„Peace is coming” Florence + The Machine skacze na polskiej scenie

Florence and The Machine w blasku świateł / Źródło: materiały prywatne

„Już osiemnaście lat minęło, odkąd jesteśmy na scenie” wyznała Florence Welch podczas tegorocznego koncertu w Krakowie, który był dla zespołu powrotem do uwielbianych polskich fanów. Ponad dekadę Florence and The Machine śpiewa z serca o własnym wnętrzu, świecie i perypetiach ludzkich. Nieustannie przyciągają zarówno nowych, jak i starszych słuchaczy, co udowodniła trasa „Everybody Scream”. Zjednoczyła ona świeżych admiratorów ze starszymi, trwającymi z zespołem od wielu lat.

Wieść o trasie koncertowej nowego albumu „Everybody Scream” rozniosła się echem wśród internautów. Polscy fani zagranicznych artystów zawsze wstrzymują oddech przy sprawdzaniu listy europejskich miast, w których odbędą się koncerty. Zawsze istnieje scenariusz nieuwzględniający biało-czerwonego kraju. Jednakże na przestrzeni ostatnich lat polska scena stała się oczkiem w głowie zespołów, odwiedzających ją tłumnie po raz pierwszy bądź kolejny. Stąd nadzieja polskich fanów na wizytę Florence and The Machine na wielkiej scenie. I ostatecznie wzięła górę – informacja o Florence Welch śpiewającej na TAURON Arena Kraków siódmego marca obiegła Internet. Wśród słuchaczy nadszedł moment walki o bilety, które miały stać się bramą ku spełnieniu. I tak też krwawa bitwa – w rozumieniu „kto pierwszy ten lepszy” – zakończyła się wyprzedaną pulą.

Poranek przy TAURON Arenie Kraków

Występy wielkich gwiazd słyną z kultury „kolejkowania”, czyli jak najszybszego pojawienia się w miejscu, w którym dany koncert ma się odbyć. Potrafi ono następować od kilku do kilkunastu godzin, a czasem dni, przed porą występu. Fani tworzą kolejkę ku wejściu na obiekt, potrafiącą osiągnąć szczyt kulminacyjny nawet kilka godzin przed otwarciem bramek. Razem trwają w oczekiwaniu na zobaczenie upragnionego artysty, integrują się oraz wspierają w potrzebach. Kolejkowanie, choć często spotykane z krytyką, pozostaje szansą nie tylko na ujrzenie celebryty z bliska, ale i nawiązanie nowych znajomości. Kultura ta posiada w sobie ducha ekscytacji oraz staje się wspomnieniem, rozpamiętywanym w odległej przyszłości. Internauci donoszą, że tzw. kolejkowicze Florence and The Machine pojawili się pod największym obiektem wydarzeń w Krakowie o godzinie czwartej nad ranem. Zawinięci w folię izotermiczną i pogrążeni w mroku jako nieliczni rozpoczęli odliczanie do wieczora, kiedy to arena otworzy ramiona na tłum.

Bilety na koncert brytyjskiego zespołu wyprzedały się w mgnieniu oka, pomimo że Florence and The Machine już pojawiali się w Polsce w otoczeniu wielkich reflektorów. Jednakże zawsze była to obecność na festiwalach muzycznych – wyjątek stanowiła trasa koncertowa „High as Hope”, mająca miejsce w Atlas Arenie w 2019 roku. Krakowska arena była pierwszym solowym występem przed tak tłumną publicznością. Polscy fani, słynący ze żwawej energii oraz dużego zaangażowania – co przyznają sami celebryci na swych koncertach – pragnęli pokazać wdzięczność i czystą radość z tegoż faktu. Wdzięczność za szansę zobaczenia i usłyszenia zespołu w rodzimym kraju wśród świateł oraz echa śpiewu publiki. Radość za samą możliwość uczestniczenia w wydarzeniu, o którym nikt nie spodziewał się, że będzie tak magiczne. Trwając razem w kolejce i odliczając minuty do otwarcia bramek, słuchacze przygotowywali się na pokazanie Florence and The Machine, że do Polski warto przyjeżdżać.

Florence Welch skąpana w czerwieni / Źródło: materiały prywatne

Akcja czerwień

Akcje koncertowe, zapoczątkowane przez społeczności fanowskie, stały się nieodłącznym elementem głośnych wydarzeń. Polegają na wspólnym oddaniu charakteru albumu muzycznego podczas koncertu oraz podkręceniu przeżywania wielkiego momentu. W tym roku polska społeczność fanowska Florence and The Machine postawiła na czerwień. Kolor ten dominuje w „Everybody Scream”, wyeksponowany przez samą Welch w teledyskach oraz podczas występów w innych krajach. Oddaje mistycyzm, folkowy horror oraz czarnoksięstwo wspomnianej płyty muzycznej. Dodatkowo podkreśla temat silnej i wytrwałej kobiecości, zadziorności oraz niezależności, którymi otacza się i eksponuje na scenie Florence Welch. Czerwień stała się muzą „wiedźmowego” albumu, odważnie poruszającego tematy transformacji, duchowego uzdrowienia, a także osobistych traum artystki. Jej wierni fani przybyli ze wsparciem i idealnie odzwierciedlili zarówno przesłanie utworów tegorocznej trasy koncertowej, jak i stylistykę persony Florence.

Do akcji koncertowej należały czerwone balony, kwiaty, ubiór oraz wstążki wplecione we włosy w barwach czerwieni, a także transparentne folie lub kartki papieru, którymi dzielili się oraz wycinali kolejkowicze. Miały one służyć do przyłożenia włączonej latarki w telefonie, aby Arena zaiskrzyła czerwonymi światełkami niczym świetliki. Do motywu koncertu również należały wianki z kwiatów, które licznie przywdziewali fani. Siódmego marca TAURON Arena Kraków mieniła się bielą, czernią oraz czerwienią, goszcząc zróżnicowaną widownię. Do akcji koncertowej dołączał niemalże każdy – i starszy, i młodszy. Wszyscy tańczyli w długich, zwiewnych sukniach, w rytm muzyki poruszali głowami okrytymi kwiecistymi wiankami, a także dołączali się najmniejszymi gestami do szaty koncertowej. Kiedy światła na scenie zgasły i rozległy się pierwsze okrzyki ekscytacji, nie minęła dłuższa chwila aż balony latały nad płytą koncertową. Żonkile i czerwone róże skierowane były w stronę Welch, a podczas wzruszających piosenek wszystkie latarki telefonów szły w górę, bujając się na boki. Publiczność intencjonalnie wczuła się w charakter „Everybody Scream”, a dołączyła do nich sama Florence – ubrana w krwistą suknię z falbanami. „To czas na krzyk”, twardo oznajmiała arena.

Florence Welch wraz z tancerkami na scenie / Źródło: materiały prywatne

Repertuar łez i skoków

Supportem brytyjskiego zespołu, objeżdżającego Europę, została Paris Paloma. Wschodzącej gwieździe w świecie muzycznym uznanie przyniósł utwór „Labour”, wyrażający kobiecą złość wobec patriarchatu. Artystka okazała się strzałem w dziesiątkę przy indie-rockowym brzmieniu Florence and The Machine, dopełniając feministyczny charakter koncertu Welch. Tuż po jej występie nadszedł moment odliczania do zgaszenia świateł. A w międzyczasie scenę przyozdobiła scenografia złożona z płachty z rysunkami kwiatów i roślin, zwisającej z sufitu Areny. Przypominając statek, kryła wewnątrz siebie pomarańczowo-czerwone światła, odbijające się od płóciennego materiału. Tuż po mroku, jaki ogarnął widownię, tworzyły one teatr cieni, rewelacyjnie wykorzystany oraz wyreżyserowany przez zespół. Setlistę otwierał utwór „Everybody Scream” i to właśnie wtedy, pośród wrzawy fanów, na materiale tańczyły cienie tancerek, złowieszczo wykrzywiających swe ciała. Zaś po tanecznym seansie oraz wzmagającej muzyce, płachta opadła całkowicie, ujawniając Florence Welch.

Artyści zadbali o to, aby publiczność bawiła się, płakała, a także krzyczała ze złości. Trasa koncertowa zawarła utwory starsze oraz te najnowsze, które razem wzięte układały się w spójną całość. Wydarzenie rozpoczynał utwór mocny charakterem, bo opowiadający o kobiecej złości oraz traumach przez jakie przechodzi, na refrenie angażujący fanów do wspólnego krzyku. Tuż po aranżacji „Witch Dance”, nadszedł moment na „Shake It Out”, będącej jedną z kultowych piosenek. Publiczność wspólnie zanurzała się w emocjach, śpiewając wraz z Florence „it’s always darkest before the dawn” (najciemniej jest zawsze przed wschodem). Natomiast falę uczuć oraz nostalgii przyniosły kolejne utwory ze starszych albumów, do których należą „Seven Devils”, „Big God”, „Daffodil” oraz zagrany po kilkuletniej przerwie „Which Witch”. Chwila dla rozczulenia oraz wokalnego pokazu nastąpiła podczas „Cosmic Love”, jak i ważnego dla słuchaczy „Spectrum”. Artystka najpierw okazała swe możliwości wokalne, aby chwilę później przemówić do widowni w imię miłości oraz wolności. Podnosząc tęczową flagę od jednego z fanów przy barierce, czyli najbliżej sceny, namówiła publikę do wspólnego skakania oraz wołania „say my name” (wypowiedz moje imię). Był to pierwszy z momentów na TAURON Arenie Kraków tegoż wieczora, kiedy cała publiczność wrzała oraz tańcowała wraz z biegającą i podskakującą po całej scenie Florence. Utwór słynie z wyrażania gamy emocji, jaka znajduje się we wnętrzu człowieka, a także poruszania tematów samoakceptacji i wzmacniania własnego ja. Welch wykorzystała kawałek do wspólnego nawoływania o wzajemną miłość, a także dobroć.

Jednakże prócz okrzyków i głośnego śpiewu znalazł się moment na upust uczuć i emocji. Był nim „Never Let Me Go”, jednocześnie wykorzystujący jedną z akcji koncertowych. TAURON Arena Kraków zamieniła się w lawinę czerwonych światełek pośród ciemności, skierowanych w stronę sceny. Widownia spójnie bujała na boki rękoma, unosząc kolorowe latarki jak najwyżej. Trybuny oraz płyta koncertowa imitowały fale morza, podczas gdy echem niósł się chór fanowskiego śpiewu „never let me go” (nie pozwól mi nigdy odejść). Śpiewane słowa niosły się przez dłuższy moment pośród ciszy – żaden instrument nie towarzyszył ludzkiemu głosowi – i pomyślnie zakończyły utwór. Udana aranżacja ucieszyła rozpromienioną Florence, dumną z duchowego zaangażowania publiki. Połowę koncertu wypełniły utwory „Hunger”, „Buckle”, „King”, „The Old Religion”, „Howl” oraz „Heaven is here”. Cieszyły się artystycznym wyzwoleniem tancerek towarzyszących trasie koncertowej Florence and The Machine, a także grą świateł i efektów dymnych ze strony ekipy technicznej.

Scenografia otwierająca pierwszy utwór trasy koncertowej “Everybody Scream” / Źródło: materiały prywatne

Do jednych z najważniejszych momentów wydarzenia należała piosenka „Sympathy Magic”, podczas której Welch zeszła ze sceny do fanów. Śpiewając o mgle, jaka zasnuwa ludzki umysł przez raniące przeżycia oraz o powolnym zaleczaniu się ran, zbliżyła się do fanów, chwytając ich dłonie. Po raz kolejny w trakcie występu na twarzy artystki było widoczne szczęście, wdzięczność i rozczulenie, kiedy przechodziła wzdłuż barierki, wpatrując się w śpiewający tłum. To tutaj wydarzył się moment, który głośno odbił się echem o Internet i telewizję. Moment, kiedy to pod koniec piosenki Welch zatrzymała się przy jednym z fanów, wyśpiewującym powtarzalne „what else, what else…” (co jeszcze, co jeszcze…) i przytuliła go. Arena zaczęła klaskać, ciesząc się przeżywaną chwilą. A emocji nie było końca, gdyż po „One of the Greats” rozległy się utwory pełne skoków. „Dog Days Are Over” jest jedną z najbardziej znanych, a zarazem najstarszych, piosenek Florence and The Machine. To kompozycja pełna uwznioślającego i euforycznego brzmienia, mówiąca o nadciągającym szczęściu po bolesnym, pełnym przykrości okresie. Jednocześnie nakazuje pozostawić złe, burzliwe dni za sobą. Wraz z „Free” stworzyły magiczny duet, wyzwalający całą arenę. Na prośbę Florence cała widownia, również trybuny niższe i wyższe, miała odłożyć telefony oraz „trwać w tej chwili”. Welch słynie z zachęcania fanów do przeżywania tu i teraz, zamiast poświęcania uwagi temu czy dobrze ją widać w aparacie telefonu. Stąd też było dla niej istotne, aby podczas wspomnianych obu kawałkach cała arena uczestniczyła we wspólnie przeżywanej euforii. I tak też się stało. Ani jednej komórki w dłoni, ani jednej osoby siedzącej – calutka publiczność podskakiwała, wymachiwała rękoma i tańczyła. Pożegnaniu brytyjskiego zespołu, jakim była piosenka „And Love”, towarzyszyła lawina melodyjnych głosów.

Koncert Florence and The Machine z pewnością zapisuje się na kartach TAURON Areny Kraków, gwarantujących niezapomniane wspomnienia. Trasa koncertowa „Everybody Scream” została dopracowana od kwestii scenograficznej po choreograficzną – nie byłaby tym samym, gdyby nie tancerki. Dopełniały swym występem niektóre utwory zespołu, a także podkreślały klimat, jaki budowała na scenie Florence Welch. Artystka wielokrotnie podkreślała, jak dobrze bawi się wśród polskiej publiczności i jak uwielbia tu wracać. W jej oczach oraz słowach wyraźnie odbijała się radość oraz wzruszenie, które współdzieliła z fanami. Po raz kolejny zespół Florence and The Machine pokazał, jak potrafi jednoczyć ludzi – nieważne czy będąc w ćwierćwieczu, czy dopiero wkraczając na ścieżki życia.

Aleksandra URBAŃCZYK

%d bloggers like this: