Żelazne płuca, żelazny horror. Czy filmowy „Iron Lung” zapiera dech w piersi?

Markiplier, reżyser i scenarzysta “Iron Lung” / Źródło: https://www.flickr.com/photos/gageskidmore/29479429937/, fot. Gage Skidmore

Mark Edward Fischbach, znany szerzej jako Markiplier, to jedna z tych osobistości internetowych, które kojarzy prawie każdy. A przynajmniej prawie każdy coś o niej słyszał. Na początku 2026 roku popularny youtuber w końcu uraczył nas swoim kinowym debiutem – adaptacją gry „Iron Lung”. I jest to debiut nad wyraz udany.

Gra Davida Szymanskiego o tytule „Iron Lung” to ciekawe ujęcie tradycyjnego cosmic horroru w uniwersum postapokaliptycznym. Z ukazanego na samym początku streszczenia dowiadujemy się, iż ze wszechświata z dnia na dzień zniknęły niemal wszystkie gwiazdy oraz planety. Wydarzenie to przyjęło wymowną nazwę „Quiet Rapture”. Pozostało tylko kilka księżyców i wybudowanych ludzkimi rękami stacji kosmicznych. Jedno miejsce wydaje się wyróżniać – to księżyc AT-5, na powierzchni którego znajduje się ocean ludzkiej krwi. Protagonista został skazany za zniszczenie jednej ze stacji. Zamknięty w statku o tytułowej nazwie, nurkuje we krwi w poszukiwaniu czegoś, co pomoże ludzkości uratować upadającą cywilizację. To część jego umowy – misja w zamian za wolność.

Kiedy 19 maja 2022 roku Markiplier opublikował na swoim kanale odcinek z wyżej przedstawionej gry, zapewne jeszcze nie sądził, że na jej podstawie wyreżyseruje film, w którym na dodatek zagra główną rolę. Tymczasem po dość męczącym okresie produkcyjnym i zmianach w uniwersum, przygotowanych specjalnie pod wersję kinową, dzieło to nareszcie trafiło na srebrny ekran – również w Polsce. Warto więc przyjrzeć się temu, jak znany youtuber poradził sobie z debiutem.

Gra z żelaza

Na początku trzeba jednak zaznaczyć, że „Iron Lung” jest produkcją specyficzną. Jej oprawa graficzna i złożoność rozgrywki sytuują ją stosunkowo blisko wielu niezależnych horrorów wydawanych na platformie Steam. Gameplay charakteryzuje się zatem topornością i generalnie ubogim wachlarzem zastosowanych rozwiązań. Gracz ma dotrzeć do odpowiednich koordynatów, zrobić zdjęcie, raz na jakiś czas zgasić pojawiający się znikąd ogień i zakończyć rozgrywkę. Przy okazji (jeśli ma taką ochotę) może zająć się obecnym na pokładzie komputerem i przeczytać zawarte w nim informacje. To właściwie główny element, budujący faktyczną głębię tytułu – dzięki niemu poznajemy również świat poza statkiem, tożsamość naszej postaci, konflikt na linii dwóch organizacji (Eden oraz C.O.I.), co razem tworzy dość symboliczny obraz całego uniwersum.

Produkcja Davida Szymanskiego – podobnie zresztą jak duża część wspomnianych „steamowych horrorów” – opiera jednak swoją charakterystykę na czymś zupełnie innym. Mowa o klaustrofobicznym klimacie panującym w zamkniętej na cztery spusty żelaznej niskopoligonowej puszce. A nade wszystko – o penetrującym człowieka strachu przed nagłą, niespodziewaną i niespowodowaną żadnymi realnymi czynnikami apokalipsą.

Z tego opisu można wysnuć jeden wniosek: Markiplier wybrał sobie naprawdę trudne zadanie jak na kinowy debiut. Nakręcenie dwugodzinnego filmu na podstawie growej produkcji, która cały swój sukces opiera na atmosferze i zdawkowo podawanym lore, wydaje się dobrą ilustracją frazeologizmu „porwać się z motyką na słońce”. Dałoby się to jeszcze wybronić – w końcu horrory science fiction trzymające w napięciu mimo pozornej fabularnej nudy już się pojawiały, by wspomnieć choćby klasycznego „Obcego”. Tam jednak mieliśmy do czynienia z aktywnym zagrożeniem, większą załogą i – przede wszystkim – większym statkiem. Tutaj przychodzi nam przez 95% czasu obserwować losy człowieka uwięzionego w małej przestrzeni bez żadnego widocznego zagrożenia. Pytanie brzmi więc: jak to się udało?

Złośliwy obserwator kultury mógłby powiedzieć, że cały swój sukces „Iron Lung” zawdzięcza tylko i wyłącznie znanej twarzy Markipliera. I jeśli mowa o sukcesie finansowym, zapewne tak było. Wątpię, że film przykułby uwagę szerszej publiczności, gdyby nie nakręcił go właśnie popularny youtuber. Jednakże przypisywanie sukcesu całego dzieła wyłącznie popularności autora byłoby krzywdzącym uproszczeniem. „Iron Lung” przede wszystkim jest filmem naprawdę dobrym.

Żelazna paranoja

Budowanie klimatycznego horroru, który straszy nie jumpscare’ami, a poczuciem nieustannego zagrożenia, może być wymagające. Tymczasem ekipa filmowa zdecydowała się na coś jeszcze trudniejszego – straszenie paranoją bohatera. Protagonista, Simon, jest więc postacią mierzącą się nie tyle z kimś obcym, co raczej z samym sobą. Jego głównymi przeciwnikami stają się nękające myśli, nieistniejące głosy czy echa własnych błędów z przeszłości. Działa to w sposób zaskakująco skuteczny. Film wręcz doskonale miesza rzeczywistość z wytworami wyobraźni bohatera, nieustannie trzymając w napięciu widza, niepewnego, czy to co dzieje się teraz na ekranie, jest prawdą czy fikcją.

„Iron Lung” w sposób wręcz bliski ideału wzbudza uczucie całkowitego zagubienia i klaustrofobii. To, w jak małej przestrzeni przychodzi poruszać się bohaterowi, sprawia, że widz dusi się razem z nim. To przekroczenie granic standardowego wojeryzmu – odbiorca już nie tyle podgląda postaci, ale i współodczuwa razem z nimi. Simon staje się punktem granicznym, a dzięki opisanym wyżej paranoicznym elementom przestrzeń staje się tym bardziej wroga zarówno dla niego, jak i widza na sali kinowej.

Podobnie dzieje się z pojęciem czasu. Film dezorientuje, odbiera konkretne ramy chronologii, co wzmacniane jest niektórymi scenami halucynacji, wykraczającymi już poza zwykłe fantastyczne wizje. Nie zdradzając za dużo: rzeczywistość staje się zakrzywiona, odarta z temporalnych granic, a jedynym wyznacznikiem okazuje się perspektywa Simona, której – co, wydaje się, już objaśniłem – nie można raczej ufać.

W budowaniu grozy pomaga też coraz popularniejszy w ostatnich filmach motyw urywania jumpscare’a w ostatnim momencie. Co najmniej kilka razy na przestrzeni całego seansu kamera wyraźnie zapowiada moment, w którym przed twarz widza wyskoczy przerażająca maszkara. Nigdy to jednak nie następuje. Ten motyw trochę naciąganego suspensu z odkładanym przez wieczność punktem kulminacyjnym sprawia, że odbiorca wręcz nie może się uspokoić, będąc w pełnej gotowości przez cały czas. Coś, co brzmi jak irytująca wada, w tym przypadku działa, bowiem film nie rezygnuje z dość długich chwil absolutnej ciszy.

Czy żelazo może być wolne?

Na tym punkcie warto się teraz skupić, jako że to drugi komponent „Iron Lung”. Simon jest zobowiązany do wykonania kilku zadań, a film nie unika ich prezentacji. Szczególnie widać to w pierwszej połowie filmu, gdy przez większość czasu obserwujemy bohatera chodzącego po statku i zapoznającego się z obecnymi na nim urządzeniami. Chwilami robi to bardzo powoli. Stąd dość powszechne głosy widzów, że ostatnie pół godziny film nadrabia jakością początkową ślamazarność całego dzieła.

Nie mogę ani się z tym zgodzić, ani absolutnie zaprzeczyć powyższym zarzutom. Z jednej strony rzeczywiście Markiplier zdaje się aż za bardzo chcieć oddać ducha gry. Mamy zatem dość długie sceny, gdy organizacja C.O.I. instruuje bohatera na temat obsługi statku, czy samego Simona, który z trudem włącza komputer lub zaznacza swoją lokalizację na mapie. To elementy działające w środowisku cyfrowym, kiedy odbiorca sam uczestniczy w akcji, jednak obserwowanie tego przypomina momentami filmy instruktażowe w dziwnym, postapokaliptycznym świecie.

Z drugiej strony nudniejsze fabularnie i uboższe w akcję momenty zostały wzbogacone ciekawymi rozwiązaniami reżyserskimi. Oko przyciągają choćby powolne kadry ukazujące „Żelazne Płuca” niemal w formie żywego organizmu czy zbliżenia na twarze bohaterów, wzbudzające raczej pozytywny dyskomfort niż refleksję. Właśnie dzięki pracy kamery, ciekawemu oświetleniu czy doskonałemu (bez krzty ironii) udźwiękowieniu całego filmu niektóre powolniejsze sceny potęgują ostatecznie całą atmosferę.

Pomaga w tym również sam aktor, co mimo wszystko może zaskoczyć. Markiplier pokazuje naprawdę wysoki poziom, szczególnie w drugiej połowie. Chociaż z początku wydaje się grać nieco zbyt sztywno, z czasem wyrabia się w roli Simona, co widać zarówno po tonie głosu, jak i małych gestach czy ruchach. Nie jest to może rola wybitna, która zapadnie w pamięć po wsze czasy, jednak zdecydowanie wpasowuje się w to, czym od początku miała być.

Rysy na żelaznej powłoce

„Iron Lung” ma jednak pewne wady nawet w moich przychylnych oczach. Najważniejszą są zdecydowanie dialogi. Można było przypuszczać, że w takiej formie film nie będzie mieć zbyt wielu dobrych tekstów, jednak chwilami ociera się to już o groteskę. Mówię przede wszystkim o skrajnie nadużywanym przez głównego bohatera angielskim przekleństwie na „f”, stosowanym w różnych konfiguracjach. Z początku buduje to atmosferę tracącego zmysły, wściekłego na rzeczywistość Simona, potem śmieszy, by na końcu po prostu irytować. Do tego scenariusz nie ucieka od przesadnego patosu i wręcz martyrologicznej narracji, co można zaakceptować do pewnego momentu, lecz czasem przekracza zdroworozsądkowe granice.

Drugim problemem jest czas trwania. Choć lubię nieco wolniejsze fragmenty filmu, nie da się ukryć, że dwie godziny dla dzieła o bohaterze w blaszanej puszce to trochę dużo. I niestety widać to chwilami aż za bardzo. „Iron Lung” kilka razy powtarza to, co już widzowi przekazał, a dublowanie dialogów czy motywów bije po oczach. Skrócenie metrażu o 15 minut wyszłoby raczej całości na plus.

Oto i całe „Iron Lung”. To znaczy nie całe, bo o samym filmie można by pisać znacznie dłużej, jednak w swojej recenzji poruszyłem większość wątków, jakie mogą albo odstraszyć, albo zachęcić do jego obejrzenia. To na pewno dzieło specyficzne, lecz przyciągające uwagę – nie tylko z uwagi na postać autora. Tekst kultury obowiązkowy dla fanów Markipliera, którzy nie muszą bać się o jego jakość, oraz raczej godny polecenia osobom gustującym w horrorach czy nawet kinie podchodzącym pod artystyczne.

Jacek ADAMCZAK

%d bloggers like this: