Jeden Oscar po drugim?

Nazwanie „Jednej bitwy po drugiej” sukcesem jest dużym niedopowiedzeniem. Dzieło Paula Thomasa Andersona rozbiło oscarowy bank, zdobywając aż 13 nominacji, a tym samym dorównując drugiemu faworytowi przed galą w postaci „Grzeszników”. Co by nie mówić, jest to sukces zrozumiały, choć film ma kilka poważnych problemów.
„Jedna bitwa po drugiej” rozpoczyna się historią amerykańskich rewolucjonistów sprzeciwiających się rasizmowi, zrzeszonych w ramach organizacji French 75. Twarzą walki z korporacjami i ślepym dyktatem krajowego rządu jest Perfidia (Teyana Taylor) – czarnoskóra kobieta prowadząca lud na barykady. Silna i ambitna przedstawicielka dyskryminowanej mniejszości jest w związku z granym przez Leonardo DiCaprio Bobem Fergusonem, stonowanym i myślącym o rodzinie człowiekiem. Akcja przybiera niespodziewany obrót w momencie, gdy na świat przychodzi ich córka.
Ludzka opowieść w chaosie
Fabuła filmu Andersona to jazda bez trzymanki wzdłuż stromego zbocza, podczas której reżyser ani na moment nie zwalnia, przedstawiając widzowi coraz to wymyślniejsze sposoby rozwiązywania konfliktów czy plot twistów. Nie jest to chaos przypadkowy, a raczej przemyślana konstrukcja. Historia o grupie rewolucjonistów (okazujących się bezwzględnymi terrorystami nieunikającymi masowej przemocy) szybko staje się prywatną i intymną opowieścią. Córka Boba, Willa, zostaje wbrew swojej woli wciągnięta w konsekwencje dawnych zbrodni popełnianych przez ojca. Wychodzi na jaw, że są one ściśle powiązane z postacią pułkownika Stevena J. Lockjawa – brutalnego wojskowego ze zboczeniem w stronę czarnoskórych kobiet i manią wielkości.
Wokół tych trzech postaci rozgrywa się cała akcja. Nie brakuje głośnych momentów, pełnych napięcia pościgów, wojskowych operacji czy strzelanin, lecz pod spodem kryje się bardzo ludzka opowieść dotykająca rzeczy bliższych sercu niż wielkie rewolucje. Fabuła „Jednej bitwy po drugiej” działa tak dobrze, ponieważ nie próbuje być ponadczasową historią czy bezpośrednio wydawać osądy na temat współczesności. Jeśli reżyser coś wyśmiewa lub krytykuje, kieruje się w stronę absurdalnego humoru albo wyraża swoje opinie na trzecim czy nawet czwartym planie, pozwalając w pełni cieszyć się gęstą akcją.
W odbiorze dzieła stanowczo pomaga jego wprost tarantinowska konstrukcja. Po długim prologu dostajemy jeszcze dłuższy fragment komediowy, na podstawie którego reżyser buduje pierwszy akt filmu. Anderson swoim najnowszym projektem wyraźnie pokazał, że potrafi skonstruować żarty w taki sposób, by nie nudziły. Zaskakuje groteską i absurdem, a do tego stawia na znacznie głębsze zabiegi niż proste dowcipy sytuacyjne. Grupa rasistów–korposów, o której uwagę uporczywie walczy Lockjaw, działa w organizacji Świątecznych Awanturników, modląc się do Świętego Mikołaja i dyskutując nad prawdziwym pochodzeniem amerykańskich obywateli. Film nie bawi się w półśrodki i skutecznie miesza poważny humor z tym niższych lotów, dzięki czemu nie sprawia wrażenia hermeneutycznie zamkniętego dzieła dla pseudointelektualnych odbiorców.
Aktorski popis
W dostarczeniu poszczególnych żartów skutecznie pomagają sami aktorzy. Leonardo DiCaprio to klasa sama w sobie. Paradując w fartuszku po mieście pełnym protestujących Afroamerykanów, gangów narkotykowych czy absurdalnie zachowujących się latynoskich skaterów, w perfekcyjny sposób przechodzi między paranoicznym, ale opiekuńczym ojcem a szaleńcem. To postać w wielu miejscach przerysowana, jednak dzięki temu na tle reszty bohaterów sprawia wrażenie najbardziej ludzkiej. Sean Penn w roli pułkownika to natomiast odrażający, charyzmatyczny, ale i śmieszny w swoich nierealnych ambicjach i zboczeniach psychopata parodiujący wyższe oficerstwo Stanów Zjednoczonych. Trójkę dopełnia Chase Infinity jako Willa. Młoda aktorka skutecznie gra zagubioną i tęskniącą za nigdy nie poznaną matką dziewczynę, zarazem czującą wobec ojca respekt i nieograniczoną miłość. Ta relacja ma w sobie wciąż mnóstwo rozczulającej empatii i wzajemnego zaufania, co otrzymuje wymowny wydźwięk w finale.
Dyskursywne wady
Nie jest to jednak film idealny. Przede wszystkim zawodzi muzyka, za którą jej kompozytor, Jonny Greenwood, otrzymał zresztą nominację. Jako skromny odbiorca zupełnie nie potrafię zrozumieć tej decyzji. Ścieżka dźwiękowa „Jednej bitwy po drugiej” to w większości zapętlone numery irytujące powtarzanym samplem. Mam też problem z wieloma poważnymi momentami filmu. Ważne sceny zdają się być niezręcznie umieszczone między najbardziej komediowymi wstawkami, kiedy widz ma się stosownie wyciszyć. Film jednak nieustannie pędzi, rzucając nam w twarz kolejne gagi czy absurdalne sceny. Bijąca z twarzy aktorów powaga niknie w gąszczu groteskowych wydarzeń, bo zanim zdążę uspokoić się i wczuć w dramat postaci, następuje cięcie i kolejna sekwencja scen akcji.
Samo zakończenie również zdaje się nie pasować do reszty filmu. Dzieło, które do tej pory nie pochwalało przemocy ani brutalności rewolucjonistów, na samym końcu zapomina o dotychczas nieprzesadnie wybrzmiewającym przekazie. Pokazuje nam w ten sposób moralny zwrot w logice bohaterów, którzy wracają do tego, co sprowadziło na nich systemowy ucisk. To uwaga, która zdaje się być istotna, gdy spojrzymy na istniejący wokół filmu dyskurs. „Jedna bitwa po drugiej” doczekała się od niektórych widzów czy recenzentów miana dzieła dekady czy jednego z ważniejszych tekstów kultury popularnej ostatnich lat. To jednak opinie moim zdaniem przesadzone. Przede wszystkim film Andersona nie porusza głęboko wątków politycznych, traktując je raczej jako tło wydarzeń i pretekst do zabawy formą oraz humorem. Choć przydługi prolog tłumaczący rewolucję i stan amerykańskiego społeczeństwa wydaje się wbijać do głowy założony przekaz, ostatecznie dalsza część produkcji szybko porzuca ten temat.
Nie będę ukrywał, że mimo mojego bardzo pozytywnego odbioru omawianego filmu, trudno mi uznać go za arcydzieło kinematografii czy umieszczać w rankingu najwybitniejszych dzieł. Tym bardziej wiedząc, że rywalizuje ze znakomitymi „Grzesznikami”, a na gali ostatecznie zabraknie moim zdaniem o wiele ważniejszego społecznie filmu w postaci „Oddaj ją”. To bowiem dalej kino dla samego kina. Nawet jeśli próbuje powiedzieć coś więcej, ostatecznie przekaz ginie w natłoku akcji i gagów.
Film dla przyjemności
Przede wszystkim „Jedna bitwa po drugiej” jak mało który film (może poza wspomnianym już kinem Quentina Tarantino) wprowadza odbiorcę w stan niczym niepohamowanego flow, kiedy ten zapomina o otaczającej go rzeczywistości i wchłania kolejne obrazy. Podobnie jak w „Bękartach wojny” scenę w barze można było oglądać tylko dla dialogów między postaciami, tak samo przy „Jednej bitwie po drugiej” uśmiech sam pojawia się na ustach widząc szarżującego DiCaprio. Duża w tym zasługa montażu, który dodaje swoje trzy grosze do i tak już dobrego tempa całości.
Ostatecznie „Jedna bitwa po drugiej” to po prostu kawał dobrego, dającego mnóstwo frajdy kina bawiącego się formą i samym medium. Nie mówimy tutaj o nader wyjątkowym tekście kultury, głębokim i wielopoziomowym komentarzu społecznym czy politycznym sądzie nad współczesną Ameryką i światem w ogóle. Mówimy o kompetentnie wyreżyserowanym widowisku przynoszącym ponad dwie i pół godziny znakomitego seansu.
Jacek ADAMCZAK