Autorka grafiki: Olga Musiał (Fenestra)

„Głos Hind Rajab” to jedna z trzech produkcji o Palestynie zgłoszonych do rywalizacji o 98. rozdanie Oscara w kategorii filmu międzynarodowego. Tunezyjska reżyserka Kaouther Ben Hania stworzyła obraz, który domaga się uwagi widza i zmusza do konfrontacji z własną wrażliwością. To nie seans, który ma dostarczać wrażeń estetycznych. Jest on oszczędnym w środkach wyrazem politycznego sprzeciwu wobec działań wojsk izraelskich, w szczególności wobec blokady pomocy humanitarnej. 

29 stycznia 2024 roku palestyński oddział Czerwonego Półksiężyca, organizacji zajmującej się udzielaniem pomocy w sytuacjach kryzysowych, otrzymał kolejny telefon. Kiedy Hind Rajab wraz z ciotką, wujkiem oraz kuzynami uciekali z Gazy, ich samochód napotkał na swojej drodze ofensywę prowadzoną przez Siły Obronne Izraela. W wyniku ataku zginęli prawie wszyscy pasażerowie. Przy życiu pozostały jedynie dziewczynka razem ze swoją krewną. To właśnie 15-letnia Layan jako pierwsza podjęła próbę nawiązania kontaktu z wolontariuszami. Zorganizowanie akcji ratunkowej okazało się jednak prawie niemożliwe. Zanim sanitariusze zdołali zorganizować bezpieczną trasę do miejsca zdarzenia,  kierujący czołgiem żołnierze zastrzelili nastolatkę. Pięcioletnia dziewczynka została w pojeździe sama, otoczona martwymi ciałami członków swojej rodziny. Czekała na pomoc długimi godzinami. Dopiero 12 dni później, po wycofaniu się wojsk odkryto, jaki los spotkał ją oraz kierujących ambulansem medyków, którzy nigdy nie dotarli do celu.

Produkcja należy do tych z gatunku dokumentów fabularyzowanych. W rolę członków organizacji wcielili się aktorzy, jednak wykorzystano także prawdziwe nagrania głosu dziewczynki. Nie jest ona bohaterką fabuły w klasycznym sensie. Obraz tunezyjskiej reżyserki upamiętnia los, jaki spotkał Hind, ale oglądający słyszą jedynie zapisy rozmów z jej udziałem. Twórcy wizualizują tę historię w odpowiedzialny sposób. Nie pokazują brutalnych kadrów, dzięki czemu cierpienie dziecka nie staje się spektaklem. Widzowie zostają świadkami przemocy, która nigdy nie powinna się wydarzyć, a jednocześnie nigdy nie może zostać zapomniana. Powstały w ten sposób film jest wstrząsający, nawet jeśli nie pokazuje przemocy wprost. Wyłaniają się z niego poczucie bezradności i błaganie, by świat wreszcie zwrócił uwagę na to, co spotyka Palestyńczyków niezależnie od wieku, wyznania czy płci. 

Ekranizacja wydarzeń przedstawia je z punktu widzenia wolontariuszy. Omar i Rana (w te role wcielili się Motaz Malhees oraz Saja Kilani) są pierwszymi, którzy słyszą głos dziewczynki. Starają się dowiedzieć jak najwięcej o jej położeniu, zachowując przy tym spokój. Nie chcą, by Hind wpadła w panikę. Mówią do niej łagodnie, dopasowując język do wieku dzwoniącej. Porównują hierarchię organizacji do struktury rodzinnej. Niczego nie pragną bardziej niż uratowania pięciolatki. Żadna liczba ukończonych szkoleń nie jest jednak w stanie przygotować członków Czerwonego Półksiężyca na taki telefon. Sytuacja odbija się również na ich stanie psychicznym, chociaż nigdy nie znajdują się oni w centrum uwagi widza. Koordynator Mahdi (grany przez Amera Hlehela) wie, że dla przetrwania dziecka liczy się każda sekunda. Najbliższy ambulans znajduje się jedynie osiem minut od samochodu, jednak dopóki nie zostanie wyznaczona bezpieczna trasa, mężczyzna nie daje zielonego światła na rozpoczęcie akcji ratunkowej. Nie chce ryzykować życia ostatniej drużyny pozostałej w tej części Gazy. Wybór między wysłaniem pomocy a możliwością straty kolejnych sanitariuszy staje się źródłem konfliktu. Łatwo byłoby ocenić moralność tej decyzji z perspektywy kinowego fotela. W obliczu realnej kryzysowej sytuacji trudno jednak o klarowne myślenie. Mężczyzna kieruje się z góry ustalonymi procedurami, wierząc, że postępuje właściwie. Chce ocalić życie możliwie jak największej liczby osób. Czy gdyby postąpił wbrew zasadom, Hind udałoby się wydostać z samochodu na czas? Tego nikt nie jest w stanie stwierdzić jednoznacznie. Jedno jest pewne: to pytanie będzie towarzyszyć wolontariuszom do końca życia. 

Urywane rozmowy z dziewczynką i kłótnie między personelem organizacji budują napięcie i wywołują dyskomfort, który ma skłonić do refleksji. Minimalistyczne ujęcia pozwalają skupić się na kontraście między dźwiękiem a ciszą bez użycia niepotrzebnych efektów. Produkcja o zbrodniach wojennych zdecydowanie odbiega swoją formą od tych, które zwykle nominowane są do Oscarów. Od pierwszych chwil seansu wiadomo, że ta historia będzie miała tragiczny koniec. Nie nastąpi nagły zwrot akcji, sanitariusze nie dotrą do samochodu na czas. Widzowie nie opuszczą kina pełni inspiracji, z poczuciem, że sprawiedliwości stało się zadość. Nagrody nie determinują rzeczywistej wartości filmu. Pozwalają jednak, by trafił on do szerszej dystrybucji i zyskał większe grono odbiorców. Bezpośrednia konfrontacja z tragiczną śmiercią pięciolatki ma w ten sposób szansę pozostać w zbiorowej pamięci odbiorców, nie pozwalając, by podobne historie zostały pominięte lub zapomniane. 

Prawdziwego przekazu tego filmu nie da się ująć w ramach uroczystej gali czy złotej statuetki. Produkcja o Hind Rajab nie kończy się ani wraz z napisami końcowymi, ani po opuszczeniu kina. Konfrontuje ona swoją widownię z brutalnymi realiami okupacji. Żąda wzięcia odpowiedzialności za to, komu i czemu oglądający poświęcają swoją uwagę w świecie, gdzie zbrodnie wojenne wciąż dla wielu pozostają codziennością. Zmusza do zmierzenia się ze swoją moralnością. Domaga się, by zareagować na niego gniewem, nie tym destrukcyjnym, ale takim, który ma szansę przerodzić się w realną zmianę. Nawet w dobie wszechobecnego szumu informacyjnego, głosu pięcioletniej dziewczynki błagającej o pomoc w ostatnich momentach swojego życia i pozostawionej po niej ciszy nie sposób zignorować.  

Natalia MRULA

%d bloggers like this: