Znowu wyskaczą medale?

Na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich wystąpi trzech polskich skoczków. / Źródło: Źródło: Maryia Vasileuskaya (grafika własna) / Fenestra
Podczas Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Mediolanie i Cortina d’Ampezzo dużą uwagę polskich fanów przyciągną skoczkowie narciarscy, którzy przez lata stanowili trzon medalowych nadziei biało-czerwonych kibiców. Tym razem sytuacja jest inna, choć nie beznadziejna. Mimo że polska kadra nie prezentuje już poziomu sprzed kilku lat, to wciąż można liczyć na co najmniej przyzwoite występy w jej wykonaniu.
Na najważniejszą imprezę czterolecia trener naszej kadry – Maciej Maciusiak – mógł desygnować zaledwie trzech zawodników, co oznacza spore cięcia w stosunku do tego, ilu podopiecznych na ZIO mogli wysłać poprzedni szkoleniowcy. Przykładowo, podczas ostatnich trzech Igrzysk – w Soczi, Pjongczangu i Pekinie – Polaków reprezentowało aż pięciu zawodników. Co prawda w konkursach zawsze udział mogło brać tylko czterech Biało-Czerwonych, jednak rezerwa w postaci jednego skoczka zawsze stanowiła o większym komforcie i lepszym położeniu kadry.
Nie ma jednak co płakać nad rozlanym mlekiem, ponieważ sztab musiał – kolokwialnie pisząc – lepić z tego, co jest. Do Włoch postanowił wysłać Kamila Stocha, Kacpra Tomasiaka i Pawła Wąska. Jeszcze kilka tygodni temu mogło się wydawać, że rzutem na taśmę do kadry na ZIO załapie się któraś z legend – Dawid Kubacki lub Piotr Żyła – jednak do tej pory zdecydowanie odstawali oni od reszty. Ci zawodnicy nie otrzymali więc szansy, by pożegnać się z Zimowymi Igrzyskami Olimpijskimi, które przez lata były dla polskich skoków dodatkowym, medalowym motorem napędowym. Regularnie od ZIO w Salt Lake City (2002 rok), z wyjątkiem igrzysk w Turynie (2006 rok), skoczkowie występujący pod biało-czerwoną banderą przywozili bowiem do kraju choćby jeden krążek. Łącznie w XXI wieku najpopularniejszy zimowy sport przyniósł Polsce aż dziewięć miejsc na podium.
Ostatni taniec mistrza
Przy zapowiedzi występów polskich skoczków na obiektach usytuowanych w malowniczym Predazzo na pierwszy plan wysuwa się pożegnanie z igrzyskami olimpijskimi Kamila Stocha, który dla generacji Z bezsprzecznie stał się jednym z pokoleniowych idoli sportowych. Dzięki trzem złotym medalom (dwa w Soczi i jeden w Pjongczangu) skoczek z Zębu jest niekwestionowanym liderem kraju w klasyfikacji zdobytych najwyższych, zimowych olimpijskich laurów. W liczbie złotych medali zdobytych przez polskich sportowców zarówno podczas letnich, jak i zimowych igrzysk Stoch ustępuje tylko chodziarzowi Robertowi Korzeniowskiemu, który ma na swoim koncie o jedno złoto więcej.
W tym roku, biorąc pod uwagę jego ostatnie występy (w okolicach drugiej, czasami trzeciej dziesiątki), trudno oczekiwać od Stocha walki o medale. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że sezon 2025/26 jest ostatnim w jego karierze, można spodziewać się maksymalnego zaangażowania i walki o jak najwyższe lokaty.
Dla 38-latka będą to już szóste igrzyska. Wcześniej Stoch reprezentował Polskę podczas imprez w Turynie (2006), Vancouver (2010), Soczi (2014), Pjongczangu (2018) i Pekinie (2022). Pomimo trzech złotych medali zdobytych w konkursach indywidualnych oraz jednego brązowego medalu wywalczonego w „drużynówce” w 2018 roku, Stoch ma z igrzyskami pewne rachunki do wyrównania. W trakcie zawodów w Pekinie na dużej skoczni Polak zajął bowiem najbardziej niewdzięczne dla sportowca czwarte miejsce. Ten moment złamał serce nie tylko zawodnikowi, ale także milionom kibiców, którzy po konkursie oglądali zapłakanego Stocha przed kamerami Eurosportu. Oczywiście autor 39. zwycięstw w Pucharze Świata nie musi już nic udowadniać – jest przecież jednym z najlepszych w swojej profesji w historii. Jednak ostatni akord w postaci dobrego występu na wieńczących karierę Igrzyskach z pewnością byłby idealnym pożegnaniem się z zawodami, na których w przeszłości dawał polskim kibicom tak wiele radości.
Debiut bez kompleksów
Obecny sezon można uznać za symboliczną zmianę warty w reprezentacji Polski między Stochem a Kacprem Tomasiakiem, dla którego premierowa kampania w Pucharze Świata do tej pory okazuje się wprost wspaniała. Skaczący bez żadnych kompleksów Tomasiak regularnie melduje się w najlepszej dziesiątce zawodów, a jednym z jego największych sukcesów jest wywalczone na początku roku 12. miejsce w klasyfikacji generalnej Turnieju Czterech Skoczni. W ostatnich miesiącach urodzony w 2007 roku zawodnik potrafił także między innymi osiągać piąte lokaty podczas zawodów w Wiśle czy Engelbergu.
Patrząc pod względem czysto sportowym, medalowych szans u polskich skoczków należy wypatrywać właśnie u Kacpra Tomasiaka. Pytanie jednak, czy na tak ważnych zawodach młokosa nie zje presja – w przeszłości potrafiła ona przecież plątać nogi największym na świecie, a dla Polaka obecna kampania 2025/26 jest pierwszą na tak wysokiej intensywności.
Póki co Tomasiak radzi sobie kapitalnie, a w rozmowach sprawia wrażenie skupionego na celu, jakim jeszcze do niedawna były… marcowe Mistrzostwa Świata Juniorów. Czas pokazał jednak, że będzie musiał zrewidować plany, by najlepszą formę przygotować na pierwszą połowę lutego i rywalizację olimpijską. Sam skoczek hamuje jednak oczekiwania kibiców. W rozmowie dla TVP Sport Tomasiak stwierdził bowiem, że już teraz wyciska maksimum ze swoich możliwości.
Pozytywna zmiana?
W trakcie zbliżających się Zimowych Igrzysk Olimpijskich będziemy mieli również do czynienia ze sporą zmianą organizacyjną samych zawodów, ponieważ z kalendarza zniknie klasyczny konkurs drużynowy. Zostanie on zastąpiony rywalizacją duetów, co jest jednym z powodów znaczącego uszczuplenia kwoty startowej nie tylko dla Polaków, ale także innych reprezentacji.
Dla kadry Biało-Czerwonych taka zmiana ma raczej pozytywny charakter, przede wszystkim ze względu na chłodną kalkulację – zwyczajnie nie bylibyśmy w stanie wystawić czterech zawodników będących w stanie rywalizować o najwyższe laury. Jednymi z faworytów w tym konkursie bezsprzecznie będą Słoweńcy, których najpewniej reprezentować będzie tegoroczny dominator Domen Prevc wraz z przyzwoitym i nieschodzącym poniżej pewnego poziomu Anze Laniskiem.
Co do Polaków, to najbardziej prawdopodobny skład Stoch – Tomasiak może naprawdę namieszać. Skoczkowie, pomiędzy którymi jest aż 20 lat różnicy z pewnością zrobią wszystko, aby zakręcić się w okolicy podium. Biało-Czerwoni swoje możliwości w tej konwencji pokazali już podczas Pucharu Świata w Zakopanem, gdzie Tomasiak w parze z Dawidem Kubackim zajęli trzecie miejsce, ustępując Austriakom i Słoweńcom. Wówczas do zimowej stolicy Polski nie przyjechali jednak najlepsi Japończycy czy Niemcy, więc rezultat ten należy traktować z pewną dozą ambiwalencji.
Mateusz DUKAT