Donald Trump pogromcą NATO?

Nowy rok, zamiast oczekiwanej odwilży po trudnym 2025, przyniósł kolejne międzynarodowe napięcia. Prezydent USA Donald Trump, mimo noworocznych życzeń pokoju na świecie, zdążył dokonać interwencji w Wenezueli, a także wielokrotnie zagrozić Danii. Nie łagodzi też i tak już napiętej sytuacji niepochlebnymi komentarzami na temat zasadności funkcjonowania Sojuszu Północnoatlantyckiego z perspektywy amerykańskiej. Pozostali sojusznicy stoją przed trudnym wyborem: przyjąć dyktat USA czy stawić opór?
„NATO potrzebuje nas dużo bardziej niż my NATO” – stwierdził 11 stycznia w kontekście kryzysu arktycznego prezydent USA. Członkowie Paktu mogli czuć się jednak niepewnie jeszcze przed zaostrzeniem sytuacji związanej z Grenlandią. Donald Trump przez większość swojej aktywności politycznej atakował Sojusz. W niektórych swoich wypowiedziach podważał nawet zasadność ochrony Europy przed Federacją Rosyjską. Pod koniec roku, administracja Stanów Zjednoczonych opublikowała nową strategię bezpieczeństwa narodowego. Zakłada ona podział świata wedle stref wpływów, a także większą nieufność wobec organizacji międzynarodowych. Atakuje także politykę Unii Europejskiej. Pod ostrzałem znalazła się m.in. unijna polityka migracyjna i europejskie regulacje gospodarcze. Wszystko to poważnie podważyło jedność Zachodu.
Arktyczna awantura
Grenlandia jest duńskim autonomicznym terytorium zależnym. Od dawna stanowiła sól w oku amerykańskich polityków. Rząd USA od czasów Zimnej Wojny przywiązywał dużą wagę do wyspy w kontekście obronnym. Teren arktyczny dla Stanów Zjednoczonych próbował pozyskać prezydent Harry Truman, oferując Danii 100 milionów dolarów. Obecnie znaczną uwagę temu terytorium poświęca cała administracja urzędującego prezydenta. Ameryce nie wystarcza już obecność własnego wojska, jest zainteresowana wcieleniem autonomicznego terytorium do swoich granic. Do tego dochodzi kwestia przejęcia grenlandzkich złóż ziem rzadkich oraz innych surowców. Topniejące lodowce częściowo ułatwiają dostęp do cennych minerałów. „Naprawdę potrzebujemy tytułu do ziemi, jak mówią w świecie nieruchomości” — określił swoje stanowisko przywódca USA. Jednym z głównych argumentów stosowanych przez Waszyngton jest niewystarczająca siła Kopenhagi do obrony wyspy przed Rosją lub Chinami.
Politycy zdają się nie przejmować traktatami międzynarodowymi. Gdy oferty zakupu wyspy nie przyniosły rezultatu, na wszelkich konferencjach z udziałem amerykańskiej administracji realne stały się groźby ataku i przejęcia wyspy siłą. Marco Rubio po fiasku rozmów z Ministerstwem Spraw Zagranicznych Danii stwierdził, że operacja militarna jest możliwa. Polska Agencja Prasowa poinformowała, iż sekretarz stanu zapytany o ryzyko rozpadu NATO nie udzielił uspokajającej odpowiedzi. „Każdy prezydent zawsze zachowuje opcję użycia siły’’ – odpowiedział dziennikarzom. I choć podkreślił on przy tym wagę dyplomacji, to kontrastuje to z jego wcześniejszymi wypowiedziami, w których przeważała chęć pokojowego rozwiązania sytuacji. Według „New York Times” Rubio poinformował członków amerykańskiego Kongresu, że Trump preferuje rozwiązanie finansowe, zamiast militarnego.
Zbrojne wtargnięcie na terytorium innego członka NATO (jakim jest Dania) stanowiłoby kompletne zaprzeczenie fundamentalnym zasadom, które budują Sojusz. „Myślę, że amerykańscy wojskowi dowódcy wybiją z głowy administracji cywilnej tego rodzaju działania. Bo wtedy byśmy mówili o końcu NATO – takiego, jakie znamy dzisiaj” – stwierdził na łamach Polskiego Radia 24 dr Przemysław Kwiatkowski, specjalista w tematyce stosunków międzynarodowych. Pod uwagę nie jest również brany przez Amerykanów lokalny rząd Grenlandii. Władze wyspy ewidentnie nie są zainteresowane aneksją przez USA. „Jeśli mamy wybierać między USA a Danią, to wolimy być częścią Królestwa Danii”– jednoznacznie stwierdził premier Grenlandii Jens-Frederik Nielsen po rozmowach z premierką Danii, Mette Fredriksen.
Niektórzy politycy starają się załagodzić sytuację. Część Kongresu, w tym ledwie kilku Republikanów, stara się zablokować agresywną politykę. „Kyiv Post” poinformował, iż Partia Demokratyczna przedstawiła w izbie projekt wymierzony w działania administracji prezydenta. Ustawa ma mieć moc zablokowania podjęcia jakichkolwiek działań zaczepnych wymierzonych w sojusznika. Donald Trump zdaje się jednak nie zważać na sprzeciw kongresmanów i kontynuuje swoją retorykę względem Danii oraz jej terytoriów zależnych.

Zjednoczenie Starego Kontynentu
Europa w większości wydaje się zgodnie opowiadać przeciwko amerykańskim planom przejęcia wyspy. Dania zwiększyła obecność swoich wojsk, a także zarządziła ćwiczenia militarne. W owych manewrach udział mają wziąć żołnierze z wielu państw europejskich. W ich gronie znajdziemy m.in. Niemcy albo Francję. Wysłanie swoich sił rozważa nawet niesłynąca z potęgi militarnej Estonia (przy czym należy podkreślić, że żaden z sojuszników nie oddelegował do tej pory znaczących pod względem liczebności sił). Zachowawczą politykę stara się prowadzić rząd Donalda Tuska. Polski premier na konferencji prasowej stwierdził, że ,,próba zaboru terytorium państwa, które jest członkiem NATO przez drugie państwo, które jest członkiem NATO, i to są w dodatku Stany Zjednoczone, to byłby koniec takiego świata, jaki znamy i który nam przez dziesięciolecia gwarantował bezpieczeństwo”. Z drugiej strony premier wykluczył jednak możliwość obecności polskich wojsk na Grenlandii.
Oczywiście żaden z europejskich przywódców nie jest w stanie wyobrazić sobie konfliktu z USA. 17 stycznia Donald Trump zagroził nałożeniem nowych ceł na kraje europejskie. Dalsze trwanie kryzysu wokół Grenlandii nie sprzyja realizacji celów polityki europejskiej. Im dłużej oczy amerykańskich polityków są zwrócone na Nuuk, stolicę Grenlandii, tym mniejsza uwaga Stanów Zjednoczonych jest poświęcona sprawom związanym ze wschodnią flanką NATO, a także sytuacją na Ukrainie. W tym kontekście szczególnie alarmującym sygnałem jest stosunek prezydenta USA do przywódcy Ukrainy. „Po prostu uważam, że jest mu trudno dojść do tego miejsca” – tak Donald Trump ocenił dążenia Wołodymyra Zełenskiego do zawarcia pokoju.
Sytuacja ta jest korzystna dla prezydenta Rosji, Władimira Putina. Tarcia w NATO są wymarzonym scenariuszem dla Moskwy. Na ten temat wypowiedział się dla CNBC Jamie Shea, ekspert do spraw obrony i bezpieczeństwa międzynarodowego w think tanku Chatham House. Prezydent Rosji „byłby zachwycony, widząc dalsze podziały i niespójność w NATO oraz potężny kryzys transatlantycki, który mógłby skłonić USA do zaprzestania wspierania Ukrainy i wycofania wojsk amerykańskich z Europy”. Dla CNBC wywiadu udzielił również Edward R. Arnold, pracujący naukowo dla brytyjskiego think tanku RUSI, który stwierdził, że gdyby aneksja Grenlandii stała się realna, oznaczałoby to, że „NATO w rzeczywistości samo się politycznie pochłonie”.

Parlament europejski może zablokować porozumienie z USA w sprawie wzajemnych ceł./Źródło: Wikimedia Commons (CC BY-SA 3.0), fot. Diliff
Zasłona dymna
Ostatnie miesiące nie były okresem, który urzędująca administracja USA będzie wspominać z uśmiechem na twarzy. Składa się na to jesienna blokada finansowania federalnego, afera Epsteina czy sukcesy Demokratów w lokalnych wyborach. Druga główna partia w Stanach Zjednoczonych złapała wiatr w żagle. To wszystko nie wpływa pozytywnie na pozycję prezydenta. Wedle sondażu przeprowadzonego dla CNN, aż 63% Amerykanów negatywnie ocenia działania przywódcy USA. Republikanie mają czego się obawiać przed wyborami połówkowymi do Kongresu.. Donald Trump mógł liczyć na to, że agresywne posunięcia międzynarodowe i prognozowane szybkie zwycięstwa podreperują sondaże. Mogło to być jedną z przyczyn interwencji w Wenezueli i rozpętania arktycznego kryzysu. Tak się jednak nie stało. Według agencji Reuters i firmy Ipsos pomysł przejęcia Grenlandii cieszy się poparciem tylko 17% amerykańskiego społeczeństwa. Do tego od polityki prezydenta Trumpa odwracają się już nawet niektórzy Republikanie.
Sytuacja pozostaje bardzo napięta. Analizując działania podejmowane przez rząd Stanów Zjednoczonych, można dojść do wniosku, że powojenny ład międzynarodowy, oparty na sile oraz jedności Sojuszu Północnoatlantyckiego, chwieje się na naszych oczach. Donald Trump z pewnością spogląda już w stronę jesiennych wyborów połówkowych. Zapewne będzie chciał zakończyć problem Arktyki najszybciej, jak się da. Do tego dochodzi napiętrzanie się problemów międzynarodowych. Iran, Kuba czy Kolumbia nie pozostają obojętne ani dla administracji, ani dla opinii publicznej. Może to oznaczać większą śmiałość w działaniach w różnych częściach świata. Wobec wyczerpywania się formuły atlantyckiej największy problem stoi przed Europą. Przywódcy Starego Kontynentu muszą się zastanowić, czy dalsze opieranie swojego bezpieczeństwa na USA ma sens. Przede wszystkim zaś – czy chcą zachować jakąkolwiek podmiotowość na arenie międzynarodowej.
Jakub BALIŃSKI