Z dala od świata płonie ogień. SLAVNI – konwent kultury rodzimej

Slavni to konwent kultury rodzimej / Źródło: archiwum prywatne
Fauna oraz flora. Od zarania dziejów współgrające ze sobą i wzajemnie nadające sobie rytm. Tworzą jeden świat, w którym odnajduje swoje miejsce człowiek, zbierając jego żniwa. Myśl wcale nie odkrywcza, ale we współczesnym, miastowym zgiełku łatwo o tym zapomnieć. Przypomniała mi o niej IV edycja konwentu SLAVNI. Po pełnym ducha weekendzie nie sposób wyznać, że wydarzenie było jak spacer po lesie w baśni. Spacer, podczas którego podróżnik spotyka tajemniczą osadę i postanawia w niej przez chwilę odpocząć.
SLAVNI już po raz czwarty rozpostarło swoje ramiona na stałych bywalców, jak i tych, co przyjęli ich zaproszenie po raz pierwszy. Wydarzenie zainicjowane w 2022 roku przez Karolinę Lisek oraz Marcina Patelę, które koordynują je wraz z Szymonem Gilisem, organizowane jest przez Słowiańską Agencję Prasową (iSAP). Odbywa się w plenerze Muzeum Górnośląskiego Parku Etnograficznego w Chorzowie Przywołuje pasjonatów kultury słowiańskiej, jak i ludzi spragnionych wypoczynkiem od harmideru świata. Oferuje zanurzenie się w tematyce rodzimej – zakorzenionej w nas głęboko, lecz bardzo często zapominanej. Oprócz opowiadania o dziejach przodków, festiwal wystawia na światło dzienne sztukę i przede wszystkim literaturę inspirowaną słowiańszczyzną. Za jej sprawą odbywa się wyjątkowy ogólnopolski plebiscyt literacki SLAVNI – Złoty płomień kultury. Plebiscyt wyróżnia oraz promuje autorów twórczości natchnionej m.in. mitologią oraz tradycjami rodzimymi. Jednakże SLAVNI nie powstało tylko w motywacji poszerzania wiedzy o ciągłości zapominanej kultury – w tym celtyckiej oraz skandynawskiej – jak i jej dziejów. Pod peleryną idei znajduje się serce, które żwawo daje o sobie znać podczas wydarzenia. Są nim ludzie – trwający ze sobą w chwili dającej im to, co zostało zapisane w ich najskrytszych pragnieniach, czyli wspólne przeżywanie.
Bez skansenu ani rusz
Fauna i flora parku etnograficznego są dla festiwalu jak liście dla gałęzi. To jedynie otoczka niepowtarzalnego klimatu, która pozwala mu rozkwitnąć w uroku. Będąc w plenerze niedługo po tym, jak ptaki ćwierkaniem rozpoczęły pobudkę świata, ogarnęła mnie aura opustoszenia oraz ciszy przed burzą. Kiedy na teren parku nie wlewają się tłumy przybyłych, odgłosy kur oraz głośny śpiew ptaków odrywa od zmartwień. Tutaj czas się zatrzymał – pachnie drewnem oraz ściółką, czarny koń macha ogonem tuż przy bydlęciu, a kozy grzebią pyskami w trawie. Przy Chałupie z Kaliny z roku 1851 pszczoły latają wśród miodunki plamistej, zahaczając skrzydełkami o rokiettę siewną. Skansen rzuca urok na spacerowiczów, wiodąc ścieżkami od Chaty ze Strzemieszyc Wielkich z 1877 roku po spichlerze i stodoły. Spokój oraz cisza, które po południu zamieniają się we wrzawę i płonącą energię, omiatają rozkwitające jabłonie. Wstążki rozwieszone nad szyldem SLAVNI na scenie tańczą na wietrze. Skansen rozgrzewa się przy prześwitujących przez gałęzie promieniach słońca, a chmury kłębią się na błękitnym niebie.
Wydarzenie odbywające się w tak bajecznym plenerze to strzał w dziesiątkę. Spacer pomiędzy stoiskami nie przytłacza jak zatłoczone ulice miasta czy zadaszona hala. Wiedzie kamienną ścieżką pośród zapachów, muzyki i żywych rozmów, jednocześnie uspokajając wszechobecną naturą. Każdy uczestnik znajdzie dla siebie miejsce – od chłodu bijącego z wnętrza chaty, ciepła ogniska po milczenie z dala od serca rozgrywającego się festiwalu. Rozpościerająca się łąka tuż przy obozie historycznym Utgardu, czyli wikińskiej grupie rekonstrukcyjnej, pozwala na spoczynek wśród trawy i stokrotek. To również przestrzeń do piknikowania z najdroższymi, integracji czy obserwacji rozgrywającej się walki rekonstrukcyjnej. Skansen współgra ze SLAVNI jak fauna z florą. Razem wzięte dbają o harmonię, zacisze, a także zastrzyk dopaminy. Każdy znajdzie tutaj element, który pozwoli mu oderwać się od rzeczywistości, dla każdego jest tutaj przeznaczone miejsce. Co więcej, w parku etnograficznym istnieje możliwość przenocowania na terenie w wyznaczonym miejscu w rekonstrukcyjnym namiocie. To tylko kolejny zastrzyk emocji, jak i odskok od realiów wygody. Miałam okazję przelotnie porozmawiać z jedną z osób, które zdecydowały się na taki niecodzienny sen z dala od łóżka. Noc wywoływała gęsią skórkę tylko w momencie, kiedy wiatr huczał dookoła namiotu wśród ciemności, lecz poza tym żywiołem mrok był ciepły i sprzyjał wypoczynkowi.

Fauna i flora skansenu / Źródło: archiwum prywatne
Zjednoczenie człowieka z naturą, tak mogę podsumować moją obserwację SLAVNI. Człowiek czerpie żniwa flory, będąc (lub też nie) świadomym jej wpływu na samopoczucie. Rozczulał mnie widok dzieci biegających po łące i odgrywających walki drewnianymi mieczykami, inspirując się przed chwilą obejrzaną bitwą rekonstruktorów. Przewracają się na poszycie, wykrzykują, dopingują sobie nawzajem, zaangażowani po kolana w wymyślonej fabule. Radował mnie widok podopiecznych przebranych wraz z rodzicami, smażących kiełbasę przy ognisku i wędrujących od chaty do chaty. Znalazło się też miejsce dla tych dzieciaków, które po prostu zbierały na wianek mniszek lekarski albo uczestniczyły wraz ze starszymi w warsztatach prowadzonych przez Utgardów w obozie przy łące. Mikroświat, który otworzył się na nich podczas konwentu, odrywał małych od technologii i więził w trwającej chwili pełnej budowania wspomnień. Festiwal dołożył się do kreacji ich dzieciństwa na dworze, gdzie zabawa i wolność nie osiąga apogeum. Jednak plener SLAVNI służy nie tylko najmłodszym, a wręcz przeciwnie. Miałam wrażenie, że granica pomiędzy starszymi a młodszymi zatarła się. Starsi w ciszy pełnej zaangażowania uczestniczyli w warsztatach tuż obok dzieciaków. Paradowali również w przebraniach, zasiadali przy palenisku, wyciągali nogi na trawie lub pod namiotami, zatrzymywali się przy stodole ze zwierzyną. Mikroświat najmłodszych wciągnął tych, którzy zdążyli zapomnieć, czym jest dzieciństwo, i że głęboko zakorzenione trwa w nas aż do śmierci. Myślę, że mogli po prostu na chwilę porzucić dorosłość oraz obowiązki i bez pretekstu poczuć się zdolni do przeżywania i uzewnętrzniania wewnętrznego dziecka. Zresztą mówiły to ich twarze – pełne uśmiechów, pozbawione zmarszczek, zmartwień oraz zmęczenia, jakby mówiące „tak powinnyśmy czuć się zawsze”.
Dwa dni w ogniu: scena i słowo
Konwent budzi do życia skansen w Chorzowie na przełomie kwietnia i maja. Zawsze jest to intensywny weekend, nad którego magią pracują w pocie czoła wszyscy – od organizatorów, gości, wystawców po wolontariuszy. Każdy dokłada swoją cegiełkę, aby słońce było jedynie wisienką na torcie niezapomnianego doświadczenia. Nie bez powodu symbolem SLAVNI jest ogień – buzujący w duszach ekipy przygotowawczej i przekazywany dalej w mikroświat festiwalu. Tworzą go klimat, fauna i flora, oraz zaangażowanie uczestników. Razem wzięte kreują miejsce, gdzie czas zabiera w przeszłość i pozwala wziąć głęboki oddech. Wszystkie te elementy współgrają ze sobą, pozwalając zanurzyć się w rzeczywistości tak odległej, odbiegającej od codzienności, że nie sposób do niej wrócić.
Co roku festiwal bogaty jest w liczne stanowiska wystawiennicze, gdzie twórcy dzielą się swoim rękodziełem, wyrobami, a także zachęcają do zanurzenia się w słowie. To również niepowtarzalna okazja do wzięcia udziału w warsztatach, budzących do życia zapomniane tradycje ludowe. Nie zabraknie wspomnianego wcześniej plebiscytu literackiego, a także koncertu pieśni ludowych, niosących się echem nad głowami. A to wszystko w akompaniamencie dymu z paleniska, aromatycznych zapachów jedzenia, paradujących rekonstruktorów oraz porozstawianych kartek „Uwaga, rozejrzyj się! Trwa turniej łuczniczy”. Do tego na ścieżce warto mieć oczy dookoła głowy – pełno tu uczestników przebranych w m.in. stroje ludowe oraz te inspirowane zakątkami słowiańszczyzny. Kocioł zaczyna bulgotać w te intensywne, pełne wrzawy dni od godziny porannej i nie przestaje aż do wieczora.

Aktywne uczestnictwo na SLAVNI za żadne skarby nie jest przymusem
Tegoroczny program SLAVNI nie mógł bardziej krzyczeć inkluzywnością. Nie można było na niego spojrzeć i pomyśleć „nie mam na nic ochoty, nic mnie tu nie interesuje”. Wszystkie aktywności odbywają się równocześnie w różnych miejscach na mapie skansenu, stąd też spacer jak i wybór nie wykluczają się. W tym roku konwent kultury rodzimej do dyspozycji miał spichlerz oraz trzy chatki, nie zapominając o wyżej wspomnianym obozie historycznym Utgardów na łące. Pierwszy dzień dopisał pogodą, otwierając wydarzenie prażącym słońcem i brakiem porywistego wiatru. Festiwal został rozpoczęty słowem na udostępnionej scenie, gdzie tuż po prelekcji Szymona Gilisa odbywał się półtoragodzinny koncert muzyki ludowej. Zespół Po Wsi Głosy odśpiewał m.in. utwory „Gaiczek zielony, pięknie przystrojony”, „Koraliki” czy „Nie wypędzę bydła z rana” wraz z zaangażowaniem widowni do wspólnego śpiewania refrenu. Zespół wzbogacił każdą pieśń krótkim komentarzem, opowiadając to, o czym niegdyś ludzie śpiewali. Tuż po przerwie na scenie odbywał się wyczekiwany konkurs najpiękniejszej słowiańskiej stylizacji. Kobiety prezentowały swoje stroje, opowiadając o procesie ich powstawania oraz źródle inspiracji. Poprowadzony przez Hannę Dolę oraz Kasandrę Lipińską konkurs jednogłośnie wyróżnił strój przedstawiający motankę, który zachwycał przechodniów skansenu. Na scenie zostały również ogłoszone wyniki turnieju łuczniczego odbywającego się na terenie festiwalu. Wyróżnieni zostali zarówno młodsi, jak i starsi łucznicy.
Festiwal zadbał również o wyobraźnię uczestników, powierzając Drużynie Rekonstrukcyjnej Utgard pokazy walk, a także spotkanie przy mitycznych opowieściach Skandynawów. Lecz nie samą rozrywką żyje człowiek – podczas pierwszego dnia festiwalu nie zabrakło słowa dla duszy. O poranku o karkonoskich legendach i Duchu Gór opowiadała dr Aleksandra Seliga. Wykład odbywał się w chłodnawym, skąpanym klimatycznym mrokiem spichlerzu. Nie zabrakło w tym samym miejscu prelekcji o podlaskich ręcznikach ludowych, prowadzonej przez Monikę Rogalską, a także słowa na temat tego, jak nasi przodkowie chronili domostwa, przekazanego przez Dianę Wróbel. Prócz tego Anna Musiałowicz opowiadała o tym, jak dawniej radzono sobie z zarazą, a Marta Krajewska przyciągnęła dzieciaki do gry Rusałki. Sobota otwierająca festiwal nadała tempo oraz pokazała uczestnikom, że tutaj czasu na nudę nie znajdą.
Pogoda podczas drugiego dnia festiwalu płatała figle, a słońce często chowało się za chmurami. Nie wspominając już o silnym wietrze, który z rana groził palcem ekipie przygotowawczej. Jednak nie takie rzeczy się widziało – nic nie powstrzymało SLAVNI przed nadaniem rytmu kolejnemu, a zarazem zwieńczającemu dniu konwentu. Niedziela rozpoczęła się panelem dyskusyjnym na scenie, a później przywołała liczne grono do uroczystego rozdania plebiscytu Złoty płomień kultury. Głosowanie odbywało się online w siedmiu kategoriach, zaś werdykt został ogłoszony przez organizatorów wydarzenia. Plebiscyt połączył się z panelem dyskusyjnym „Bogowie w literaturze”, prowadzonym przez Franciszka Piątkowskiego – wyróżnionego autora „Zamawiacza”. Zgromadził on literackich gości SLAVNI i pozwolił delektować się rozmowami. Delektować się można było i w spichlerzu, gdzie słowem służyli na wykładach dr hab. Leszek Gardeła, dr Justyna Michniuk, Anna Stasiak oraz Werner Měškank-Meschkank. Tuż po słowie nie zabrakło i rozrywki. Niedziela zaprosiła na m.in. prezentację mody wczesnego średniowiecza oraz uzbrojenia, tor do rzutu toporkiem – jak i pierwszego dnia – oraz na opowieść o „Słowiańskich stworach” dla najmłodszych. Ostatni dzień, choć chłodniejszy, zagwarantował uczestnikom równie niepowtarzalne doświadczenie, co sobota.
Dwa dni w ogniu: warsztaty i spotkania
Do wyboru, do koloru – na SLAVNI nie jest się w stanie ustać w miejscu. To intensywne, pełne wrażeń dni, które dbają o prawowite zanurzenie się w słowiańszczyźnie. Dopełniają je warsztaty, a także spotkania z autorami tuż przy palenisku. Obie formy pozwalają na odcięcie się od zgiełku ścieżek skansenu i zaczerpnięcia ducha przodków. W chatkach można było m.in. tkać krajki z Małgorzatą Trochowską, malować chusty ludowe i tworzyć Pająki ludowe z Kasandrą Lipińską, której wystawa rękodzieła wabiła odwiedzających tuż za drzwiami, a także stworzyć makramową zakładkę do książki z Martyną Ptak. Nie zabrakło też warsztatów z Hanną Dolą – kokoszniki oraz motanki królowały. Zajęciami nacieszyć się mogli również najmłodsi – zostały one poprowadzone przez Katarzynę Berenikę-Miszczuk oraz Macieja Kisiela. Umożliwili oni dzieciom wsiąknięcie w baśniowy świat, poszerzając ich wiedzę i wyobraźnię. Do swych ramion zapraszał i obóz historyczny Utgardów, gdzie można było pleść z wikliny, tworzyć dawne zielarskie kosmetyki oraz sakiewki czy kaletki. Wśród pokazów walk oraz rzutu toporem, swoje miejsce odnalazły i dzieciaki, na przykład komponując własnego zwierzaka ze słomy.

Warsztaty w chatach / Źródło: archiwum prywatne
Niedziela SLAVNI gwarantowała powtórkę wybranych warsztatów, jeśli ktoś nie zdążył załapać się na pierwszy termin. Jednak w swojej różnorodności zapewniła dodatkowo zajęcia z haftu, repuserstwa, tworzenia własnego mitologicznego Żmija prowadzonego przez Katarzynę Wierzbicką, a także wycinanki ludowe z Adrianną Patelą. Ostatni dzień był również okazją do zrobienia słowiańskiego talizmanu z makramy z Martyną Ptak czy dawnych amuletów z Markiem oraz Sylwią Kralka. Spacerując po skansenie, nie sposób było nie natknąć się na warsztaty śpiewu białego pod przewodnictwem Karoliny Świerady Sochy z Zespołu Śpiewnice. Obserwacja wszystkich wymienionych warsztatów była niczym innym jak rozczulającym ciepłem. Rodzice z dziećmi w skupieniu wsłuchiwali się w lekcje prowadzących, podążając za ich słowem i przypatrując się, jak powoli w ich dłoniach powstaje własne rękodzieło. Czasami to najmłodsi przypatrywali się starszym, jak bacznie prowadzą nożyczki albo wbijają igłę w materiał. Warsztatowicze trwali w zaciszu chatek lub pleneru, odrywając umysły od spraw codziennych, głęboko zanurzając się w pracy nad własnym dziełem. Przynajmniej przez moment zasmakowali dawnych zwyczajów oraz zajęć przodków, o których dziś niewiele myśli się na co dzień. Sami prowadzący wykazali się nie tyle umiejętnością przekazu, co pasją. Wykorzystali każdą minutę spotkania, aby zasiać ziarno własnego zainteresowania w przybyłych, dzieląc się aktywnościami nasiąkniętymi historią. Byli jakby powiernikami dawnych dziejów, przekazując od rąk do rąk kulturę i zwyczaje, jak to do dnia dzisiejszego funkcjonuje.

Zajęcia w plenerze / Źródło: archiwum prywatne
Aktywnie uczestniczyć, to nie tylko dzierżyć w rękach materiały. Duchem oraz sercem można i być uczestnikiem spotkania autorskiego. W tym roku SLAVNI miało przyjemność gościć takich twórców jak Wiktoria Korzeniewska, Magdalena Zawadzka-Sołtysek, Robert Ziębiński, Kamil Gołdowski, Agnieszka Kulbat oraz Elwira Dresler-Janik. Przy ognisku nie zabrakło również Anny Stasiak, Katarzyny Bereniki Miszczuk, Anny Sokalskiej oraz Aleksandry Seligi. Zlot swoich fanów zorganizował również Franciszek Piątkowski na Zlocie Powiernika. Wszyscy autorzy przybyli na festiwal, aby móc dzielić się swoją twórczością, a także uczestniczyć w rozmowach ze swoimi odbiorcami oraz tymi, którzy podeszli się z nimi zapoznać. Spotkania były okazją nie tylko na zapoznanie się z autorem, ale i szczerą rozmowę o jego dziełach, motywacjach, a może i przyszłych planach pisarskich. Krąg, jaki gromadził się wokół rozmówcy, przybierał klimat przyjazny oraz bliski. Koniec końców była to tylko rozmowa człowieka z człowiekiem.
„Ten konwent to jest też taki reset, odskok od codzienności”. Wywiad z Marcinem Patelą
Uczestnictwo w konwencie kultury rodzimej, jako osoba z zewnątrz, przedstawia go z nieco innej perspektywy niż od tzw. kuchni. Udało mi się przeprowadzić rozmowę z jednym z organizatorów, Marcinem Patelą, o wydarzeniu od strony wewnętrznej, która zajmuje się nim już czwarty rok z rzędu. Pragnęłam poznać historię, inspirację, a także usłyszeć intymne słowo o SLAVNI od osoby zżytej z festiwalem, jak i samą ekipą przygotowawczą.
Tak więc na początku chciałam zapytać o samo stworzenie konwentu. Jak narodził się pomysł? Czy stoi za nim jakaś inspiracja lub historia?
– Stworzenie to był zupełny przypadek. To była taka burza mózgów pomiędzy mną a Karoliną i Szymonem. Wszystko zaczynało się rozkręcać kilka lat temu. Chcieliśmy zrobić takie spotkanie z literaturą i zaprosić dosłownie kilku autorów powieści, które zaczęły wtedy być traktowane jako takie zbliżone do literatury słowiańskiej. Wpadliśmy na pomysł i zaczęliśmy szukać miejsca, gdzie można by to zrobić. No i pierwszym pomysłem było zrobienie tego w takim klimatycznym miejscu. Padło na skansen w Chorzowie. Pojechaliśmy porozmawiać i skansen wyraził się bardzo pozytywnie na temat naszego pomysłu. Jednak pierwsza edycja była takim powąchaniem się. Mieliśmy zarysowany kształt wydarzenia na zasadzie „chcemy zaprosić autorów i zrobić z nimi spotkania”, ale pomyśleliśmy, aby może troszeczkę przybliżyć dawne rękodzieło. Tak więc pojawiła się część warsztatów. Później myśleliśmy, by nawiązać coś do historii i samej mitologii słowiańskiej, historii regionu oraz naszego kraju. I zaczęliśmy zapraszać też osoby, które są powiązane właśnie z pracą naukową, archeologią, kulturoznawstwem. No i chcąc, nie chcąc nam się to rozwinęło, tak jak się rozwinęło.
O widzisz, twoja wypowiedź idealnie połączyła mi się z drugim pytaniem. Zaczepiłeś o Chorzów – dla mnie jest to dość typowe a nietypowe miejsce na konwent. Często spotykam się z tym, że duże wydarzenia jak na przykład „Pyrkon” lub mniejsze mają tendencję dziania się w przestrzeni zamkniętej. Dlatego ciekawi mnie skąd ten skansen w Chorzowie?
– Nie mieliśmy nigdy, nie mamy i nie będziemy mieli ambicji żeby być wielkości czegoś takiego jak „Pyrkon”, bo to już jest przesada. Nie, my nie chcemy być dużym wydarzeniem. Chcemy być intensywnym.
Czy stoi za tym jakaś przeszłość? Na przykład pojechaliście tam i od razu to miejsce się spodobało, albo kiedyś w przeszłości już tam byłeś i pomyślałeś, że super byłoby wrócić do tego miejsca i połączyć to z konwentem?
– Akurat padło na Chorzów, dlatego że ja wcześniej bywałem tam kilka razy. Miejsce bardzo mi się spodobało i stwierdziliśmy, że po pierwsze – mają scenę. Niedużą, ale mają. Po drugie, mamy tam blisko, bo z Dąbrowy Górniczej do Chorzowa w weekend to jest piętnaście minut jazdy samochodem drogą szybkiego ruchu. Więc nawet podjechać i coś tam sprawdzić, to jest moment. Kolejna sprawa, to że zarząd skansenu powitał nas bardzo miło. I my wcześniej jako iSAP współpracowaliśmy z Chorzowem. Robiliśmy im podcasty i to już był taki zaczątek dobrej rozmowy. No i jak już przedstawiliśmy im plan, projekt wydarzenia to stwierdzili, że jeśli tylko im nie skopcimy tego lokalu no to spoko, możemy wbijać. I czy to nie jest zamknięte? Jest zamknięte, bo z jednej strony konwent jest bezpłatny, a z drugiej to teren Muzeum, więc wejście na teren jest biletowane. My chcieliśmy połączyć atrakcje tego, że ktoś przychodzi na konwent zwiedziony słowiańskością z tym, co jest istotne w całej powieści o słowiańskości. Czyli nawet taka niedaleka historia. Bo słowiańskość to nie jest tylko to, co było tysiąc, pięćset lat temu, tylko to trwa do współczesności włącznie. I całość naszego terenu tutaj, którymi są zabytkowe chałupy, jest powiązana ze słowiańskością. To się też dobrze splotło i myślę, że i dobrze uzupełnia. A jest to też takie miejsce, że w wielu chatach, izbach można prowadzić zajęcia. Są chaty, które mają dwa pomieszczenia albo nawet cztery, gdzie można prowadzić spotkania nie pod chmurką. I tak je rozmieszczamy. Plus, tak jak mówię, przeważyła ta scena i wielka przestrzeń łąki, jaką mamy do dyspozycji.
,Co tym konwentem chcecie dać ludziom? Co chcecie przekazać festiwalem przyjezdnym?
– My chcemy pokazać to, o czym mówiłem wcześniej, że słowiańskość to nie jest tylko i wyłącznie odległa historia, ale coś, co trwa do tej pory. Dlatego połączyliśmy spotkania z historykami i pracownikami naukowymi, z beletrystyką czy literaturą popularną. Chcemy przekazać, że tak naprawdę słowiańskość jest wśród nas cały czas obecna. Nie tyle sama słowiańskość jako odwoływanie się do dawnej religii, bo tak też wielu może ją postrzegać. To nie jest konwent rodzimowierczy, a rodzimy. To jest ogromna różnica, a to niestety czasami ludzie mylą. I warto jest zastanowić się nad tym, co tak naprawdę zostało w całej naszej kulturze. Jak nasza kultura Europy Środkowej została ukształtowana, ponieważ tak naprawdę docelowo nasz konwent miał obejmować zarówno wpływy kultur germańskiej, nordyckiej i słowiańskiej. Ta kultura słowiańska nie narodziła się sama. Ona powstała jako mieszanina tego wszystkiego w tyglu Europy Środkowej. Zaczerpnęliśmy wiele rzeczy od różnych innych kultur, co zresztą ma miejsce cały czas. Każda kultura czerpie jakieś rzeczy z innych, dostosowując się do siebie. I myślę, że to jest takim uniwersalnym narzędziem do przekazania wiedzy naukowej od na przykład archeologów, pracowników Uniwersytetu Śląskiego z wydziału filologii słowiańskiej. Chcieliśmy to zgrabnie połączyć. Myślę, że nam się to po części udało. Chociaż tak jak mówię – brakuje nam jeszcze ludzi od strony wschodniej, których też chcielibyśmy dołączyć, czyli Białoruś, Ukraina. Bo tak naprawdę, przynajmniej u nas na naszym terenie Zagłębi Śląsk, też bardzo duże wpływy miały wschodnie akcenty kultury. Świetną odpowiedź dała koleżanka Ania Stasiak w książce, opisując wszystkie wpływy słowiańskie na obrzędowość i święta, które mamy w ciągu roku. To jest niesamowite opracowanie. I to jest taka kwintesencja tego, co chcemy pokazać, czyli tak naprawdę jak to się wszystko kształtowało.
Jaki jest twój ulubiony element tematyki słowiańskiej? Czy są to jakieś bóstwa, postaci boskie, folklor, zwyczaje? Co w tym najbardziej ciebie interesuje?
– Najbardziej lubię, bo chcąc nie chcąc dużo tych książek czytam, kiedy w momencie czytania książki, która jest totalną fantazją autora, odnajdujesz w niej elementy realne do odnajdywania nawet teraz w wycieczce poza miasto. Ten ktoś napracował się nad tym, aby połączyć historię i istniejące miejsca z własną fabułą. To jest niesamowite, bo później możesz tam podejść, zobaczyć, dotknąć tego. Autor opisuje to słowami swojej wyobraźni w taki sposób, że łączy historię z fikcją i to trafia do mniej najbardziej, na przykład umieszcza akcję w roku tysięcznym czy jeszcze przed początkiem budowania państwa polskiego. Jeszcze jak w to jest wpleciona mitologia słowiańska, ale w miarę sprawnie, no to to jest to, co lubię. W tym temacie mogę polecić kilka takich książek, które są moim zdaniem absolutnym majstersztykiem. I to jest „Swar” Ani Sokalskiej, już zostało okrzyknięte polską „Grą o Tron”. Po prostu Ania zrobiła niesamowity research historyczny do książki. Naprawdę nakopała się w źródłach. Do tego Aleksandra Seliga. Ola bardzo dokładnie opisywała w swojej trylogii nawet drogę z punktu x do y, tak jak to ma miejsce w rzeczywistości. Jeśli bohaterka przemierzała tam trasę w ciągu czterech godzin, no to fizycznie ta trasa jest do przejścia w cztery godziny. I to są realnie istniejące miejsca. Lubię też takie easter eggi. Jak mam na przykład książkę Moniki Maciewicz, która kończy się sceną zasypania jaskini, to ta jaskinia istnieje. Ta dziura została odkryta kilka lat temu i ona nawiązała do niej, umieszczając ją dokładnie w tym miejscu, gdzie ona jest. Ale opisaną o wiele setek lat wcześniej. Ja osobiście nie lubię książek, które są totalnym miszmaszem wysypu wszelkich bóstw słowiańskich czy stworzy, czyli tego co biegało po lesie, łące. Dla mnie też takim stworzem nie musi być główny bohater, może to być postać poboczna, ale umiejętnie wpleciona w akcję. Mistrzowsko zrobiła to Kasia Miszczuk w całej swojej serii opowieści „Kwiat Paproci”, gdzie jedną z bohaterek pobocznych była Południca. A poza literaturą, to najbardziej pociągają mnie właśnie w tej najstarszej historii odniesienia do tego, co obecnie ludzie obchodzą typu święta Wielkiej Nocy. To tak naprawdę lwia część tych wszystkich obrzędów, rzecz zaczerpnięta z pogaństwa, starosłowiańskich obrzędów. Taka jest prawda i jeśli teraz przeciętnemu mieszkańcowi naszego kraju powiesz, że malujesz jajka na święta i to symbol pogański, to powiedzą „nie prawda”. No i to trzeba wytłumaczyć. To jest właśnie opisane w książce Ani.
Czy na przestrzeni ostatniego czasu organizowania SLAVNI zauważyliście znaczny wzrost zainteresowania tematyką słowiańską? Czy myślicie, że jest to proces, który trwa i najprawdopodobniej będzie trwał dalej?
– Powiem tak, po pierwsze – zaczęło się to wszystko od książek Marty Krajewskiej. Są uznawane za jedne z pierwszych, które zaczęły wprowadzać informacje odnośnie słowiańskości. Ale później, po premierze książki „Szeptucha” Kasi Miszczukowej, nagle nastąpił boom. Wystartowaliśmy z konwentem SLAVNI w momencie, kiedy już tych powieści było dużo, bo chcieliśmy ukierunkować ludzi na konkretnych nie tyle pisarzy, co ścieżkę wyboru.
Ładnie to wcześniej ująłeś, że jesteście wydarzeniem intensywny. Czy zauważyliście większy wzrost zainteresowania wami jako konwentem? Czy chcielibyście pójść na nieco większą skalę, czy jednak zachować ten taki klimat bliskości?
– Mi się wydaje, że każdy konwent ma swoja bańkę. I my mamy tą swoją słowiańską. Na pewno nie przyjdą do nas ludzie, którzy nie są tym zainteresowani, bo na przykład lubią kryminały. Chociaż Puzyńska napisała słowiański kryminał i to wybitnie. Mamy przecież ludzi, którzy przychodzą wyłącznie po to by pooglądać sobie stroje ludowe czy posłuchać muzyki, bo też mamy koncerty, ale raczej folkowe. Ale mamy naszą banieczkę. W ramach pierwszej imprezy szukaliśmy jakichś patronów medialnych, którzy by to nagłośnili. Zwróciliśmy się do naszych zaprzyjaźnionych patronów na przykład Wiktorii Korzeniewskiej, Hani Doli czy Kasandry Lipińskiej. Bardzo nam pomogły, ściągając swoich ludzi, ponieważ wiesz – teraz w necie jest wszystko i nic. A przebić się z własnym wydarzeniem jest naprawdę ciężko. Więc kto o nas słyszał i kto miał ochotę przyjechać tutaj na Śląsk, na imprezę, to docierał. To już będzie czwarta edycja i tak naprawdę, to pomiędzy pierwszą a drugą był największy wzrost odwiedzających. Potem delikatnie rósł, ponieważ z jednej strony my rozszerzamy ofertę, a z drugiej ludzie zaczynają przyjeżdżać na przykład z całymi rodzinami. W tym skansenie można przyjść rano, pochodzić między straganami, iść coś zjeść, iść na łąkę i odciąć się od ludzi, poleżeć sobie w trawie, odpocząć w słoneczku. Potem wrócić na konwent, iść na wykład. Także sam pomysł zrobienia tego w skansenie był strzałem w dziesiątkę. Nie musisz być cały czas w środku tego tornada. Jeżeli ktoś się przebodźcuje, może odejść na bok i odpocząć. Chcesz być intensywnie uczestniczącą osobą, proszę bardzo – rzucaj się w wir i szalej. Także wydaje mi się, że tych ludzi naprawdę przybywa. Też zależy od pogody, to jest niestety na zewnątrz. Jak nam będzie lało, odpukać, no to tych ludzi może być mniej. Ja byłem zaskoczony na drugiej edycji, kiedy kolejka do wejścia była po prostu ogromna.
Czy osoby, które uczestniczyły w tym wydarzeniu – nieważne czy to do ciebie, czy do kogoś z ekipy – dzieliły się z wami przeżyciami? Czy takie sytuacje się zdarzały, czy na razie, tak jak powiedziałeś, macie taką bańkę osób, które rzeczywiście są wierne konwentowi?
– Z tego co wiem, to bardzo dużo osób po odwiedzeniu nas dzieli się opiniami. Jeśli są negatywne, to raczej pod kątem „ojej, za mało było miejsc, gdzie można coś zjeść”. Nie znalazłem nigdy takich, które by uderzały w sam konwent. My też staramy się pracować od początku do końca i ludzie, którzy u nas uczestniczą później wracają. Polecają też znajomym. Pomijam osoby na przykład przychodzące zobaczyć jak jest, nakręcić krótki filmik i puścić go dalej. A nasza banieczka cały czas puchnie i rośnie, co nas niezmiernie cieszy. Ale tak jak mówiłem – też nie chcielibyśmy być dużym konwentem, dlatego że jesteśmy raczej nastawieni na taką ilość, jaką jesteśmy w stanie przerobić, jak to się mówi.
Zapewne są jakieś ograniczenia.
– Wiadomo, że jeśli nasi zaproszeni goście, autorzy, wydawnictwa, czy prelegenci naukowi są w stanie przeprowadzić dwa spotkania dziennie, to też ich czas jest ograniczony. Miejsce w skansenie też jest ograniczone. My mamy do dyspozycji trzy chałupy i jeden spichlerz, i tylko w nim jest możliwość użytkowania rzutnika, prowadzenia prelekcji z pokazem. Reszta jest spotkaniami na zasadzie warsztatowej albo rozmowy. Co też jest fajne, ponieważ przekazywanie słowem daje dużo. Bo ludzie nie muszą zobaczyć czegoś, żeby sobie to wyobrazić. I też staramy się korzystać z innych możliwości form przekazu typu rozmowy. Mamy bardzo ciekawe spotkania z autorami. Stwierdziliśmy, że nie chcemy wystawiać autora na zasadzie pytanie-odpowiedź, przepytując go. Robimy spotkania przy ognisku, gdzie można usiąść. Rozpalamy ogień, który jest zresztą symbolem naszego konwentu, i tam autor siada sobie na ławie, naprzeciwko ma swoich fanów, czytelników, no i rozmawiaj z nimi. Odpowiadaj na pytania. Na początku ci autorzy byli lekko wycofani, nie wiedzieli jak to ugryźć, ale po chwili naprawdę się to rozkręciło. I teraz dużo osób sobie to chwali, ten bezpośredni kontakt czytającego ze swoim autorem, i odwrotnie. Autor może szybko uzyskać feedback na trapiące go problemy czy pomysły i takie rozwiązanie jest fajne.
To prawda, ta formuła spotkań dobrze prezentuje się w programie, który swoją drogą jest bardzo różnorodny.
– Nie chcemy mieć liniowego programu na zasadzie punkt pierwszy taki a taki, punkt drugi taki a taki, a teraz ustawiamy się w ogonek i idziemy pod scenę. Nie. Równocześnie odbywa się u nas kilka rzeczy w kilku lokalizacjach. Można iść na robienie motanek do Hani Doli, ale w tym samym czasie można wysłuchać wykładu naukowego. Komuś się nie podoba wykład naukowy ani motanki, może iść na spotkanie autorskie przy ognisku. Nie podoba mu się to? Może iść pod scenę posłuchać sobie muzyki. To mu się nie podoba? Może przejść do osady nordyckiej, gdzie zaprzyjaźniona grupa Utgard naprawdę robi świetne rzeczy. Na przykład można albo pleść koszyczek z wikliny, albo zrobić świeczkę metodą maczania w roztopionym wosku. Zrobić sobie koraliki ze szkła w piecu w temperaturze około tysiąca stopni, pooglądać walki wojów, podejść na stoisko łucznicze i postrzelać z łuku czy poprzyglądać się, jak trwa turniej. Po prostu wszystko dzieje się jednocześnie, a jedna rzecz nie przeszkadza drugiej.
Przechodząc do ostatniego pytania, jednakże zostawiając je jako pole otwarte do refleksji i dzielenia się myślami. Skąd czerpiesz przyjemność w organizowaniu tego festiwalu? Czy jest to klimat? Ludzie, z którymi pracujesz?
– Po pierwsze, to jest wydarzenie, które jest dla nas non-profit. My staramy się je domknąć tak, aby wyjść na zero. My, typu organizatorzy, czyli Słowiańska Agencja Prasowa, naprawdę nie mamy ani grosza. Fajnie jest, jak ktoś się do niego dokłada, a co z tego mamy? Mamy niesamowitego kopa energii, możliwość spotkania się z ludźmi, którzy tak naprawdę są porozrzucani po całej Polsce i specjalnie robią sobie wolne, by przyjechać do nas. To są naprawdę świetni ludzie. I ja, razem z Karoliną Lisek, jak przyjeżdżamy, czujemy napięcie w związku z konwentem. Czy wszystko jest w porządku, troszkę nerwów i dużo pracy – no bo trzeba jechać dzień wcześniej i dopilnować wszystkiego. Mamy wolontariuszy, prawda, którzy chcą coś dla nas zrobić i dobrze by było, gdyby ten wolontariusz też coś miał z takiego konwentu poza samą pomocą. Więc jeżeli wolontariusze chcą uczestniczyć w jakichkolwiek aktywnościach powiązanych z konwentem, proszę bardzo. Mogą uczestniczyć. Wiadomo, że nie może nam zniknąć na cały dzień. No bo przestaje być wolontariuszem. A to, co mam, to naprawdę ogromna przyjemność tego, że spotkam kilkunastu moich ulubionych autorów. Porozmawiam sobie z nimi zupełnie prywatnie, powymieniamy się opiniami. Ja też cenię sobie to, że jeżeli wymieniam się zdaniem na temat książki z danym autorem, to mogę powiedzieć swoją opinię na zasadzie „słuchaj, to mi nie leżało, to mi się nie spodobało”. A on mówi „ah, wiem, bo tego nie przemyślałem” albo czasem słyszę „ale wiesz, to jest nawiązanie do tego…” i jest tłumaczenie. Nagle łapiesz, że aha – nawiązał do czegoś, o czym nie miałem pojęcia i teraz układa się to w całość. Plus, takie spotkania dają to, że wiadomo – ploty-ploteczki i na przykład dowiadujesz się, że będzie, strzelam, nowa antologia w wydawnictwie XYZ. Chyba takie nie istnieje, co nie? Mam nadzieję. Podczas konwentu na przykład wydawnictwo mówi „szukam autorów, ale takich, aby sięgnęli do korzeni historii, polecisz coś?” I ja mówię „wiesz co, będziesz na konwencie i pogadasz sobie z tą i tą osobą, i zobaczysz co wyjdzie”. I potem naprawdę fajne rzeczy wychodzą. Albo ktoś pyta „a kogo by wziąć na projekt okładki”? Ja wiem, że teraz mnóstwo książek wychodzi z paskudnym AI na okładce, aż gryzie w oczy. A my mamy świetnych ilustratorów, dziewczyny potrafią te ilustracje zrobić. Przecież książka Ani o świętowaniu jest tak pięknie zilustrowana przez Hanię Dolę, że majstersztyk. I to, że ja też często z wieloma uczestnikami konwentu wyjeżdżam albo na turnieje łucznicze, albo na imprezy rekonstrukcyjne albo razem obozujemy. To jest taka wiesz, duża grupa fajnych ludzi, naprawdę pozytywnie zakręconych. Ten konwent to jest też taki reset, odskok od codzienności. Człowiek przychodzi z pracy, zje obiad, ogląda sobie głupoty na rolkach albo czyta coś. A tutaj masz możliwość zrobienia czegoś takiego. Poza tym, to cieszy, że ci ludzie są żywo zainteresowani folklorem. Bo ja pamiętam jak kiedyś, kiedy byłem dzieckiem, a to było już dawno, to takie rzeczy były podporządkowane przez dawne władze kraju PRL-u. Wszelkie folklorystyczne zespoły były podporządkowane jednej słusznej idei – chwalić państwo, chwalić władzę. Wychodziły smutne panie i odśpiewywały w kolorowych strojach jakieś dziwne piosenki na starą nutę. Było to po prostu męczące, nikogo nie porywało – może poza Mazowszem i Śląskiem, gdzie te melodie były specjalnie układane. Ale to były wyjątki. A teraz zobacz jaki jest przekrój zespołów, które powstają czy ewoluują z jakichś innych, sięgając po tę nutę folkową, po teksty. Przecież samej „Lipki” ile jest przeróbek. I to jest właśnie świetne, że to cały czas się rozwija, ewoluuje i przestało być obciachem. Tak jak widzę wiele moich koleżanek, które na co dzień wychodzą na ulice i nie mają żadnego problemu założyć pasiastą spódnicę ludową. I sobie idzie w świat. Wygląda to fajnie, nikt na to nie zwraca uwagi. Może to jest też kwestia tego, że na ulicy można spotkać każdy rodzaj stroju i nikogo to już nie dziwi. No może co niektórych, ale jest to już normalne. Ludzie, chcąc wyrazić siebie w ten sposób, sięgają po elementy folkloru. Mnie się to podoba.

Marcin Patela w lewym górnym rogu, a na środku organizatorzy. To jedynie namiastka ekipy SLAVNI / Źródło: archwium prywatne
Konwent SLAVNI był dla mnie nie tylko czasem do refleksji, odpoczynku wśród natury, ale i szansą na bliższe zapoznanie się z kulturą rodzimą. Było to wydarzenie pełne przekazu, wiedzy oraz sztuki, nasączonych pasją oraz śladami tych, którzy byli tu przed nami. Jednakże bajeczność tego wydarzenia nie istniałaby bez ekipy organizatorskiej, będącej zgraną i zakręconą paczką. Wrze w nich duch wolności i życia, które nie jest zabarwione szarością, lecz pełne radości. Są to ludzie z krwi i kości – autentyczni i „swoi”. Nie wyobrażam sobie, aby ktokolwiek inny zorganizował taki festiwal. Sława!
Aleksandra URBAŃCZYK