę tej bohaterki. Na jej tle Sweeney wypada nieco słabiej pod względem warsztatowym. Choć po intensywnych scenach akcji w trzecim akcie odnajduje swój rytm, to ogólnie jej gra wydaje się zbyt jednostajna.
Pozostali aktorzy również pozwolili sobie na świadomą zabawę rolami, co doskonale współgra z założeniami projektu. W końcu – podobnie jak książka – film nie do końca pełni funkcję opowieści ku przestrodze. Choć „Pomoc domowa” dotyka tematu przemocy, trudno uznać go za film interwencyjny czy społecznie zaangażowany. Problem ten pełni wyłącznie funkcję fabularnego katalizatora. Nie jest to jednak zarzut jednoznaczny – zarówno książka, jak i jej ekranizacja od początku funkcjonują w obrębie rozrywki, odsuwając dramat na dalszy plan.
Dlatego też „Pomoc domowa” to przede wszystkim dwugodzinny emocjonalny rollercoaster, który ma dostarczyć widzom adrenaliny, a nie egzystencjalnych refleksji. Ten cel bez wątpienia zostaje zrealizowany, co zapewne nie udałoby się bez sprawnego warsztatu reżyserskiego. Część widzów mogłaby unieść brwi na widok nazwiska Paula Feiga, gdyż jego portfolio wskazywało na bardziej komediowe tony. Tymczasem ja nie miałam żadnych wątpliwości, że filmowiec udźwignie ten temat. Udowodnił już „Zwyczajną przysługą”, że potrafi łączyć humor z thrillerem. W przypadku „Pomocy domowej” również nie brakuje scen, które wręcz balansują na granicy autoparodii. Wcześniej wspomniana kampowa przesada nie jest tu przypadkiem, lecz elementem stylu podkreślającym fałsz i manipulacje świata bogaczy.
Zaskakująca ekranizacja
Porównując film z książką w sposób bezspoilerowy, można otwarcie przyznać, że materiał źródłowy został oddany z dużym szacunkiem. Oczywiście nie obyło się bez pewnych zmian, natomiast trzon historii pozostaje wierny wizji McFadden. Najwięcej kontrowersji może wzbudzić finałowy akt, w którym część czytelników może poczuć się zawiedziona dokonanymi modyfikacjami.
Szczególnie rozczarowuje ograniczona obecność Michele’a Morrone w roli małomównego, lecz podejrzliwego ogrodnika Enzo. W wersji kinowej – poza budowaniem dusznej atmosfery wokół domu Winchesterów – jego postać staje się mniej użyteczna fabularnie. Szkoda, ponieważ w książce jego włoska narodowość miała większe znaczenie dla rozwoju akcji. Jego wątek w filmie został spłycony, co rodzi pewne wątpliwości dotyczące jego biernej postawy wobec wydarzeń rozgrywających się za zamkniętymi drzwiami rezydencji.
Należy jednak docenić elementy, które wzmocniły brutalność tej historii. W filmie polało się więcej krwi, co spotęgowało poczucie zagrożenia w tej skomplikowanej walce o wolność. Pozwoliło to Feigowi na większą spektakularność finału. Szkło się tłucze, skóra i kości pękają, a widz dostaje kulminację, która skutecznie maskuje momentami absurdalne rozwiązania scenariuszowe.
Jak czytelnicy dobrze wiedzą, Freida McFadden kontynuuje losy Millie w kolejnych powieściach. Filmowe zakończenie także powoduje, że możliwość powstania sequela wydaje się oczywista. Studio Lionsgate zresztą już zdążyło potwierdzić, że Sweeney powróci do swojej roli. Ciepłe przyjęcie filmu przez widzów tylko potwierdza, że decyzja o zekranizowaniu serii McFadden była trafiona. „Pomoc domowa” ma wyraźny potencjał do stania się nową, dochodową franczyzą w świecie kina komercyjnego. Jako czytelniczka również będę czekać na kolejne części.
Kaja GRABOWIECKA