Bez dymu, bez zapachu…bez konsekwencji?

Źródło: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Size_of_nicotine_pouch.png Autor: Jakubdrastich2 / Podpis: Kiedy używka przestaje wyglądać jak używka?
Używki są z nami od zarania dziejów. Najwcześniejsze wzmianki na ich temat pojawiają się równolegle z narodzinami pierwszych cywilizacji. Można więc zaryzykować stwierdzenie, że wraz z uporządkowaniem życia społecznego pojawiła się także potrzeba odurzenia. Czy to właśnie rozwój struktur społecznych pcha nas do sięgania po substancje psychoaktywne od tysięcy lat? Tego nie jesteśmy w stanie jednoznacznie rozstrzygnąć. Pewne jest natomiast, że używki nie zniknęły. Przeciwnie, trwają przy nas od wieków.
Konopie, opium i wiele innych substancji odurzających towarzyszyły człowiekowi od dawna. Wśród nich szczególne miejsce zajmuje jednak „królewska para” – alkohol i tytoń. Dlaczego właśnie one? Ponieważ pozostają legalne i jednocześnie najbardziej rozpowszechnione. O ile w przypadku alkoholu trudno wyobrazić sobie inną drogę jego przyswajania, o tyle tytoń, a właściwie zawarta w nim nikotyna, wciąż daje pole do eksperymentów. I to pole koncerny tytoniowe wykorzystują na coraz kreatywniejsze sposoby. Przykładem tej kreatywności są chociażby e-papierosy czy podgrzewacze tytoniu, które zdążyły już zamienić się w akcesoria – personalizowane, dopasowywane kolorystycznie do obudowy telefonu albo torebki. Tyle że, mimo całego tego designu, nie różnią się aż tak drastycznie od tradycyjnego palenia. Wciąż jest to palenie.
To, co naprawdę namieszało ostatnio na rynku, to snus, albo raczej jego bardziej „family friendly” wersja, z którą mamy dziś do czynienia: saszetki nikotynowe. Znane lepiej pod nazwami z wystawki w Żabce takimi jak VELO, ZYN, 77. Brzmi znajomo? Snus wywodzi się ze Szwecji. Powstał tam w XVIII wieku i wyrósł z wcześniejszej używki – tabaki. W Europie od XVI–XVII wieku popularne było wciąganie sproszkowanego tytoniu przez nos, szczególnie wśród elit. Szwedzi postanowili jednak zmienić zasady gry. Zamiast wciągać, zaczęli wkładać tytoń pod górną wargę. Tak powstała jego wilgotna forma czyli snus. Bardziej praktyczny, mniej widoczny, bez kichania. Krótko mówiąc: bardziej „elegancki”.
To, co zaczęło się jako lokalna praktyka w XVIII-wiecznej Szwecji, dziś wraca w nowej formie. Współczesne saszetki nikotynowe nawiązują do idei snusu, eliminując jednak tytoń i zastępując go oczyszczoną nikotyną oraz dodatkami smakowymi. Wpisują się więc idealnie w nowoczesną narrację produktów bez dymu, zapachu i, pozornie, bez konsekwencji. No właśnie – pozornie.
Choć saszetki nikotynowe nie dymią, nie śmierdzą i nie zostawiają po sobie popiołu, to nie oznacza, że nie zostawiają po sobie niczego. Kluczowy składnik pozostaje ten sam – nikotyna. Substancja, która nie bez powodu od tysięcy lat utrzymuje się w ludzkim repertuarze używek. Działa szybko i konkretnie. Podnosi tętno, zwiększa ciśnienie krwi, wpływa na pracę naczyń krwionośnych. Badania pokazują, że reakcja organizmu na wysokie dawki nikotyny z saszetek może być porównywalna do tej po wypaleniu papierosa.
Problem nie leży jednak tylko w samej reakcji organizmu, ale w skali. Jedna saszetka potrafi dostarczyć dawkę nikotyny przekraczającą zalecane poziomy nawet kilkukrotnie. Ponieważ nie ma tu momentu „gaszenia papierosa”, łatwo tę dawkę powtarzać, aż przestaje być to świadomy wybór, a zaczyna nawyk. Dochodzi do tego jeszcze jeden czynnik: wiek. Młody organizm reaguje na nikotynę inaczej. Mózg wciąż się rozwija, a nikotyna ingeruje w mechanizmy odpowiedzialne za koncentrację, pamięć i regulację emocji. To nie jest już tylko kwestia „małej przyjemności”, ale realnego wpływu na sposób funkcjonowania. Jednocześnie, i to jest chyba najbardziej niepokojące, wciąż nie mamy pełnego obrazu. Saszetki nikotynowe są zbyt nowe, żeby mówić o ich długoterminowych skutkach z naukową pewnością. Wiemy, jak działa nikotyna. Wiemy, jakie procesy uruchamia. Jednak to, jak ta konkretna forma wpisze się w zdrowie użytkowników za dekadę, pozostaje pytaniem otwartym.
Taka ilość kontrargumentów aż prosi się o to jedno zdanie: „Ale przecież nie ma spalania, płuca są bezpieczne!”. Teoretycznie tak. Ale choć saszetki nikotynowe omijają płuca, to wcale nie omijają problemu. Po prostu przenoszą go gdzie indziej – do jamy ustnej. Długotrwałe stosowanie może prowadzić do podrażnień błony śluzowej, stanów zapalnych, a nawet uszkodzeń dziąseł. Użytkownicy często zauważają cofanie się dziąseł w miejscu, w którym regularnie umieszczają saszetkę. A to z kolei może prowadzić do nadwrażliwości zębów i zwiększonego ryzyka infekcji. Dochodzi do tego suchość w ustach, zmiany w mikroflorze i ogólne pogorszenie kondycji jamy ustnej.
Czy to oznacza raka płuc? Nie, nie oznacza jednak braku konsekwencji. Organizm nadal reaguje, tylko w mniej widowiskowy sposób. Bez kaszlu, bez dymu, bez alarmujących sygnałów. Za to po cichu, stopniowo i dokładnie tam, gdzie saszetka trafia najczęściej. Warto też na chwilę zatrzymać się przy tym, jak te produkty są przedstawiane. Bo saszetki nikotynowe nie sprzedają się dziś wyłącznie jako używka, ale jako styl życia. Minimalistyczne opakowania, najróżniejsze kolory, smaki, które bardziej przypominają gumy do żucia niż cokolwiek związanego z tytoniem. To nie jest już ciężki, duszny obraz palacza. To jest coś lekkiego, nowoczesnego, niemal „wellnessowego”.
Być może właśnie dlatego tak łatwo je oswoić. Gdyż nie wymagają żadnego „rytuału” w tradycyjnym sensie. Nie trzeba wychodzić na zewnątrz, przerywać rozmowy ani się tłumaczyć. Saszetka znika pod wargą i równie dobrze mogłoby jej nie być. Przynajmniej z perspektywy obserwatora. To sprawia, że granica między używaniem a codziennością zaczyna się zacierać.
Kiedy coś staje się częścią codzienności, przestaje być kwestionowane. Wtedy właśnie pojawia się problem. Kiedy używka przestaje wyglądać jak używka, a zaczyna jak coś zupełnie normalnego. To o czym musimy pamiętać, to fakt, że organizm nie działa według zasad marketingu. Nie interesuje go, czy produkt jest estetyczny, wygodny albo „lepszy niż poprzednia wersja”. Reaguje na to, co faktycznie do niego trafia. Niestety w tym przypadku trafia dokładnie to samo, co od wieków – nikotyna.
Matylda JANKOWSKA