Czarownica podła, choć nie parszywa. Recenzja musicalu „Wicked”

Źródło: https://cdn.printerval.com/unsafe/960×960/asset/11561d0c0b010b0c190c111b561b1715574b4d4b4b484b4d49570a57111457191d481b4a1b574b414f4c494840414140571114271e0d1414001e0d1414564b414f4c494840414140270b0000415612081f Opis: Plakat zapowiadający oryginalny musical z 2003 roku na Broadwayu.
Polska adaptacja musicalu „Wicked”, czyli przełożenie broadwayowskiego oryginału z 2003 roku na nasz język, to flagowe dzieło Teatru Muzycznego Roma w Warszawie, którym reklamuje się on od kilku tygodni. Czy jednak spektakl spełnia pokładane w nim nadzieje w kontekście ostatniej fali popularności omawianego dzieła?
Baśniowy świat krainy Oz, wykreowany przez Lymana Franka Bauma i zreinterpretowany przez Gregory’ego Maguire’a, doczekał się wielu adaptacji, które zapisały się w historii popkultury. Na czele ze znakomitym (ale i pełnym kontrowersji) „Czarnoksiężnikiem z Oz” z 1939 roku oraz musicalem Stephena Schwartza z 2003 roku. To właśnie ten drugi, wystawiany na deskach Broadwayu, stał się centrum zainteresowania kulturalnego różnych twórców w ostatnich latach. Najpierw doczekaliśmy się filmów z Arianą Grande, a w końcu za polską adaptację wziął się warszawski teatr Roma z reżyserem Wojciechem Kępczyńskim na czele. Twórcy wykorzystali zatem duży hype wokół całej serii i oryginalnej historii, kreując fantastyczne widowisko przyciągające widzów w każdym wieku. Recenzowany przeze mnie musical jest bowiem absolutnie genialny, choć nie pozbawiony drobnych wad.
Opowieść, o której warto coś powiedzieć
Fabuła „Wicked” za sprawą filmowych adaptacji z 2024 i 2025 roku jest dosyć znana. Stąd pozwolę sobie jedynie wprowadzić kontekst opowieści przedstawionej na deskach teatru, nie skupiając się zbytnio na niuansach historii. Musical opowiada o losach Elfaby (w moim przypadku granej przez Natalię Piotrowską-Paciorek) – dziewczyny, która z uwagi na swój zielony kolor skóry spotyka się z szyderstwami ze strony nie tylko rówieśników, a całego społeczeństwa. Pierwszego dnia na uczelni w wyniku nieporozumienia zostaje przydzielona do pokoju razem z niejaką Galindą (Anna Federowicz) – klasyczną, wręcz disnejowsko przerysowaną kobietą, która uważa się za lepszą od wszystkich ludzi stąpających po ziemi. W ten sposób rozpoczyna się ich wspólna historia przedziwnej przyjaźni, pełna chaosu, kłótni, ale i wzajemnego zrozumienia oraz miłości. W tle majaczy natomiast polityczny spisek Czarodzieja (Tomasz Steciuk), mający daleko idące konsekwencje dla całej krainy Oz.
Fabuła w musicalach (zarówno filmowych, jak i teatralnych) ma to do siebie, że łatwo może stać się zupełnie niepotrzebna czy zejść na dalszy plan. W końcu stereotypowy widz nie przychodzi na pełną zwrotów akcji, skomplikowaną opowieść, a na zapierające dech w piersiach wokale i chwytliwe piosenki. „Wicked” udało się połączyć obie te rzeczy, a przedstawiona historia chwyta za serce jeszcze mocniej niż wersja w filmach z Arianą Grande. Kreacje aktorskie Paciorek oraz Federowicz, choć momentami skrajnie przerysowane, dobrze oddają zawiłe ludzkie relacje i szkolny bullying. To zasługa zarówno samej oryginalnej fabuły – prostej, lecz wrażliwej wobec bohaterów – jak i świetnych kreacji aktorskich. Na marginesie warto napomknąć, że na szczęście twórcy polskiej wersji poszli w stronę wcześniejszych musicalowych adaptacji, a nie trzymali się sztywno tego, co zostało przedstawione w książce. Przeprawa przez dzieło Gregory’ego Maguire’a nie zawsze należy bowiem do najprzyjemniejszych.
Jakie „Wicked” jest, każdy widzi
W dalszym ciągu jest to jednak to samo „Wicked”. Nie brakuje tu więc moralizatorskich monologów, westchnień nad udręczonym społeczeństwem Oz, pełnych patosu dialogów i łopatologicznego, banalnego przekazu o wykluczeniu. Niektóre sceny skutecznie zmuszały mnie do zawieszania niewiary i przymykania oka na niezręczne dialogi. Ten głęboko osadzony egzystencjalny ból nad nazbyt oczywistym morałem znika jednak w momencie, w którym do gry wchodzą główne aktorki. Do tego mamy tu do czynienia z historią w zamyśle stworzoną dla każdego, lecz przede wszystkim – dla młodzieży. Jest to więc nie tyle zarzut, co ostrzeżenie dla osób mających wewnętrzny wstręt do baśniowych moralizatorskich wtrętów.
Spektaklowi udało się połączyć dużą liczbę wątków i pobocznych historii. Oprócz głównych bohaterów mamy tu jeszcze niepełnosprawną siostrę Elfaby, Nessarozę (Joanna Gorzała), fałszywie w niej zakochanego Boqa (Maciej Dybowski) czy ostatnią Gazelę na uniwersytecie, Dra Dillamonda (Przemysław Redkowski). Każda z tych postaci otrzymuje dostatecznie dużo czasu, aby widz mógł zagłębić się w ich historie, co rzuca więcej światła na złożone relacje między bohaterami. W kreacji aktorskiej bryluje jednak szczególnie Katarzyna Walczak w roli Madame Maskudnej, której pazur antagonistycznej magini zarówno zachwyca, jak i przeraża.
Muzyczny popis, scenograficzna bieda
Fabuła fabułą, jednak to muzyka stanowi clue musicalu. Jej ocenę należy podzielić na dwie kategorie: muzyka sama w sobie i jej wykonanie w spektaklu. Ta pierwsza pójdzie raczej sprawnie – kompozycja Stephena Schwartza charakteryzuje się najwyższym możliwym kunsztem, wspieranym tutaj przez znakomity zespół dyrygowany rękami Jakuba Lubowicza. Piosenek jest dużo (a to akurat nie aż tak oczywiste dla wielu współczesnych musicali), wpadają w ucho, a przede wszystkim – ciągną fabułę do przodu, nie będąc tylko tanim zapychaczem przedłużającym udrękę widza (tak, patrzę na ciebie, teatrze Buffo). Zaskakuje także wysoka jakość polskiego przekładu, za który odpowiada Michał Wojnarowski. Choć w kilku miejscach pojawiają się niedokładne tłumaczenia czy niefortunne zwroty, całość reprezentuje bardzo wysoki poziom, co nie jest inherentne dla polskich adaptacji zagranicznych spektakli.
Natomiast kategorię drugą, czyli wykonanie samych utworów, muszę również ocenić skrajnie pozytywnie. Nie wiem, czy ze wszystkich musicali w teatrze Roma, na których miałem okazję się pojawić, to właśnie ten nie znajduje się na szczycie pod kątem poziomu performansu. Natalia Piotrowska-Paciorek ma głos jak dzwon, co pokazywała już w internetowym projekcie studia Accantus, natomiast tutaj wzbija się na wyżyny swoich możliwości. Nie brakuje też wstawek operowych, w których bryluje Federowicz, czy bardziej stonowanych, lecz ciągle szalonych utworów z Fijero (Marcin Franc) w roli głównej. Ten ostatni najgorzej jednak spełnia się w roli stricte aktorskiej, czasami odstając od dwóch wcześniej wymienionych aktorek. Te oprócz poziomu wokalnego świetnie łączą również skomplikowane aranżacje z samą kreacją ich postaci. Mamy więc zabawę głosem, akcentem czy mimiką, dającą pełne wrażeń teatralne doświadczenie.
Całości dopełnia genialna choreografia Agnieszki Brańskiej, którą uzupełniają świecące brokatem kostiumy oraz scenografia. Ta jednak mogłaby być jeszcze lepsza. Znając już jej wysoki poziom w innych spektaklach Romy, uważam, że tutaj twórcy momentami zbyt mocno opierają się na animacjach wyświetlanych na wielkim ekranie z tyłu sceny. Odbiera to spektaklowi nie tylko jego fizyczność i autentyczność, ale również głębię przestrzeni, której przy takim podejściu zwyczajnie brakuje. Są momenty, w których scenografia zachwyca, lecz są i takie, kiedy całkowicie jej brakuje. Da się zrobić dobry musical praktycznie pozbawiony skomplikowanych makiet, co pokazał „Hamilton” czy „Beetlejuice”, jednak w tym przypadku ten aspekt wyraźnie kuleje.
Niższy niż zwykle poziom scenografii nie zmienia jednak w żaden sposób ogólnej oceny całego musicalu. „Wicked” jest znakomite w tym, czym miało być od początku – byciu prostą historią z prostymi bohaterami i prostym morałem. Nie wiem, czy powinien go zobaczyć każdy; nie wiem, czy jest lepszy, czy gorszy od oryginału lub filmowych adaptacji. Na pewno jednak okazał się widowiskiem o wiele bardziej zachwycającym, niż zakładałem przed wejściem na salę. Teatr Roma pokazał po raz kolejny, że kiedy przychodzi im tworzyć rodzime wersje zagranicznych hitów, nie zawodzi – a potrafi nawet dodać coś od siebie.
Jacek ADAMCZAK