Źródło: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Top_Withins_-_perhaps_the_inspiration_for_Emily_Bronte’s_”Wuthering_Heights”_-_geograph.org.uk_-_2008711.jpg / Opis: Top Withens, czyli prawdopodobna inspiracja Wichrowych Wzgórz

Emerald Fennell w najnowszym filmie sięgnęła po klasykę literacką. Z „Wichrowych wzgórz”, wielowątkowej opowieści o konfliktach klasowych w XVIII-wiecznej Anglii, zrobiła erotyczne fanfiction. Relacja głównych bohaterów z toksycznej obsesji przeradza się natomiast w „najwspanialszą historię miłosną”. Jedni absolutnie kupili fantazję Fennell, dla innych jest ona dowodem wymierania intelektualizmu. Jedno jest pewne, piętrzące się kontrowersje na sprzedaż biletów wpłynęły zdecydowanie pozytywnie.

„Wichrowe wzgórza” są adaptacją powieści Emily Brontë. Historia skupia się na Cathy oraz Heathcliffie. Ona – piękna i dobrze urodzona, lecz wychowywana jedynie przez ojca pijaka. On – pozbawiony nazwiska oraz statusu, odmieniec i wyrzutek. Bohaterowie poznają się w dzieciństwie i szybko rodzi się między nimi silna zażyłość, która zostanie jednak zweryfikowana przez nieprzychylne realia epoki. Pojawienie się w sąsiedztwie Edgara Lintona, wysoko postawionego bogacza oraz jego młodej podopiecznej Isabelli, zderza bohaterów z rzeczywistością. Muszą dokonać wyboru i poświęcić uczucie dla pozycji społecznej. Jednak na jak długo wyparte namiętności pozostaną w ukryciu?

Biała fantazja

Prawdopodobnie najbardziej kontrowersyjną decyzją podjętą w kontekście „Wichrowych wzgórz” było obsadzenie Jacoba Elordiego w roli Heathcliffa. Australijczyk jest aktualnie jedną z najbardziej rozchwytywanych gwiazd w Hollywood. Taki wybór nie dziwi. Elordi pracował już także z Fennell przy filmie „Saltburn”. Problem pojawia się, gdy dokładniej przyjrzymy się pierwowzorowi postaci Heathcliffa. W powieści jest on wielokrotnie opisywany jako „Cygan”, a jego wygląd i odmienność rasowa, ma dla fabuły kluczowe znaczenie. Jest on wciąż lekceważony, osądzany i poniżany ze względu na swoje nieznane pochodzenie oraz kolor skóry. Jest to także jeden z ważniejszych powodów, dla których para głównych bohaterów nie może być razem. Casting jest więc dość oczywistym przykładem tak zwanego „whitewashingu”.

W świetle kontrowersji główną linią obrony reżyserki stało się przedstawianie filmu jako rodzaju fantazji. Z założenia ma on być wizualizacją tego, co myślała, czytając książkę po raz pierwszy w wieku kilkunastu lat. Wyobraźnia Fennell zdaje się więc bardzo bogata w erotyzm, lecz niezdolna do postawienia mężczyzny o innym kolorze skóry w miejscu głównego bohatera. „Wichrowe wzgórza” w jej ujęciu pozbawione są centralnego konfliktu powieści, a sama postać Heathcliffa zostaje skrajnie spłycona. Staje się on przede wszystkim obiektem pożądania głównej bohaterki, personifikacją rządz, na których zaspokojenie nie może sobie pozwolić.

Wątpliwości budzi także wybór Margot Robbie, uzupełniającej główny duet, w roli Cathy Earnshaw. Jej książkowy pierwowzór to około 19-letnia dziewczyna o dzikiej naturze, ciemnych włosach i nieokrzesanym usposobieniu. 35-letnia Robbie nie pasuje do roli nie tylko ze względu na wiek. Jej wygląd pod wieloma względami nie przystaje do postaci Cathy. Jako aktorka ma ona zbyt wyraźnie wyznaczone emploi, które niestety dalekie jest od tego, kim ma być w filmie główna bohaterka. Problematyczny jest także fakt, że między dwójką aktorów brakuje chemii, co dla wiarygodności romansu jest kwestią kluczową.

Adaptacja w cudzysłowie

Każdą z przywołanych skarg i zażaleń można zrzucić na karb, wciąż powracającej w dyskusjach, odautorskiej interpretacji. Rzeczywiście artyści czerpiący inspiracje z klasycznych dzieł nie są zobowiązani do wiernego ich odtwarzania. „Zakochana złośnica” oparta na szekspirowskiej komedii, „Słodkie zmartwienia” będące adaptacją „Emmy” Jane Austen, czy wreszcie „Romeo i Julia” Baza Luhrmanna. To tylko kilka przykładów filmów anachronicznych względem materiału źródłowego. Żaden z nich nie spotkał się jednak z tak zajadłą krytyką ze strony czytelników, jak dzieło Emerald Fennell. Dlaczego? Ponieważ każdy zachowuje trzon opowieści, jej główne motywy, rodzaj przesłania skierowanego do odbiorcy. W przypadku „Wichrowych wzgórz” mamy do czynienia z zupełnym wypaczeniem tego, o czym pisała Brontë. Sam fakt ujęcia historii w czysto romantyczny sztafaż oraz organizacja premiery w kontekście walentynek zdradza brak zrozumienia pierwowzoru albo chęć wywołania kontrowersji.

Nie można oczywiście oceniać filmu wyłącznie przez pryzmat książki. Sugeruje nam to już sam plakat. Tytuł ujęty jest w bardzo znamienne cudzysłowie. To nie są „Wichrowe wzgórza” Emily Brontë. To tak jakby „Wichrowe wzgórza”. Coś na kształt adaptacji. Coś, co z pierwowzorem literackim łączy jedynie dalekie pokrewieństwo. Sugestywne jest również wykorzystane na plakacie zdjęcie. Odwołuje ono z jednej strony do innego klasyka, „Przeminęło z wiatrem”, a z drugiej do serii okładek, popularnych zwłaszcza w latach 70, romansów z gatunku „rozpruwaczy gorsetów”. Rozerotyzowanych powieści, którym kontekst historyczny służy przede wszystkim do uatrakcyjnienia fabuły, wprowadzenia elementu tabu, mezaliansu i skrywanych pragnień. W kontekście dzieła Fennell podobny wybór mówi bardzo dużo.

W domu dla lalek

Zdecydowanie najmocniejszą stroną filmu jest jego warstwa wizualna. Spowite mgłą wrzosowiska, ukwiecone ogrody, luksusowe wnętrza, wszystko to składa się na prawdziwą ucztę dla oka. Starannie skomponowane kadry w odpowiednich momentach budują atmosferę niepokoju i tajemniczości, w innych podkreślają przepych, ale także przytłaczającą naturę życia klasy wyższej. Podobnie działa także scenografia. Tytułowa posiadłość pogrążona jest w mroku, dominują w niej czernie, zimny kamień i brud roznoszonego wszędzie błota. Kontrast wprowadza postawiony po sąsiedzku dom Lintonów, w którym królują pastelowe barwy i błysk drogocennych kamieni.

Estetyka filmu operuje na skrajnościach. Wszystko, co widzimy na ekranie, jest wystylizowane i przejaskrawione. Kiczowatość jest zresztą zamierzona, uwypukla ona jednak największy problem dzieła. Poza estetyką brak tu czegokolwiek innego. Kiedy staje przed nami przepiękna Margot Robbie, w sukni z celofanu widzimy właśnie ją: pięknie ubraną Margot Robbie. Naszej uwadze umyka natomiast dramat, jaki przeżywa Cathy. Stroje, chociaż nierzadko zachwycające, są tak ostentacyjne, że zaczynają wyglądać jak kostiumy. Jako widzowie stajemy się świadomi spektaklu, zapominając o bohaterach, sprowadzonych do roli manekinów.

Wartym przywołania jest użyty w filmie motyw domku dla lalek. Isabella spędza czas, tworząc figurki wzorowane na jej najbliższych. Umieszcza je natomiast w replice posiadłości, w której sama mieszka. Jest to dość dobra metafora dla dzieła Fennell. Postaci przedstawione na ekranie są jak puste lalki, przenoszone z miejsca w miejsce ku uciesze reżyserki wykorzystującej je dla odegrania własnych fantazji. Wyglądają one pięknie, niesamowicie prezentują się zlane deszczem lub oddane namiętności w pięknych pokojach, są jednak zupełnie pozbawione czytelnych motywacji czy głębi emocjonalnej.

„Wichrowe wzgórza” Emerald Fennell tak jak sama podkreśla, są jej własną interpretacją klasycznej powieści. Oglądając film, ma się jednak wrażenie, że reżyserka nie do końca wie, jak daleko chce się posunąć. Szeroko komentowany trailer obiecywał pikantny romans graniczący z BDSM. Otwierająca scena filmu (na jej treść lepiej spuścić zasłonę milczenia) sugeruje z kolei połączenie seksualności ze śmiercią. Nie zabrakło również serii rozerotyzowanych ujęć wyrabiania ciasta czy wkładania dłoni w różnego rodzaju produkty spożywcze. Dziwić może zatem, że seksualność potraktowana jest mimo wszystko dość pruderyjnie. Reżyserka nie odważyła się pójść w pełni w stronę erotyka, a sceny zbliżeń wypadają w większości dość zabawnie. Zadziałał tutaj również brak chemii między odtwórcami głównych ról. W ostatecznym rozrachunku „Wichrowe Wzgórza” nie są ani ciekawą reinterpretacją, ani idącą po bandzie twórczą zdradą. To zbiór pięknych obrazków, pięknie cierpiących na „miłość” ludzi, którym nie chcemy kibicować.

Anna TOMCZAK

%d bloggers like this: