Subiektywnie: człowiek roku 2015

12404365_913190502133122_779154377_n

Źródło: wikipedia.pl

Przez jednych pogardzany, przez innych wielbiony, w pewnych domach wspominany z uśmiechem, w pewnych z niechęcią, dla niektórych będący uosobieniem siły woli i cierpliwości, dla reszty symbolem maniakalnej żądzy władzy i frustracji. Jednak wszyscy, którzy potrafią obiektywnie spojrzeć na scenę polityczną współczesnej Polski, muszą przyznać, iż rok 2015 to pasmo jego wielkich sukcesów.

Jedną, podstawową cechę człowieka nietuzinkowego Jarosław Kaczyński posiada z pewnością – budzi emocje. Bez zbędnej przesady można rzec, że mniej lub bardziej świadomie stało się to jego znakiem rozpoznawczym. Jednak, aby zostać najbardziej wpływowym politykiem w kraju, trzeba mieć coś więcej. Prezes Prawa i Sprawiedliwości jeszcze całkiem niedawno powszechnie, nawet przez swych wyborców, uważany był za człowieka przegranego, pozbawionego energii, nierozumiejącego nowych trendów, zamkniętego w hermetycznym środowisku dwudziestu paru procent głosujących. Tymczasem Kaczyński nie tylko wytrzymał próbę ośmiu lat w opozycji, nie tylko podniósł się po tragicznej śmierci swojego brata, nie tylko zniósł negatywną kampanię medialną, ale przeszedł do frontalnej ofensywy.

Po tym jak Donald Tusk opuścił pokład tonącej Platformy i objął stanowisko Przewodniczącego Rady Europejskiej, prezes PiS-u zdał sobie sprawę, że w obozie przeciwników nie ma nikogo, kto mógłby podjąć z nim wyrównaną walkę. Z pewnością godną Kaczyńskiego rywalka nie była Ewa Kopacz, co zresztą pewnie nie bez osobistej satysfakcji podkreślił sam prezes „wysyłając” do miałkiej debaty z byłą premier, Beatę Szydło. Kaczyński doskonale dostrzegł, iż konająca Platforma potrzebuje jedynie pstryczka, aby polecieć w przepaść. Wybór Andrzeja Dudy na kandydata z ramienia PiS na Prezydenta RP, przyjęty gromkim śmiechem, okazał się majstersztykiem. Młody, energiczny, dobrze wykształcony w porównaniu z aroganckim, pewnym siebie, popełniającym gafa za gafą, Bronisławem Komorowskim wypadał w kampanii niezwykle obiecująco. Prezes Kaczyński znakomicie wyczuł, iż wyborcy pragną świeżości, jednocześnie umiejętnie godząc antysystemowość z umiarkowaniem szeroko pojętego centrum. Zwycięskie wybory parlamentarne, dające po raz pierwszy możliwość samodzielnych rządów, pokazały, iż prezes PiS widzi więcej i dalej niż jego rywale.

Wbrew pozorom dorobku sprzed 25 października 2015 roku wcale nie przekreśla początek rządów gabinetu Beaty Szydło. Wojna o Trybunał pozwoliła Kaczyńskiemu po raz kolejny umocnić twardy elektorat i jednocześnie pokonać ostatni bastion III RP. Wbrew temu, co sądzą jego przeciwnicy, to właśnie on jest największym wygranym tego sporu. Sporu skądinąd wywołanego na własne życzenie PO.

Oczywiście, prezes Kaczyński ma też, jak każdy polityk, szereg wad. Po pierwsze, środki, które dobiera do osiągnięcia swych celów, są zupełnie nietrafione. Doskonały przykład to choćby, wspomniana już, batalia o TK. Zamiast nocnych posiedzeń, pisanych na kolanie ustaw i naciąganiu prawa do granic jego możliwości, wystarczyło sprawnie przeprowadzić obniżenie wieku emerytalnego i pozwolić, aby Trybunał uznał ten ruch za niekonstytucyjny. Wówczas społeczeństwo samo z siebie zażądałoby gruntownej reformy TK.

Po drugie, wiedząc o polowaniu mediów głównego nurtu na każde wypowiedziane przezeń zdanie, powinien on jak najbardziej unikać wszelkich uproszczeń i analogii. Niestety, Kaczyński nie zdaje sobie chyba sprawy, że przeciętny Polak czyta zdecydowanie mniej, o ile w ogóle, od niego samego i można manipulować nim do woli. Słynne słowa o „gorszym sorcie Polaków” czy „agentach Gestapo”, choć wyrwane z kontekstu, rządom PiS-u z pewnością nie pomogły.

Tak czy siak, w tej chwili nie ma nikogo w Polsce, kto w jakikolwiek sposób mógłby zagrozić oczywistej wszechwładzy Jarosława Kaczyńskiego. Ani kreowany przez media Ryszard Petru, ani wszelkiej maści Neumanny, Budki, Kosiniaki-Kamysze, ani nawet Grzegorz Schetyna nie są w stanie tego osiągnąć. Jedyne zagrożenie dla Kaczyńskiego to on sam.

Czy prezes Prawa i Sprawiedliwości zdoła udźwignąć tę wielką odpowiedzialność, jaką obdarzyli go wyborcy? Zobaczymy. Nadchodzący rok to na pewno czas wielkich zmian, których jedynie przedsmak stanowiła wojna o Trybunał. Zmiany te, wbrew temu, co się mówi, pisze i krzyczy, były i nadal są przez wyborców PiS-u oczekiwane. Ludzie, którzy stawiali 25 października krzyżyk na liście nr 1, doskonale zdawali sobie sprawę, że to głos na rządy Kaczyńskiego i że to głos na mini-rewolucję. Rewolucję, której wg nich wcale nie należy się obawiać, bo jej celem wcale nie jest zniszczenie demokracji, a jedynie ukrócenie wpływów pewnych grup interesów.

Patryk HALCZAK