Shih-Ching Tsou i jej obraz rodziny

Tajpej – miejsce akcji filmu w reżyserii Shih-Ching Tsou / Źródło: https://unsplash.com/photos/a-crowd-of-people-walking-down-a-street-at-night-zim8JZCwjQU, fot. Pourya Gohari (Unsplash License)
Tajpej, a dokładniej jego chaotyczny, skąpany gamą neonów nocny świat. Morze ludzi, poszukujących swojej przynależności spływa na tętniące życiem ulice, a na tę rzeczywistość spoglądają małe, ciekawskie oczka. Wieloletnia producentka i przyjaciółka zasłużonego w świecie kina Seana Bakera czerpie z wizji reżysera, by wraz z jego pomocą podbić tegoroczne festiwale filmowe. „Left-Handed Girl. To Była ręka… diabła” to historia małej I-Jing oraz jej „popękanej” rodziny, która nie tylko rozwesela, ale i wzrusza.
Shih-Ching Tsou oraz współautor scenariusza, Sean Baker, otwierają Tajpej na powrót matki i jej dwóch córek. Nie pozwalają jednak stolicy Tajwanu rosłożyć szeroko ramion, aby ciepło przyjąć rodzinę, która ledwo wiąże koniec z końcem. Shu-Fen, matka bohaterki, przeżywa miłosne rozczarowanie, którego konsekwencje ciążą nad kobietami jak grzech nad wiernym. W trosce o przyszłość próbuje rozkręcić kluskowy biznes na targu. I-Ann, starsza siostra małej protagonistki, harda oraz silna w słowie, bez entuzjazmu opiekuje się I-Jing, kiedy nie handluje popularną w Azji używką – betelem. A wspomniana młodziutka bohaterka… ostrzeżono ją, że nie może pochłaniać tylu zupek błyskawicznych, ponieważ kiedyś pewien Japończyk zjadający je codziennie, pożegnał się z życiem. Ciało mężczyzny nigdy się nie rozłożyło, i to jej jedyne zmartwienie. Starsze bohaterki, starając się odnaleźć w nowej rzeczywistości, uciekają od zmór przeszłości, sobie przebaczyć i dać radę w złożonym ekosystemie, jakim jest rodzina. Natomiast mała I-Jing krąży wokół ich nóg, obserwuje i poznaje życie. Pociesznej dziewczynce również zdarza się uciec do zakamarków nocnego targu, gdy żadna z nich nie patrzy. Shih-Ching Tsou ukazuje filmowe Tajpej nie tylko jako szansę na odbudowę własnego mikroświata, ale i proces odkrywczy dla fundamentalnych wartości.
Dziecięca beztroska a świat dużych
Tym, co czyni materię filmu wyjątkową, jest różnica pomiędzy perspektywą dziecka a spojrzeniem dorosłego. Stolica Tajwanu, a w nim nowy dom bohaterek, widziany oczami małej I-Jing bywa beztroski, lekkomyślny i niekonsekwentny. Dziewczynka nie jest jak inne dzieci w szkole – tuż po ostatnim dzwonku nie wraca do ogniska domowego, w którym czeka na nią ciepły obiad oraz podwieczorek. Większość czasu towarzyszy mamie na stoisku z kluskami, gdzie pomaga sprzątać i obsługiwać klientów. Gdy praca staje się mozolna oraz nużąca, ucieka do zaprzyjaźnionego towarzysza ich stoiska, który obdarowuje ją mikrofonem i pozwala przyciągać potencjalnych kupców jego towaru. I-Jing ma w sobie upragnioną przez starszych dziecinność, umożliwiającą postrzeganie rzeczywistości przez pryzmat zabawy i fascynacji. Wydawałoby się, że bohaterka z łatwością odnajduje się w nocnym mieście. Kiedy czar towarzystwa posmutniałej mamy pryska, nieodpowiedzialnie oddala się, aby eksplorować targ. Bawi się z innymi dziećmi, osamotnionymi wśród neonów i automatów z grami. Jednocześnie odkrywa kradzież, która staje się przedmiotem głównych zainteresowań. Dom to dla niej przestrzeń, gdzie na własną rękę musi szukać rozrywki, jako że rozmowy siostry z matką często kończą się awanturami. To samo można powiedzieć o mieszkaniu babci, w którym przebywa bardzo niechętnie nie tylko przez to, że starsza kobieta „nigdy się nie myje i śmierdzi spleśniałym tofu”. Dziadkowie są restrykcyjni i czepialscy, a w telewizji można oglądać jedynie wiadomości. Do tego babcia wbrew woli bohaterki zabiera ją do dziwnych kręgielni, gdzie jeszcze dziwniejsi ludzie w okularach robią z nią niezrozumiałe interesy. Spojrzenie na własny mikroświat jest dla dziewczynki gubiące i często zamglone. Rodzinie cały czas towarzyszą kłótnie, mała nie rozumie, dlaczego mama nie potrafi w spokoju rozmawiać z siostrami, a I-Ann w ogóle nie chce z nią tańczyć do piosenek koreańskiej grupy Mamamoo.
Gdy kamera zmienia punkt widzenia i za swój cel obiera starsze bohaterki, wszystko staje się klarowne. Stoisko z kluskami nie nosi miana bezimiennego, tylko obarczonego trudem i zmaganiami Shu-Fen, a klientów wcale nie przybywa na tyle, by spłacić długi oraz opłatę targową. Ulice Tajpeju nie iskrzą kolorami i nie zachęcają do eksploracji. Rozrzucone po nich uczucia oraz wspomnienia są jak szpilka na podłodze – stąpanie po nich grozi skaleczeniem. Dom dziadków to istny terror mikroświata – uświadamia o panującej w drzewie genealogicznym niesprawiedliwości i braku empatii. Każda wizyta w mieszkaniu starszych dla I-Ann i Shu-Fen jest jak ukąszenie żmii – godzi głęboko, a ból z przeżytymi traumami rozlewa się po wnętrzu. Świat dużych nie bywa idylliczny, pozbawiony grzmotów. Obie perspektywy wymijają się na przemian w utworze filmowym, toteż dostarczają widzowi pełen obraz nie tylko życia w Tajpeju, ale też środowiska rodzinnego, od którego nie można uciec i którego nie można zapomnieć.
Rodzinny ekosystem
Funkcjonowanie rodziny w „Left-Handed Girl” można określić mianem złożonego środowiska, w którym poszczególne organizmy są zależne od siebie. Stąd też ich zadaniem jest przystosowanie się do egzystowania w dzielonym otoczeniu. Problematyka ukazanego w filmie środowiska związana jest z rodziną i pokoleniowością. Organizmami są jej członkowie, którzy naturalnie, nie zostali zapytani o chęć przynależenia do niej. Tenże ekosystem w swej złożoności posługuje się wartościami, jakie wpajał podopiecznym, przelewa niezależne od innych obciążenia, a także eksponuje działanie świata. W nieuniknionej generacyjności zaraża emocjami i przede wszystkim zakorzenia się tak głęboko, że żaden odchwaszczacz nie ma mocy uchronić się przed nią. Każda rodzina tworzy swój system, w którym człowiek odnajduje swe miejsce, uczy się funkcjonować oraz samowolnie osądza.
Shih-Ching Tsou odzwierciedla sposób, w jaki funkcjonuje ekosystem rodzinny Shu-Fen. Nie mydli oczu widzowi i nie gwarantuje momentów nacechowanych dramatyzmem i uczuciowością. „Left Handed-Girl” to surowy obraz niejednolitości środowiska rodzinnego, gdzie nierówność i obwinianie podążają za członkami, odbijając swe piętno. Dziadek leworęcznej I-Jing rozkazuje jej używać prawej ręki, powołując się na dawne przekonania i przesądy, według których lewa dłoń stanowi „rękę diabła”. Ma to na celu nauczyć bohaterkę poprawności, jednakże wzbudza jedynie poczucie winy i przerażenie. Konfrontuje się z nim starsza siostra I-Jing, która wytyka i wyśmiewa mężczyznę za niemoralną lekcję. Shu-Fen ślepo ubiega się o względy matki, nie mogąc pogodzić się z faworyzacją, jaką traktuje odnoszącego wielkie sukcesy brata. Rodzina okazuje się wielkim znakiem zapytania, przez co I-Jing, pozbawiona autorytetów, czuje zagubienie między tym, co dobre, a tym, co złe. Shih-Ching Tsou ukazuje rodzinę poprzez pryzmat popękanej wazy, w której od długiego czasu brakuje kwiatów. Jest wirem błędów, fałszu, tajemnic, zaprzepaszczonych planów i marzeń. W zawiłe układy wartości zostaje wrzucona mała protagonistka, która okazuje się bardziej zaradna niż wszyscy dorośli. Obrazuje rzeczywistość taką, jaką powinna być od początku.
Autentyzm ścieżek Tajpeju
Zajmujący się trudnym oraz wrażliwym tematem, czyli więzią rodzinną, „Left-Handed Girl” nie byłby tak niesamowity bez warstwy wizualnej zagwarantowanej przez Seana Bakera. Montażysta filmu oraz współautor historii, znany z eksperymentalnego filmu „Mandarynka” nakręconego wyłącznie za pomocą telefonu, zainspirował tajwańską reżyserkę do niekonwencjonalnych rozwiązań. Stąd też losy matki oraz dwóch córek zostały w całości sfilmowane za pomocą iPhone’ów, co nadaje utworowi autentyczności. Obrazowa wyjątkowość oraz przeważająca część ujęć z ręki pozwala zbliżyć się do Tajpeju bohaterek. Świat przedstawiony w „Left-Handed Girl” to nie tylko oddalony od odbiorcy obraz, który niezależnie odkrywa jego sekrety. Za pomocą twórczej wizji autorów, film przybiera surową i osobistą postać. Życie kobiet nie jest sceną w teatrze, ukazuje prawdziwe rozterki podobnych familii. Pozwala bez zahamowań udokumentować wzloty i upadki takie, jakie są w rzeczywistości. Reżyserka nie podkoloryzowuje Tajpeju i nie jest selektywna w przedstawianiu diegezy filmu. Oto rodzina i jej niespotykanie spotykane losy.
Bawiąc i wzruszając, „Left-Handed Girl” podbił serca widzów. Uwiódł nietuzinkową formą i problemem pokoleniowości, który zakorzenił się w generacji filmów, niebojących się otwarcie podejmować tematykę więzi rodzinnych. Reżyserka podarowała niezapomniany seans nie tylko tym, którzy próbują rozprawić się z własnymi rozterkami, obdarowała poszukujących zrozumienia własnego ekosystemu i jego miejsca w personalnym mikroświecie.
Aleksandra URBAŃCZYK