Cyrk na kółkach

Formuła 1 to dyscyplina, w której dba się o najdrobniejsze szczegóły, stara się przewidzieć wszystko co do tysięcznych sekundy, a każdy błąd może kosztować zdrowie. Jednocześnie jest to globalny biznes, który generuje ogromne zyski, ale też ogromne koszty. I właśnie przez zaślepienie tabelkami z Excela byliśmy świadkami żenującego widowiska w Melbourne.

Podczas gdy inne organizacje i ligi zawieszały rozgrywki (ostatecznie wczoraj zdecydowała się na to nawet UEFA), Formuła 1 uparcie twierdziła, że pierwszy wyścig sezonu wystartuje zgodnie z planem, niezależnie od wszystkiego. Wysłano więc sprzęt w podróż na drugi koniec świata. W tym samym czasie FIM, czyli organizacja zajmująca się ściganiem na dwóch kółkach, odwoływała kolejne zawody. Na chwilę obecną początek MotoGP przesunięto na maj. Również Formuła E bez skrupułów anulowała nadchodzące rundy. Tymczasem dla F1 przeszkodą w starcie nie miało być nawet zamknięcie Włoch, w których swoje siedziby mają Ferrari i Alpha Tauri.

Również kierowcy mieli obawy, choć większość nie wyrażała ich wprost. Pierre Gasly wrzucił na swojego Instagrama zdjęcie, w którym zachęcał do gry w F1 Fantasy, jednak w sąsiedniej karcie wyszukiwał hasło „melbourne coronavirus”. Esteban Ocon pojawił się w czwartek w padoku w masce, przypominając bardziej Bane’a z Batmana niż uśmiechniętego kierowcę, którego znają fani. Na koniec broniący tytułu Lewis Hamilton na konferencji prasowej powiedział, że organizatorzy stawiają wyżej pieniądze niż zdrowie członków zespołów i kibiców. Nie są to zbyt przychylne słowa największej gwiazdy tej dyscypliny…

Nagła zmiana planów

Mimo to w niedzielę światła nadal miały zgasnąć. Zarządzono specjalne środki ostrożności i każdy członek ekipy został poproszony o natychmiastowe zgłaszanie ewentualnego gorszgo samopoczucia. Przeprowadzano badania na obecność koronawirusa. I dopiero pozytywny wynik jednego z członków McLarena spowodował wciśnięcie pauzy. Zespół momentalnie wydał oświadczenie, w którym informowano o wycofaniu się z GP Australii. Wydawać by się mogło, że taka wiadomość oznacza jedno – odwołanie rywalizacji. Otóż nie – na ogłoszenie jakiejkolwiek oficjalnej decyzji władze F1 potrzebowały aż 12 godzin.

źródło: Speed Media/Icon Sportswire via Getty Images

W tym czasie członkowie innych zespołów nie wiedzieli, czy następnego dnia przyjść na tor (wszystko działo się późnym wieczorem i w nocy czasu lokalnego). Zwołano spotkanie szefów ekip, podczas którego miało się odbyć głosowanie nad tym, czy odwołać wyścig. Jak to w królowej sportów motorowych bywa, kompromisu nie osiągnięto. Zapanował totalny chaos. W jednej chwili Sky Sports obwieściło, że wyścig wystartuje, a chwilę później BBC informowało, że jednak nie. FIA natomiast konsekwentnie unikała komentarza. Pojawiający się rano mechanicy nie wiedzieli, czy mają szykować się do demontażu sprzętu, czy też szykować samochody do startu.

To samo czynili kibice, którzy pojawili się przy bramach toru Albert Park. Czekała ich niemiła niespodzianka. Najpierw opóźniono wejście na teren, a chwilę później ogłoszono, że wyścig, o ile ruszy, to bez ludzi na trybunach. Fani byli, lekko mówiąc, zdenerwowani, czemu trudno się dziwić – organizacja wyjazdu na zawody to nie tylko marzenie życia, ale też gigantyczne koszty. Jeszcze przed oficjalnym komunikatem pojawiła się plotka, że Kimi Räikkönen i Sebastian Vettel wsiedli do samolotów do Europy. Być może poznali oni decyzje wcześniej, a brzmiała ona: GP Australii zostało odwołane – niewiele ponad dwie godziny przed startem pierwszego treningu.

Umywanie rąk

Cała sytuacja wyglądała jak przerzucanie z rąk do rąk gorącego przewodu z samochodu F1. Liberty Media czekało na decyzję FIA, FIA na postanowienia lokalnych władz, a one na to, co powie promotor. I tak w kółko. Zasłaniano się umowami komercyjnymi, a także zapisem mówiącym, że do odwołania wyścigu potrzeba mniej niż 12 samochodów na starcie. Nikt nie chciał na siebie wziąć odpowiedzialności za bezsensowny transport ogromnych ilości sprzętu na drugi koniec świata, kosztów przygotowywania toru (Albert Park nie jest obiektem stałym) i zwrotu biletów. Wydaje się, że władze F1 poszły za daleko w udawaniu, że zawody się odbędą, by tak po prostu zmienić zdanie. Wyjście z twarzą stało się niemożliwe, gdy ekipy wyruszyły w podróż na Antypody. Pomimo znaków zapytania zdecydowano się zaryzykować. I w tej grze przegrano. Zarówno finansowo, jak i wizerunkowo (a to drugie może być jeszcze bardziej bolesne).

W następny weekend miało dojść do Grand Prix Bahrajnu. Co prawda bez kibiców na trybunach, ale jednak. Później F1 pojechałaby do Wietnamu i Chin. Wszystkie te zawody zostały przesunięte. Najnowszy komunikat mówi, że pierwszy wyścig rozegrany zostanie pod koniec maja w Europie, co sugeruje Monako, jednak według plotek początek sezonu nastąpić może dopiero… 7 czerwca w Baku. Niezależnie od tego, jaka zapadnie decyzja, cała sytuacja jest jedną wielką kompromitacją maszyny dostarczającej rozrywkę, jaką jest Formuła 1. Zamiast podjąć kroki zapobiegawcze, starano się doprowadzić do rywalizacji za wszelką cenę. Dobrze, że się to nie udało, bo patrząc na historię motorsportu, często gdy próbowano tak robić, zazwyczaj ktoś ponosił tego konsekwencje. I nie był to organizator czy działacz popijający szampana.

Rafał WANDZIOCH