Superbohaterowie już nie tacy super?

Spora część superbohaterów zyskała rzesze oddanych fanów za sprawą ekranizacji komiksów / Grafika: Szymon Filipiak

W popkulturowych dyskusjach często można napotkać tezy, jakoby kino – czy w ogóle kultura superbohaterów – w XXI wieku upadało. Czasem zwolennicy tego stwierdzenia starają się sprawę niuansować, czasem rzucają w eter bez większego namysłu. W związku z tym warto przyjrzeć się faktycznemu stanowi superbohaterskiego mainstreamu na 2026 rok i temu, w jaką stronę wydaje się on zmierzać.

Istniejące już niemal od zarania dziejów komiksy nigdy raczej nie upadną, pozostając w sercach wiernych czytelników do końca świata i jeszcze dłużej. Jednak nie ma co ukrywać, że nie one przyczyniły się do dominacji stworzonego przez siebie gatunku. Absolutny szczyt popularności kina oraz kultury superbohaterskiej jako takiej przypadł bowiem na lata 2018–2019. To właśnie wtedy na srebrnym ekranie ukazywały się kolejno „Avengers: Wojna bez granic”, „Avengers: Koniec gry” oraz „Spider–Man: Daleko od domu”. Wszystkie trzy filmy stały się królami box office’u, wszystkie trzy przyniosły niebywałe wręcz zyski i wszystkie trzy wyszły ze stajni Marvela. Drugie wymienione dzieło rywalizowało też z pierwszym „Avatarem” Camerona o tytuł najbardziej dochodowego filmu wszechczasów. Ostatecznie dalej wygrywa blockbusterowa wersja „Pocahontas”, jednak produkcja braci Russo zajmuje dumną drugą pozycję z prawie trzema miliardami dolarów przychodu.

Ta seria trzech filmów, wcześniej poprzedzona równie kultowym „Zimowym żołnierzem” oraz „Wojną bohaterów”, stała się popkulturowym zjawiskiem wcześniej niespotykanym w kinie. Choć doświadczyliśmy już sukcesów innych serii, takich jak „Gwiezdne Wojny” czy „Władca Pierścieni”, Marvel dokonał rzeczy niespotykanej – zawładnął kinem na dekadę, kończąc tę dominację godnym przytupem. „Koniec gry” zwieńczył budowaną przez 11 lat markę, dając widzom audiowizualne widowisko, którego wcześniej świat nie widział. Słynna scena powrotu bohaterów w 3. akcie filmu już zapisała się w historii nie tylko kina, ale kultury w ogóle. Za to słowa „I am Iron Man” zostały wyryte w żelazie, z którego Tony Stark wykuł swoją zbroję.

Marvel wykłada cykl koniunkturalny 

Na świecie musi jednak istnieć równowaga, więc i dominacja Marvela nie mogła trwać wiecznie. 11 lat to i tak prawdopodobnie znacznie dłużej, niż sądził ktokolwiek w zarządzie Disneya. Szybko więc okazało się, że zakończenie trzeciej fazy MCU (Marvel Cinematic Universe) i płynne przejście do jej czwartej odsłony to o wiele trudniejsze zadanie, niż mogło się z początku zdawać. Od 2021 roku dostaliśmy aż 25 nowych dzieł z tego uniwersum (w tym 10 filmów) oraz kilka kontynuacji już istniejących seriali, na czele z „Daredevilem”. Faktyczny sukces osiągnęły jednak zaledwie trzy – „Doctor Strange: W multiwersum obłędu”, „Spider–Man: Bez drogi do domu” oraz „Deadpool & Wolverine”, zarabiając łącznie około cztery miliardy dolarów. Umiarkowane zyski uzyskały także „Strażnicy Galaktyki 3”, „Thunderbolts”, „Loki” oraz nowa „Fantastyczna Czwórka”. Za artystycznie udane, jednak nie mogące pochwalić się takimi wynikami finansowymi, można uznać jeszcze „Czarną Wdowę” i „Hawkeye’a” z 2021 czy „Tajną inwazję” z 2023 roku. Mimo to wszystkim powyższym utworom nadal daleko do sukcesu największych poprzedników, a nawet i niektórych dzieł z pierwszej oraz drugiej fazy MCU.

Obok dobrych utworów, po 2019 roku Marvel wypuścił również te zdecydowanie mniej udane. Finansowe porażki w postaci „Eternalsów” (tylko 400 milionów przychodu), „Marvels” (zaledwie 200 milionów) czy jakościowe niewypały pokroju „Czarnej Pantery: Wakanda w moim sercu” idealnie wpasowały się w ogólną przeciętność całego disneyowskiego kina superbohaterskiego. Do tej samej kategorii należą też najnowszy „Doctor Strange” czy „Thor: Miłość i grom”. Wcześniej Marvel co rusz przekraczał kolejne nasze oczekiwania wobec spektaklu, którego możemy doświadczyć na srebrnym ekranie. Od 2021 roku zaś uporczywie próbował, czy próbuje, przekonać swoich widzów, że z pysznego ciasta zostało coś więcej, niż tylko suchy karton.

Powodów takiego spadku poziomu produkcji Marvela jest co najmniej kilka. Za pierwszy i bodaj najważniejszy zdecydowanie można uznać wręcz masową produkcję filmów. Wyżej wspomniane 10 utworów na przestrzeni czterech lat to wynik w historii niespotykany, a przez, to siłą rzeczy, poziom kolejnych dzieł nie mógł być tak wysoki, jak tworzony stosunkowo dłużej film „Avengers”. Fani krytykowali nie tylko rażące w oczy CGI, które nie dorównywało w żadnym stopniu poprzednim filmom, ale również niedostatki scenariuszowe i reżyserskie. Marvel bowiem zdecydował się na zatrudnianie osób z bardzo małym, a czasem nawet zerowym doświadczeniem na kluczowe stanowiska, aby w domyśle mieć nad nimi większą kontrolę artystyczną. Często kończyło się to porażką. W końcu, jeśli za scenariusz „Eternalsów” – w teorii jedno z ważniejszych dzieł nowej fazy MCU – biorą się absolutni debiutanci w postaci Ryana Firpo i Patricka Burleigha, nawet reżyserska figura Chloe Zhao takiego projektu nie uratuje.

Drugim problemem jest ogólny chaos w uniwersum. Marvel od dawna mierzył się z bardzo wysokim progiem wejścia do swojego świata. Aby w pełni cieszyć się doświadczeniem oferowanym przez „Avengers: Koniec gry”, widz musiał zobaczyć aż 21 filmów. Już wtedy sprawiało to niemałe kłopoty, a teraz, gdy liczba ta powiększyła się jeszcze bardziej, wymagania stawiane przed odbiorcą stają się absurdalnie wysokie.

Ilość tekstów kinowych to jedno, ale dochodzi też kwestia seriali. Szczególnie po zakończeniu trzeciej fazy MCU, Marvel mocno zainwestował w tę gałąź, oczekując od widza zakupu platformy streamingowej Disneya, aby móc dalej orientować się w rozwoju serii. Szkopuł w tym, że wraz z taką decyzją orientacja w uniwersum wymaga już co najmniej doktoratu z logistyki, albo przynajmniej bardzo dużej ilości wolnego czasu. Światoopowieści i rozbudowane uniwersa są łakomym kąskiem dla studiów, jednak w przeciwieństwie do na przykład„Gwiezdnych Wojen”, gdzie filmy stoją na własnych nogach, a pozostałe teksty co najwyżej do nich nawiązują, Marvel opowiada ciągnącą się w nieskończoność historię, by całość spiąć w kolejnej odsłonie „Avengers”. W rzeczywistości więc nie ma czegoś takiego jak wybór – albo ogląda się wszystko, albo pewna część wątków staje się niezrozumiała.

Należy też wspomnieć o tym, jak zdarzenia niezależne w pełni od samego Disneya przeszkadzają w budowie uporządkowanej fabuły. W filmie „Ant–Man i Osa: Kwantomania” zaprezentowano w całej okazałości nowego antagonistę czwartej fazy MCU w postaci Kanga Zdobywcy. W roli podróżnika w czasie obsadzono jednak Jonathana Majorsa, który w grudniu 2023 roku został uznany winnym napaści i nękania swojej byłej partnerki. Doprowadziło to do zwolnienia aktora, a w konsekwencji – zmian w uniwersum. Jak widać nawet w sytuacji, gdy Marvel próbuje ułożyć swoją historię w spójną całość, los nieustannie rzuca twórcom kłody pod nogi.

Ostatnim problemem jest rzecz jasna odejście (i rychły powrót) starej gwardii aktorów. Chris Evans i Robert Downey Jr. doczekali się z pozoru pięknego zwieńczenia ich przygody z superbohaterskim kinem wraz z „Końcem gry”, jednak ich pożegnanie wiązało się też z trudną próbą zastąpienia legendarnych postaci. W przypadku pierwszego aktora, Anthony Mackie okazał się być przeciętnym spadkobiercą tarczy Kapitana Ameryki w przeciętnym filmie o tym bohaterze, nie dając fanom powodów by stwierdzić, że jest to godny następca Evansa. Natomiast Downey Jr., choć świetnie odnalazł się w drugoplanowej roli „Oppenheimera” i wydawało się, że na zawsze kończy z gatunkiem superhero, ostatecznie został zaprezentowany jako nowy Dr. Doom w 2024 roku.

Wraz z nim zresztą za sterami kolejnych „Avengersów” na nowo zasiedli bracia Russo,mimo tego, że ich solowa kariera po odejściu z Marvela nie miała zbyt wielu dobrych momentów. Kulminacją ich nieudanej przygody była tragiczna porażka w postaci „The Electric State”. Polityka budowania kolejnych serii na podstawie sławnych twarzy ruszyła w Disneyu pełną parą, bowiem równolegle z ogłoszeniem powrotu Downeya, do MCU oficjalnie dołączył Ryan Reynolds jako Deadpool, Pedro Pascal jako Mr. Fantastic jak również… Chris Evans. Także i on pojawi się w „Doomsday” w grudniu tego roku, choć cały świat zastanawia się jeszcze, w jakiej dokładnie roli.

Taktyka Marvela, choć przynosząca również rozczarowania czy finansowe klapy, wydaje się teraz skuteczna z perspektywy studia. Hype jest całkiem spory, o samym uniwersum mówi się bardzo dużo, dyskusje między fanami ożywają, a grudniowa premiera wydaje się zapowiadać jako wielki sukces, niezależnie od ostatecznego poziomu finalnego dzieła. Na pewno pomogło w tym odbicie się od dna twórców za sprawą „Thunderbolts” oraz „Fantastycznej Czwórki”, które zostały zgodnie uznane za naprawdę niezłe filmy. Należy też pamiętać, że nie weszliśmy jeszcze w fazę najbardziej intensywnej kampanii marketingowej.

Nadal jednak ciężko powiedzieć, czy powolny wzrost Marvela po jego krachu spowodowany jest faktycznie rosnącą jakością kolejnych filmów, czy może powrotem starych twarzy. Można spokojnie założyć, że bardzo dużo osób pójdzie na „Doomsday” głównie z powodu chęci ponownego ujrzenia na wielkim ekranie Roberta Downeya Jr. i Chrisa Evansa – tak samo jak „Deadpool & Wolverine” przyciągnął widzów Hugh Jackmanem. Można mieć też wątpliwości co do ostatecznych wyników finansowych nowych „Avengersów” z uwagi na premierę trzeciej części „Diuny” Villeneuve’a w ten sam dzień – 18 grudnia 2026. Cała sytuacja między Disneyem a Warnerem wydaje się napiętą ciszą, w której obie strony czekają na to, kto pierwszy zdecyduje się na przełożenie daty. Byłoby to przyznaniem się do porażki, a wielki zegar odliczający czas do premiery „Doomsday” na stronie twórców sugeruje, że raczej do tego nie dojdzie.

Pozorny upadek Marvela, który na lata zmonopolizował kino superbohaterskie, nie bez powodu na pewien czas ukrócił kolejne hity o tej tematyce. Jak w każdej sferze – ekonomicznej, społecznej czy kulturalnej – po wielkich sukcesach musi przyjść wielki niż, i tak też stało się po 2019 roku. Superherosi faktycznie stracili nieco animuszu, jednak twierdzenie, że pozbyli się go całkowicie, jest raczej dużą nadinterpretacją. Patrząc bowiem na to, że większość dzieł z lat 2021–2025 wciąż na siebie zarabiała, zbierając przed ekranami sporą liczbę widzów, a na horyzoncie świeci jeden z największych filmów bieżącego roku, wieszczenie upadku tej kultury wydaje się być przepowiednią na wyrost. Tym bardziej, że Marvel – choć monopolista – nie jest na rynku sam.

Bohaterowie DC w cieniu Marvela / Grafika: Szymon Filipiak

DC – brat marnotrawny

Nie można zapomnieć o firmie, która istnieje na rynku komiksów dłużej niż sam Marvel, a także przez lata była od niego popularniejsza. Mowa oczywiście o DC. Marnotrawny brat swojego największego konkurenta z całych sił starał się wejść do kinowego mainstreamu, co jednak w większości kończyło się twardym zderzeniem z rzeczywistością. W przeciwieństwie bowiem do Marvela, DC nigdy nie udało się stworzyć na srebrnym ekranie uniwersum, które mogłoby przynajmniej konkurować z „Avengersami”. Żmudny proces rozpoczęty w 2013 przez „Człowieka ze stali” do tej pory nie może doczekać się godnego zwieńczenia, ciągle będąc restartowanym i redkanowanym.

Na przestrzeni dekady na palcach jednej ręki można policzyć filmy, które mogłyby zostać nazwane sukcesem. Około 700 milionów dolarów zarobił otwierający film Zacka Snydera o przygodach Supermana, jednak dalej dopiero „Aquaman” Jamesa Wana w 2018 roku faktycznie przyniósł w miarę przyzwoite wyniki finansowe. Nie najgorzej oceniany był również mający premierę rok później „Shazam!” oraz „Flash”.

Filmy DC nigdy nie dorównywały popularnością Marvelowi, gdyż nie stworzyły wokół siebie takiej rozpoznawalności. Mimo posiadania w swoim arsenale tak kultowych bohaterów jak Superman, Batman, Wonder Woman czy również antagonistów, z Jokerem i Lexem Luthorem na czele, to herosi Marvela stali się nowymi wzorcami XXI wieku. DC musiało karmić się ochłapami z box office’u, starając się przygarnąć do siebie jakichkolwiek głodnych kina superbohaterskiego widzów. Kłopot leżał w tym, że ci widzowie musieli być bardzo zdesperowani, ponieważ rzadko kiedy okazywały się to być widowiska jakościowe.

Jednak właśnie wtedy, gdy jakościowego kina superbohaterskiego brakowało najmocniej, DC przyszło z nowym otwarciem dla siebie i całego omawianego tutaj zjawiska. W listopadzie 2022 roku za sterami znowu zrestartowanego kinowego uniwersum zasiedli James Gunn oraz Peter Safran. Ten pierwszy wcześniej dał się poznać za sprawą trylogii „Strażników Galaktyki”, będąc raczej powszechnie lubianym reżyserem wśród fanów gatunku. Studio oraz widzowie obdarzyli jego przyjście bardzo dużym zaufaniem, ale przede wszystkim nadzieją na to, że tym razem uda się wykorzystać słabnącą pozycję Marvela i dać bohaterom DC godne miejsce w mainstreamie.

Pierwsze produkcje w postaci „Flasha”, „Blue Beetle” oraz sequela „Aquamana” stanowiły jeszcze kontynuację dotychczas budowanego świata. Okazały się też dość przeciętne – albo pod względem finansowym, albo jakościowym. „Superman” z kolei, reżyserowany przez Gunna, przyniósł restart ekranowego uniwersum. Za sprawą jego premiery w 2025 roku, superbohaterowie ponownie okazali się być mile widziani na srebrnym ekranie. Ponad 600 milionów dolarów profitu to wynik bardzo dobry, nawet mimo faktu, że za filmem stała znana widzom tego typu kina twarz.

„Superman” był niemal powrotem do oryginalnej wersji tej postaci z komiksów. Nieco naiwny bohater pozbawiony został mroku, którym dość wyraźnie podlał go Zack Snyder na początku powstawania DCU, co sprawiło, że jest to bodaj najbardziej ckliwy i infantylny film superbohaterski od lat (a może i w historii). Właśnie za to spotkał się też z umiarkowaną krytyką ze strony niektórych widzów. Ostatecznie jednak przygody Clarka Kenta pokazały, że ludzie dalej pragną takiego kina, zwłaszcza jeśli za jego sterami stanął James Gunn.

Mimo wszystko ciężko stwierdzić, czy sukces „Supermana” jest jakimś większym prognostykiem na przyszłość tego gatunku. Nadal był to sukces umiarkowany, a zakulisowe doniesienia mówią o finansowym rozczarowaniu Warnera, choć są to informacje niepotwierdzone. Przede wszystkim jednak, Clark Kent to ikona całej superbohaterskiej kultury, postać kultowa i powszechnie znana, której popularność teraz wspierał jeszcze autor wybitnych w superbohaterskim mainstreamie „Strażników Galaktyki”. Na ile jest to więc sukces jakościowego kina o wielkich herosach w lateksowych kostiumach, a na ile kwestia postaci stojących za projektem, przekonamy się w przyszłości.

Jeszcze większe wątpliwości wzbudza brak konkretnych informacji na temat innych filmów Gunna. Sam reżyser ma duże problemy z wpasowaniem w swój świat Batmana, czego świadectwem jest brak jakichkolwiek informacji na temat premiery jego solowego filmu. Podobnie sytuacja wygląda z Wonder Woman.Choć pierwotnie miała otrzymać własny serial, aktualnie wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią o debiucie kinowym. Mamy też całą gamę dzieł, nad którymi prace albo wstrzymano, albo o których trudno doszukać się świeższych wiadomości. Mowa choćby o filmach „Sgt. Rock” i „The Authority” czy serialach „Waller” i „Paradise Lost”. W kontraście do bardziej rozpoznawalnych bohaterów marki, żaden z powyższych utworów nie otrzymał jeszcze zielonego światła od studia. Daleko na horyzoncie majaczy również „Booster Gold”, którego produkcja, mimo potencjału, mierzy się ze sporymi trudnościami. Los dzisiejszego DC rozstrzygnie się prawdopodobnie na przestrzeni kolejnych dwóch lat, kiedy otrzymamy filmy o bohaterach takich jak Supergirl i Clayface, sequel „Supermana” oraz serial o Zielonej Latarni. Szczególnie ten drugi prezentuje się wyjątkowo dobrze, co widać też po entuzjastycznych reakcjach widzów na zwiastun „Gliniastej Twarzy”. Na razie jednak wciąż jest to los niepewny.

Po drugiej stronie rywalizującego z Marvelem studia mamy jednak dzieła, które nie należą do głównego uniwersum, ale są o wiele bardziej znane i lubiane. Mowa oczywiście o filmach z Batmanem w roli głównej. Nolanowska trylogia z lat 2005–2012 na zawsze wpisała się do historii kina, ale nie odstaje od niej również mający premierę w 2022 roku „Batman”, gdzie w rolę mrocznego człowieka-nietoperza wcielił się Robert Pattinson. Nawiązująca w każdym calu do legendarnych detektywistycznych thrillerów z przełomu lat 90. i 00., na czele z „Siedem” Finchera, okazała się niezwykle zyskowna, zarabiając ponad 700 milionów dolarów w box offisie. Nade wszystko był to jednak wielki sukces artystyczny, dając widzom świetny film o multimiliarderze, który po nocach bawi się w superdetektywa.

Kłopot z narracją o „Batmanie” w kontekście kultury superbohaterskiej jest jednak taki, że to postać zupełnie inna niż Kapitan Ameryka, Superman czy Thor. W ogólnej świadomości społecznej Mroczny Rycerz to bohater bezsprzecznie związany ze swoim miastem. Batman to Gotham, Gotham to Batman, a oba te elementy łączy przenikający mrok, galeria barwnych antagonistów i zabawa ze złem, które przenika miasto. Strach na Wróble, Człowiek–Zagadka czy rzecz jasna Joker, to nie Loki, Ultron czy nawet Thanos z „Avengersów”. Bliżej im do wrogów Spider-Mana, jak Doktor Octopus, Zielony Goblin lub Dr. Curt Connors. To złoczyńcy studiujący szeroki zakres ludzkiego szaleństwa, przyziemni tematycznie, którzy jednak właśnie dzięki swojej pozornej normalności wzbudzają strach w oczach widza, wchodząc w dialog nie z poziomem mocy poszczególnych bohaterów, a etycznymi prawami rządzącymi światem. Choć Batman stał na czele Ligi Sprawiedliwości i jak najbardziej był istotnym bohaterem w całej historii DC, jego solowe i niekanoniczne filmy utworzyły pewną wizję zamaskowanego multimiliardera, którą teraz trudno dopasować do superbohaterskiej akcji w o wiele większej skali.

Z powyższych powodów uznanie sukcesu „Batmana” z 2022 roku jako przejawu ogólnej tendencji wzrostowej kina superbohaterskiego jest mocno na wyrost. Duża część osób, która pójdzie na nowego „Kapitana Amerykę”, zobaczy również film z Pattinsonem, jednak można założyć, że nie każdy fan postaci z DC chciałby od razu doświadczyć czegoś z Marvela. Choć oba teksty traktują o bohaterach, jeden tworzy mroczną opowieść o wyrwanej ze smyczy moralności, drugi o ubranym w lateks żołnierzu posługującym się magiczną tarczą. Docelowy odbiorca jest zatem zupełnie inny. Nie oznacza to oczywiście, że Kapitan Ameryka nie może być poważny czy opowiadać o głębokich tematach, czego świadectwem jest chociażby „Zimowy Żołnierz”. Ogólny kierunek w przypadku obu tych postaci jest jednak dość konkretny, z widoczną tendencję odróżniającą tych bohaterów.

DC zachowuje więc status quo i raczej nie należy na ich podstawie przewidywać przyszłości gatunku. Zakładam nieśmiało, że kolejne lata przyniosą nam następne przeciętne lub umiarkowane sukcesy Jamesa Gunna w głównym uniwersum oraz wielkie arcydzieła, których akcja będzie dziać się w posępnym Gotham. Być może w tym drugim nurcie doczekamy się też większej ilości tekstów w stylu „Pingwina” od HBO, który wszystkie wyżej opisywane elementy podniósł do absolutnego maksimum. Wzorowany bardzo mocno na „Rodzinie Soprano” serial gangsterski porzucił praktycznie ramy superbohaterskie, kierując się całkowicie w stronę brutalnej rzeczywistości mrocznego miasta.

Niezwyciężeni i bezwzględni / Grafika: Szymon Filipiak

Superbohaterowie są źli?

Po zupełnie drugiej stronie barykady mamy natomiast dzieła, które nadal opowiadają o superbohaterach, lecz w całkiem inny sposób. Mowa oczywiście o kończącym się w tym roku serialu „The Boys” oraz ciągle produkowanym „Niezwyciężonym”. Geneza obu tych utworów jest dosyć ciekawa, ponieważ chociaż powstawały na podstawie komiksów wydawanych lata wcześniej, ich premiera w nowym medium oraz ostateczny sukces mocno pokrywał się z ogólnym zmęczeniem omawianym materiałem.

„The Boys” premierę miało w 2019 roku, niemal tuż po wyjściu „Końca gry” oraz „Spider–Mana: Daleko od domu”. Początek nowego serialu nałożył się więc na absolutny szczyt kultury superbohaterskiej, kiedy nowe filmy Marvela przyciągały do kin miliony widzów. Tymczasem na platformie Amazona pojawił się serial, którego przekaz jest zgoła odmienny od tego, co serwował nam Disney: superbohaterowie są źli, a do tego wykorzystywani przez korporacje do zarabiania pieniędzy, więc najlepiej byłoby ich zabić.

Fabuła serialu, kręcąca się wokół zwyczajnego mężczyzny głodnego zemsty, to nic innego jak dosłowna krytyka mainstreamowych herosów. Autor komiksów wydawanych od 2006 roku, Garth Ennis, był zagorzałym przeciwnikiem ubranych w lateksowe kostiumy postaci ratujących amerykańską wizję świata. Wtedy jego ataki wymierzone były głównie w branżę komiksów oraz animacji, choć debiutujący dwa lata później w kinach „Iron Man” na pewno jego krytykę nakręcił. Stąd tak logiczne w oczach autora połączenie całej omawianej kultury z warstwą finansową – korporacja Vought International wykorzystuje bohaterów do budowania własnej marki i drenowania obywateli z pieniędzy. Nic bowiem nie wzbudza niechęci tak bardzo, jak żądna władzy i zysków wielka firma z tendencjami do manipulowania ludźmi i kreowania propagandy sukcesu.

„The Boys” odpowiadał na nadmiar treści o superbohaterach. Po 11 latach tworzenia kosmicznego uniwersum Marvela i nieśmiałych podrygów DC, serial o Homelanderze, będącym w zamyśle parodią Supermana, osiągnął zawrotne wyniki oglądalności i do tej pory twardo trzyma się pozycji najchętniej oglądanego serialu na Amazon Prime. Z każdym kolejnym sezonem umacniał się na niej jeszcze bardziej, zwłaszcza że problem przejedzenia się superbohaterskim materiałem tylko się pogłębiał.

Herosi w „The Boys” są zdeprawowani, źli, a jednocześnie zmanipulowani i czasem myślą, że faktycznie czynią dobro – jakiekolwiek by ono nie było. To niemal przeciwieństwo tego, co prezentowała nam dotychczas większość dzieł o tej tematyce, choć też daleko choćby do brutalnie komediowego „Deadpoola” czy zrelatywizowanego „Batmana”. „The Boys” nie relatywizuje zła i nie pochyla się nad tym, jakimi rządzi się ono prawami w społeczeństwie. „The Boys” wystawia zło na pierwszy plan, bawi się nim, szokuje i skupia na nim całą swoją uwagę. Czasem z lepszym, czasem z gorszym skutkiem.

W tym leży jednak sukces tego serialu. Żądny krwi tłum zmęczony superbohaterską materią nie marzył o niczym innym, jak o artystycznym tworze, który złamie trochę dotychczasowy status świętych herosów i postanowi ich – być może – pozabijać. Dołóżmy do tego czas, w którym dzieło wyszło, świetną grę aktorską, legendarną mimikę Antony’ego Starra oraz generalnie wysoki poziom co najmniej pierwszych sezonów, a dostajemy serial wręcz idealnie wpasowujący się w kryzys superbohaterskiej kultury.

Sprawa z „Niezwyciężonym” jest już nieco trudniejsza. Nie jest to wcale cyniczna próba znęcania się nad całym gatunkiem jak w przypadku „The Boys”, a raczej próba jego dekonstrukcji. Przygody Marka Graysona, Viltrumity chroniącego Ziemię, to ciekawa zabawa czasem, marvelowskim multiwersum, różnorodnymi antagonistami wprost z DC oraz dramatem społecznym głównego bohatera. Nietrudno zauważyć, że w przeciwieństwie do dotychczas należących do mainstreamu dzieł, „Niezwyciężony” jest o wiele bardziej przyziemny – jeszcze bardziej niż awangardowy bohater pokroju Batmana, nawet mimo swoich nadprzyrodzonych mocy.

Serial Amazona skutecznie nawiązuje do tego, co już znamy z historii choćby Spider-Mana – z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność – skupiając się przede wszystkim na wewnętrznym kryzysie tożsamości protagonisty. Razem z Graysonem przeżywamy więc jego żałobę, odkrywanie siebie i własnej osobowości, utratę ojca czy miłosne rozterki naiwnego nastolatka. Jednocześnie serial łączy to z większymi stawkami, gamą przeróżnych bohaterów oraz stosunkowo prostą konstrukcją, gdzie w każdym odcinku poznajemy nowego przeciwnika, z którym Mark będzie zmuszony się zmierzyć.

„Niezwyciężony” nie krytykuje kultury superbohaterów, a raczej oddaje jej hołd we własny, unikalny sposób. Jednocześnie stanowi raczej coś na wzór brutalnej teen dramy z dramatem społecznym, skupiając się na innych wątkach niż ratowanie wszechświata i wielka walka dobra ze złem. Co ciekawe, w serialu tym nie ma również tak wyraźnej relatywizacji zła, którą moglibyśmy intuicyjnie kojarzyć z rozwojem gatunku w stronę bardziej zniuansowaną i wielopoziomową. Zło i dobro nie są tutaj może czarno–białe, lecz zdecydowanie wyraźniejsze niż w większości tekstów o tej tematyce. Protagonista nie jest za to wzorem cnót, ale na pewno stara się – w ramach swoich możliwości – nimi kierować. Tutaj kryje się sukces „Niezwyciężonego” – to głęboka i brutalniejsza niż zazwyczaj opowieść o w gruncie rzeczy infantylnych wartościach, przez co stanowi idealną równowagę między świętymi superbohaterami z mainstreamu a cynicznymi „The Boys”.

Zarówno jeden, jak i drugi serial Amazona to interesujący przejaw kontrkultury wobec głównego nurtu w kulturze superbohaterów. Oba pokazują, że można podejść do tego tematu w inny, świeży sposób, który spodoba się widzom nawet mimo ogólnego kryzysu kultury bohaterów. Być może „Niezwyciężony” wyznaczy nowy kierunek rozwoju całego gatunku na przestrzeni różnych mediów, bowiem nie sądzę, żeby drugi taki projekt jak „The Boys” się udał. Cynizm Homelandera jest na tyle unikalny i wyjątkowy, że mało realne, by ktoś zdołał podrobić jego ironiczny uśmiech.

A co z grami?

W przypadku gier wideo sytuacja z superbohaterami prezentuje się jeszcze inaczej. Do tej pory jedynymi produkcjami o tej tematyce, które jakkolwiek wybiły się ponad przeciętność, była legendarna trylogia „Batmana” od studia Rocksteady. Jednak ta sama firma, które dała nam znakomite „Batman: Arkham City” później rozmieniła się na drobne za sprawą „Suicide Squad”, które z uwagi na spore kontrowersje oraz wątpliwą jakość samego tytułu okazało się całkowitą klapą. Oprócz powyższych serii w medium gier cyfrowych największe sukcesy odnosiły gry LEGO, jak choćby „LEGO Marvel Super Heroes”. Pokazuje to wyraźnie, że superbohaterowie byli tu mocną niszą.

W 2020 roku premierę miało „Marvel’s Avengers”, które jednak również nie przyniosło oczekiwanych sukcesów finansowych. Gra zupełnie nie przypadła do gustu użytkownikom i nawet kilka ciekawych rozwiązań gameplayowych nie uratowało tej produkcji od Crystal Dynamics. Bez echa przeszli też „Marvel: Strażnicy Galaktyki” (Eidos Montreal, 2021), chociaż ta produkcja była już przez graczy oceniona dosyć pozytywnie. Miała jednak słaby marketing, a obie produkcje wyszły w czasie największego krachu i zmęczenia materiałem superbohaterskim. Ludzie dopiero co otrząsnęli się po „Końcu gry”, a tymczasem ktoś wrócił do tamtych postaci, by dać je w nowej odsłonie w medium, które do tej pory – za wyjątkiem jednej produkcji – nie gustowało w bohaterach.

Tą jedną produkcją jest rzecz jasna „Spider-Man” od Insomniac Games. Wydana w 2018 roku gra okazała się niespodziewanie wielkim sukcesem, sprzedając 22 miliony kopii. Amerykańscy twórcy dostarczyli świetny tytuł, który przez wielu został okrzyknięty mianem najlepszej gry o superbohaterze w historii. Czy tak jest, czy nie, to już kwestia dyskusyjna, jednak z pewnością była to produkcja wyjątkowa. Przede wszystkim bawiła się adaptowanym materiałem, dając odbiorcom całą garść postaci znanych z komiksów i wcześniejszych filmów czy animacji.

Fabuła fabułą, jednak to właśnie gameplay był najczęściej chwalonym elementem produkcji. Fani od dawna czekali na grę, która pozwoli rzeczywiście poczuć się człowiekiem-pająkiem, żeby sięgnąć pamięcią choćby do dwuczęściowej serii „The Amazing Spider-Man” z pierwszej połowy poprzedniej dekady. Wówczas ograniczenia techniczne nie pozwoliły jeszcze zaproponować takiego doświadczenia, jednak w 2018 roku bujanie się po mieście na pajęczej sieci nareszcie mogło dać ludziom oczekiwanych endorfin.

Choć późniejszy „Miles Morales” oraz sequel produkcji od Insomniac nie spotkały się już z takim zachwytem od fanów, nadal były to bardzo lubiane i dobrze oceniane produkcje. Do pewnego momentu słusznym wydawało się rzecz jasna pytanie, czy sukces tych tytułów faktycznie spowodowany był chęcią zobaczenia superbohaterskiej historii, czy może raczej frajdą z przyjemnego gameplayu tą konkretną postacią. Jednak patrząc na to, że tegoroczna premiera „Wolverine’a” od tej samej firmy zapowiada się na kolejny wielki sukces, raczej traci ono swoją moc.

Obok tych wszystkich gier istnieje rzecz jasna jeszcze jeden tytuł, który dokonał wielkich zawirowań na rynku superbohaterskim. Mowa o „Marvel Rivals” od Netease Games, które w grudniu 2024 roku weszło na rynek z wielkim przytupem i od razu zaczęło rozdawać karty całej branży. Możliwość zagrania ulubionymi postaciami z całego uniwersum, często w kultowych czy fantazyjnych strojach, przyciągała i przyciąga graczy przed monitory – nawet tych, którzy nie gustują w grach kompetetywnych. Choć dzisiaj produkcja notuje już gorsze wyniki niż na początku, co jest naturalne, wciąż codziennie gra w nią około 100 tys. osób.

Kazus „Marvel Rivals” należy jednak rozpatrywać zupełnie inaczej. Zapewne nawet gdyby cała kultura superbohaterów nagle upadła, produkcja ta i tak osiągnęłaby zawrotny sukces. Miłość do kultowych postaci bowiem nie umiera, a do tego w branży gier od dawna trwała posucha dobrych hero shooterów. Po kontrowersjach „Overwatcha 2”, a także historycznej kompromitacji Sony z ich „Concordem”, „Marvel Rivals” dało powiew nostalgii za 2016 rokiem i wieczorami spędzanymi z Winstonem, Reinhardtem czy Genjim w tytule od Blizzarda. Jest to więc raczej sukces wewnątrz branży, a nie kultury superbohaterskiej jako takiej.

W każdym razie, bohaterowie wchodzą również wyraźnie do gier za sprawą Insomniac Games, co może zwiastować nową przyszłość dla gatunku w tym medium. Na razie jednak są to zaledwie początki i choć zapowiadają się bardzo pozytywnie, to nie można powiedzieć, czy osiągną sukces trylogii „Batmana” od Rocksteady.

Superbohaterowie się odrodzą?

Opisane w tym artykule przypadki to dość ogólny przekrój stanu kultury superbohaterskiej w mainstreamie. Pozostaje jedynie odpowiedzieć na pytanie, czy w ogóle superbohaterowie mierzą się z jakimś poważnym kryzysem? Zależy jak na to spojrzymy. Swoje duże problemy ma na pewno Marvel i wiele zależy od „Doomsday”. Film ten może zostać określony zarówno jako nowy początek dla całego studia, ale również – gwóźdź do jego trumny.

Z drugiej strony, poszczególne filmy Marvela osiągały dobre wyniki w kinach. Porażki DC nie są niczym nowym w popkulturze, a do tego dochodzi kwestia nowej fali dzieł superbohaterskich, wchodzących do mainstreamu w postaci „The Boys” oraz „Niezwyciężonego”. Można rzec, że cała aktualna historia superbohaterskiej kultury to zwyczajny cykl koniunkturalny, który przechodzi również sztuka – ludzie zmęczyli się nieco nażelowanymi bohaterami, więc wymagali oddechu i świeżego spojrzenia na gatunek. Jednak potrzeba przeżywania historii o ratowaniu świata przez postaci o nadprzyrodzonych mocach była i będzie nadal żywa w sercach większości osób. Stąd miejmy nadzieję, że superbohaterowie znowu okażą się super.

Jacek ADAMCZAK

%d bloggers like this: