„Prywatny bal” a prywatne życie – wywiad z Martyną Cyrko

Martyna Cyrko, Prawa autorskie do zdjęcia: Magda Piwosz – Pinkyblue portrait photography (za zgodą)

Martyna Cyrko to młoda wokalistka, która łączy działalność artystyczną z codziennym życiem poza sceną. Szerszej publiczności dała się poznać dzięki utworom „Gify jaki to film?” oraz „Prywatny bal”, a jednym z ważnych momentów na jej drodze był występ na Stadionie Narodowym w Warszawie. W rozmowie opowiada o swojej muzycznej ścieżce, edukacji artystycznej oraz o tym, jak zachować równowagę pomiędzy karierą a życiem prywatnym.

Stadion Narodowy to dla wielu artystów symbol w karierze muzycznej. Co było dla Ciebie najważniejsze w tym doświadczeniu?

– Zaśpiewałam na Narodowym szybciej niż Taylor Swift – to była moja pierwsza myśl po tym wszystkim. Dopiero będąc na miejscu dotarło do mnie, że naprawdę jestem na scenie, o której większość artystów marzy całe życie. Czy ja w ogóle miałam czas, żeby o tym myśleć? Chyba nie, bo wszystko wydarzyło się bardzo szybko. Wiem, że to było coś symbolicznego, coś, co zapamiętam na zawsze. Jednocześnie mam to już „odhaczone” w swojej karierze, ale wiem też, że jeszcze tam wrócę.

Przełomem w Twojej karierze okazał się utwór „Gify, jaki to film?”. Jak wpłynął on na Twoje życie?

– Po tej piosence zrobił się taki szum, że odezwały się do mnie właściwie wszystkie wytwórnie w Polsce, pytając, czy chciałabym z nimi współpracować. Najpierw pojawiło się Sony Music – zaczęłam rozmowy i ostatecznie z nimi zostałam. Rok po podpisaniu kontraktu wyszedł „Prywatny bal”, który zrobił największy viral w Polsce. Teledysk do niego powstał bardzo spontanicznie. Dziś jest już dla mnie trochę krępujący, ale traktuję go jako fajną pamiątkę tamtego momentu.

Twoje dzieciństwo było bardzo intensywne. Jak patrzysz na nie dziś, z perspektywy czasu?

– Chodziłam na różne zajęcia – malowanie, taniec, teatr. Nie byłam dzieckiem, które siedzi w domu i nie wie, co zrobić po szkole. Dopiero po latach zdałam sobie sprawę, że tych zajęć było nawet za dużo. Byłam bardzo „zarobionym” dzieciakiem, ale to wszystko mi pomogło, szczególnie jeśli chodzi o poczucie rytmu, które zostało ze mną do dziś.

W pewnym momencie zrezygnowałaś z tańca. Dlaczego?

– Zachorowałam na cukrzycę i musiałam z czegoś zrezygnować. To jest ciągła kontrola, obniżona odporność i konieczność uważania na własne siły. Wtedy, tańca towarzyskiego nie dało się pogodzić ze zdrowiem. Jednak później wróciłam do tańca, ale tym razem w formacji hip-hopowej. Niestety po jakimś czasie skręciłam nogę i znów musiałam odpuścić.

Droga do wokalu nie była oczywista. Jak wspominasz pierwsze spotkanie z tą dziedziną?

– Początkowo w ogóle nie planowałam iść do szkoły muzycznej, bo zupełnie mnie to nie kręciło. Natomiast po skręceniu nogi nie mogłam tańczyć. Skończyłam pierwszy stopień fortepianu, ale nie przyjęto mnie na drugi. Pomyślałam, że muszę zająć się czymś innym, więc zaczęłam nagrywać piosenki i podeszłam do egzaminu z wokalu. Kompletnie nie byłam gotowa na to, że trafię na operę. Ja, dziewczyna która rapowała z kolegami w piwnicy, nagle znalazłam się w świecie opery. Na początku było mi bardzo trudno się przełamać, ale z czasem zaczęłam się w tym odnajdywać.

Czy to prawda, że ważnym etapem w Twoim życiu była także praca w Filharmonii Gorzowskiej?

– Tak, był to dla mnie ogromny prestiż. To nie była zwykła praca. Byłam na wielu koncertach, siedziałam w sali i chłonęłam muzykę, również w praktyczny sposób. Czułam się tam doceniona i było to dla mnie bardzo ważne doświadczenie. W pewnym momencie musiałam się jednak pożegnać z tym miejscem. Stało się to miesiąc po „Prywatnym balu”, gdy ludzie zaczęli przychodzić podczas moich zmian i robić mi zdjęcia z ukrycia.

Twoja popularność w dużej mierze przyszła z Internetu. Jak się w tym odnajdujesz?

– Na początku w ogóle nie lubiłam nagrywać TikToków. Wytwórnia tłumaczyła mi, że muszę to robić, a ja bardzo tego nie chciałam. Dziś mam do tego zupełnie inny stosunek. Podchodzę do tego na luzie i niczego już się nie wstydzę. Nagrywam w centrum miasta: w Gorzowie, w Poznaniu, w Warszawie, a nawet za granicą.

Rozpoznawalność przyniosła też nowe wyzwania. Jak radzisz sobie z codziennością?

– Bywa przytłaczająca. Wychodząc z domu, zawsze mam z tyłu głowy, że ktoś może mnie rozpoznać i podejść. Na studiach reakcje też bywają różne – czasem bardzo dobre, a czasem trudne. Jestem tam częścią grupy, robię wszystko tak samo jak inni i chcę się w tej społeczności czuć jak pozostali. Nie uważam się za pępek świata. Na tej uczelni są tak mądre osoby, że to właśnie na nie powinno się zwracać uwagę, a nie na mnie.

Pomimo rozwoju kariery muzycznej zdecydowałaś się kontynuować studia. Jak udaje Ci się pogodzić te dwa światy?

– Studia są dla mnie bardzo ważne. Najgorsze pytanie, jakie słyszałam, to: „Po co studiujesz?”. Odpowiedź jest prosta – po to, żeby się rozwijać i mieć swoją przestrzeń poza muzyką. W prywatnych rozmowach z innymi artystami często zachęcam ich do studiowania, szczególnie czegoś niezwiązanego z muzyką, żeby móc się na chwilę od niej odciąć. Skończyć studia to jest mega flex i uważam, że artyści powinni o tym głośno mówić.

Jak obecnie wygląda życie Martyny Cyrko?

– Moja praca jest niecodzienna i bardzo dynamiczna. Dziś przeprowadzam rozmowę z Tobą, jutro rano będę na lotnisku, a wieczorem zagram koncert w innym mieście. Mimo wszystko, chcę mieć normalne życie, rozwijać się i nie zamykać w jednym świecie. I chyba właśnie tego cały czas się uczę.

Rozmawiał Bartłomiej STEFAŃSKI

%d bloggers like this: