Pyrrusowe zwycięstwo republikanów? Wybory połówkowe w USA zaskoczyły demokratów i rozczarowały zwolenników Trumpa.

Poziom poparcia wyborców dla Joe Bidena według sondażu Ipsos to zaledwie 39%. fot. Pixabay

Amerykańskie wybory połówkowe zaskoczyły komentatorów. Wstępne wyniki sugerują, że spędzająca demokratom sen z powiek czerwona fala nie zdołała się zmaterializować. Demokraci mają szansę na utrzymanie Senatu. Izba Reprezentantów zapewne znajdzie się pod kontrolą zaskakująco małej republikańskiej większości. Czy obecne wyniki to powód do zadowolenia dla Joe Bidena? Czy trumpizm straci na znaczeniu? Jaką rolę odegra w 2024 roku gubernator słonecznej Florydy? 

Wtorkowe głosowania, w których amerykańscy wyborcy wybierali m.in.: cały skład Izby Reprezentantów, 35 senatorów, kilkadziesiąt władz stanowych, przez ostatnie miesiące skupiały na sobie uwagę demokratów i republikanów. Stawką tych wyborów była kontrola nad Kongresem, której zdobycie pomogłoby w działaniach administracji prezydenta Bidena lub skazało ją na dwuletni klincz w przypadku wygranej republikanów. Głosujący mogli potraktować te wybory jako swoiste referendum oceniające prezydentury Bidena i wciąż bardzo zaangażowanego politycznie Donalda Trumpa. Mimo wielu różnic łączy je jedno: wyjątkowo niska popularność obydwu prezydentów. 

Według sondaży faworytami byli republikanie. Na ich korzyść działało zaniepokojenie wyborców wynoszącą ponad 8% inflacją. Strach wśród wyborców wzbudzały kwestie nielegalnej imigracji i brutalnej przestępczości, w których to tematach republikanie cieszą się dużym zaufaniem elektoratu. Republikanom sprzyjały też historyczne tendencje do odwracania się głosujących w wyborach połówkowych od partii urzędującego prezydenta. Po stronie swojej partii w kampanię zaangażował się Trump, promując kandydatów głoszących teorie spiskowe o rzekomej uzurpacji urzędu Prezydenta przez Bidena. Pod wpływem byłego prezydenta wiele republikańskich prawyborów wygrali radykalni kandydaci, częstokroć pokonując dotychczasowych kongresmenów i członków partyjnego establishmentu.  

Demokratom prócz inflacji problemów przysparzały spory między progresywnym skrzydłem pragnącym zdecydowanych reform społecznych a centrystami dążącymi do kompromisów z republikanami. Szerokim echem odbiła się konieczność negocjowania wielu inicjatyw legislacyjnych administracji Bidena nie tylko z kilkorgiem republikańskich senatorów potrzebnych do przełamania tzw. filibuster, lecz również z demokratycznymi senatorami Joe Manchinem z Wirginii Zachodniej czy Kyrsten Sinemą z Arizony. Wyrok Sądu Najwyższego znoszący precedens Roe v. Wade w sprawie prawa do aborcji dał nadzieję na zmniejszenie porażki, lecz sondaże tuż przed wyborami wskazywały na ostudzenie zainteresowania tematem wśród wyborców. 

W tych okolicznościach wyniki sugerujące bardzo małą większość republikańską w Izbie Reprezentantów i możliwość utrzymania Senatu przez demokratów są dużym zaskoczeniem. Prezydent Biden może chwilowo odetchnąć z ulgą, zwłaszcza że kilka kompromitujących porażek ponieśli szczególnie wspierani przez Trumpa kandydaci. Dobrym tego przykładem jest doktor Mehmet Oz, który przegrał walkę o jedno z przysługujących Pensylwanii miejsc w Senacie z demokratą Johnem Fettermanem. Republikanie nie wykorzystali swojej szansy na wielką wygraną i utorowanie drogi do reelekcji Trumpa. Zdaje się wręcz, że jego zaangażowanie w kampanię wyborczą, połączone z obaleniem Roe v. Wade zadziałało na młodych, liberalnych wyborców niczym płachta na byka. 

W dalszej perspektywie osłabienie Trumpa może się okazać dla demokratów groźne, ponieważ na Florydzie wyrasta nowa gwiazda republikanów, kontrowersyjny gubernator Ron DeSantis, który wywalczył we wtorek reelekcję, przyciągając do siebie wielu latynoskich wyborców. Jest to kontynuacją trendu zapoczątkowanego przez Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich w 2020 roku. DeSantis jest ultrakonserwatywnym zwolennikiem silnej kontroli granic i systemu edukacji. Jest też stosunkowo młody, elokwentny oraz silnie promowany przez stację Fox News. Jego ewentualne zwycięstwo w rywalizacji z byłym prezydentem nie będzie jednak końcem trumpizmu, lecz jego utrwaleniem w sercu republikańskiej tożsamości. Czyni go to poważnym zagrożeniem dla demokratów w wyborach prezydenckich w 2024.  

Oskar KMAK