Putinokracja

www.onet.pl/ fot. Grigory Dukor

Wybory prezydenckie w Rosji przeszły bez wielkiego echa w światowych mediach.  Zresztą czy w tym przypadku można mówić o jakimkolwiek demokratycznym werdykcie rosyjskiego elektoratu? Skądże. Ta polityczna farsa służyła potwierdzeniu niekwestionowanego przywództwa poprzez wyrażenie ogromnej akceptacji dla władcy Kremla-Władimira Putina.

Nie należę do osób dopatrujących się jakichkolwiek oszustw, fałszerstw i manipulacji przy liczeniu głosów.  Choć stara sowiecka sentencja znanego gruzińskiego zbira głosi, że nieważne kto głosuje, ważne kto liczy głosy, nie mam wątpliwości, że naród rosyjski jest do tego stopnia przesiąknięty postsowiecką mentalnością, że wciąż wierzy w niemal boską moc swego przywódcy. Wielu komentatorów rosyjskich z kręgów dysydenckich czasów ZSRR (m.in. Bukowski) przekonuje zachodnią opinię publiczną, że ludzie popierający innych kandydatów niż ”nowy car Rosji” ( do tego zabawnego określenia jeszcze wrócimy w tym tekście) są postrzegani jako wrogowie państwa i wrogowie narodu. Kiedyś w Związku Radzieckim etykietowano politycznych oponentów epitetami przeróżnymi: kułak, burżuj, rewizjonista, kontrrewolucjonista, imperialista, faszysta etc. Dziś Putin sięga po retorykę nacjonalistyczną (jest w tym pewien paradoks, przecież to były podpułkownik KGB wychowany w sowieckim duchu internacjonalizmu, który musiał przedkładać planowaną rewolucję światową nad narodowe wartości), może nie w takim stopniu, jak ”koncesjonowany” przez niego ”opozycjonista” Żyrinowski, domagający się wchłonięcia przez Rosję krajów bałtyckich. Ów wielkoruski demagog ma również chrapkę na Polskę, niemniej putinowska koncepcja zakłada potencjalne zdobycze terytorialne kolejnych państw niegdyś wchodzących w skład ZSRR lub będących Sowietom podporządkowanym i to są widoczne przejawy nacjonalizmu.

Rosyjskie elity polityczne do dziś nie mogą zrozumieć faktu, że państwa kiedyś będące republikami radzieckimi lub państwa satelickie mają aspiracje proeuropejskie. Dlatego Rosja wiele razy sprzeciwiała się wstępowaniu tych krajów do NATO, ponieważ pewien obszar kiedyś do niej należący postrzega się dziś w otoczeniu Putina jako ”bliską zagranicę”. Rosja chce mieć istotne wpływy w krajach, które po II wojnie światowej zwasalizowała, często w tym kontekście pada słowo ”finlandyzacja”. Ta koncepcja nawiązuje do statusu Finlandii w czasach zimnej wojny, wiele państw jednak się buntuje i stara się przerwać dominację ”rosyjskich panów”. Co ciekawe, Polacy lubią się wtrącać w sprawy innych państw, które nie mają dla nas żadnego znaczenia strategicznego. Polityczni eksperci często przekonują opinię publiczną, że Polska w wizji J. Kaczyńskiego ma być regionalnym liderem, który dąży do wyemancypowania się z zależności od Rosji i Niemiec dzięki dobrym relacjom z USA. Jest to słuszna teza ( idea Grupy Wyszechradzkiej i Trójmorza ma oddalić niemiecką koncepcję Mitteleuropy; wspominam o tym dlatego że po upadku komunizmu ważnym elementem polityki zagranicznej Berlina stała się chęć wypierania z tej części kontynentu Amerykanów. Naszym sąsiadom z zachodniej granicy mają pomagać w realizacji tego pomysłu Rosjanie, co zresztą już widać przy negocjacjach w sprawie Nord Stream 2), natomiast można kwestionować sensowność wspierania nieistotnych państw na mapie politycznej w ich starciach z putinowską Rosją. Gdy Putin odgrażał się Gruzji, Lech Kaczyński natychmiast stanął na czele państw sprzeciwiających się agresywnej polityce Kremla. Rządzący wówczas tym krajem Saakaszwili obecnie jest banitą zarówno w ojczyźnie  w Rosji, jak i na Ukrainie, gdzie chciał robić karierę parlamentarzysty w opozycji do prezydenta Poroszenki. Polacy musieli w swej wielkoduszności wesprzeć tego polityka, choć dziś jest on kompletnym przegranym. Myślę, że tego typu gesty są dość zabawne.

Inną dyskusyjną sprawą w polityce zagranicznej PiS było entuzjastyczne poparcie dla ”rewolucji kijowskiej”, co o tyle zaskakiwało, że uczestniczące aktywnie w tej rewolcie politycy dwóch szowinistycznych ugrupowań( posiadających nadzór nad organizacjami paramilitarnymi) Prawy Sektor i Swoboda od lat domagają się od Polski ”zwrotu” chociażby Przemyśla i Lublina, a zbrodniczą działalność UPA i OUN oceniają jako heroiczną postawę prawdziwych patriotów, zrównując nawet bohaterstwo Armii Krajowej z sadyzmem banderowców. Dla polityków PiS polityka historyczna jest niezmiernie ważna (dowodami są promowanie antykomunizmu Żołnierzy Wyklętych czy sprzeciwianie się kampanii dyfamacyjnej przypisującej Polakom nawet współsprawstwo w Holocauście), jednak takie ignorowanie okrucieństwa Ukraińców wobec Polaków w imię rusofobii, to nie jest żadna realpolitik, tylko jakaś próba dołożenia Putinowi, którego to wcale nie obchodzi. Tę pisowską fiksację antyputinoską można skwitować słowami lidera ND Romana Dmowskiego(notabene świetnego dyplomaty, którego dziś się raczej pomija w dyskursie publicznym, gdyż ze względu na swój nacjonalizm rzeczywiście był antysemitą): ”Wielu Polaków bardziej nienawidzi Rosji niż kocha Polskę”. Polityka symboliczna jest ważna w wydaniu krajowym, ale na arenie międzynarodowej należy  być rozważnym i ostrożnym w tego typu zachowaniach, deklaracjach czy gestach. Polska nie może bowiem zadzierać  z innymi ważnymi graczami tak śmiało ze względu na swoją pozycję w Europie i na świecie. Proszę jeszcze zwrócić uwagę, jak niesymetryczne jest to, co robią Polacy ze swoją prawdziwą lub rzekomą winą historyczną w stosunku do nieustannie głoszonych przez Ukraińców ahistorycyzmów. Aleksander Kwaśniewski przepraszał swego czasu za mord w Jedwabnem (mimo że spory historyków w tej kwestii wciąż trwają, wielu naukowców uważa, że ten mord został zainspirowany przez Niemców, którzy odpowiadali za organizację tego piekła, natomiast prymitywni polscy chłopi, typowa grupa mętów, byli wykonawcami). Tymczasem Ukraina nie potrafi się do dziś rozliczyć z ”rzezią wołyńską”…

Putin zapowiada, że w kolejnej kadencji swego panowania będzie uprawiał politykę twardą i nieustępliwą. Komentatorzy zastanawiają się, czy przy okazji mundialu w Rosji prezydent wykorzysta zaaferowanie całego świata piłkarską rywalizacją i czy w tym okresie jakaś przykrość nie spotka np. Łotwy, Estonii czy Mołdawii. Minister Macierewicz pewnie obawia się, że również Polska jest na celowniku zamordysty z Kremla. Nic z tych rzeczy. Wprawdzie rosnąca militaryzacja Kaliningradu i groźba wystrzelenia Iskanderów niepokoi wielu pesymistów, tym niemniej taktyka wielkoruskiego, w gruncie rzeczy groteskowego neoimperializmu zakłada działanie w krajach, gdzie żyje pewna mniejszość rosyjska, która wciąż jest przywiązana do Rosji.  Tak było chociażby na Ukrainie. W putinowskiej demagogii pojawia się też często koncepcja walki z pogrobowcami faszystowskimi (nie chcę zajmować się tu ideologiami politycznymi XX wieku, ale razi mnie ta rosyjska ignorancja łączącą w jeden twór faszyzm i nazizm; obie koncepcje były zbrodnicze, ale to nie to samo), Łotwa miała swoje dywizje SS, więc trzeba wyzwolić część naszych rodaków z tej matni. Rosyjski nowy car potrafi posunąć się do wielu bulwersujących zagrywek. Casus Czeczenii to przykład perfidii Putina, który  był w stanie mordować swoich obywateli, by mieć pretekst do posadzenia na czeczeńskim tronie swojego człowieka – Ramzana Kadyrowa.  Nie przez przypadek wspomniałem w swoim tekście o mundialu. Przypominam, że w czasie letnich IO w Pekinie Putin zamachnął się na Gruzję, z kolei tuż po zimowych IO w Soczi Rosja postanowiła wziąć się za Ukrainę. Swoją drogą te podboje terytorialne Putina nie mają wielkiego znaczenia dla rzekomej mocarstwowości Rosji (można tu dostrzec analogię do wściekłego fukania przywódcy KRLD na Jankesów. Kim straszy USA wojną nuklearną, by Koreańczycy z Północy myśleli, że ich kraj umie stawić czoła światowemu mocarstwu. Podobnie Putin bawi się w neoimperializm, żeby udowodnić obywatelom swojego kraju, że z Rosją jeszcze nie jest tak źle).

To, że  były funkcjonariusz KGB jest dziś postrzegany przez Zachód jako przykładny wyznawca prawosławia i wręcz uosobienie konserwatyzmu, to oczywiście absurd. Putin celowo pozuje na gorliwego chrześcijanina, by móc wykorzystywać patriarchat, jako „miękką siłę”, do swoich politycznych celów oraz zyskać przychylność środowisk narodowych w Europie Zachodniej. Francuski Front Narodowy, choć hołduje tradycjom świeckim i rozdziałowi kościoła od państwa, dzięki swojemu eurosceptyzmowi wspierany był hojnie przez Putina w trakcie niedawnych wyborów nad Sekwaną. W Polsce omnipotentnego kagiebistę wychwala partia Wolność Korwin-Mikkego, który swoją drogą swego czasu śmiertelnie pokłócił się z Waldemarem Łysiakiem, ponieważ Mikke jako wyznawca legalizmu postrzegał carów Rosji w czasie zaborów jako szlachetnych królów Polski. Jednak nie tylko na nacjonalistów stawia Putin. Jego zainteresowanie budzą wszelkie partie antysystemowe, również te radykalnie antykapitalistyczne, mówiąc wprost lewackie. Hiszpańska Podemos i grecka Syriza również mogą liczyć na finansowe frukty od Putina. To ugrupowania, których przedstawiciele byliby pewnie w stanie bronić nawet Pol Pota. W końcu w imię sprawiedliwości społecznej szlachetna idea komunizmu nie musiała się liczyć z ludzkim życiem, liczyła się właśnie utopijna idea.

Postawiłem już tezę, że Polsce nie grozi wojna z Rosją, jednak muszę zaznaczyć, że miałem na myśli wojnę rozumianą w kategoriach konfliktu zbrojnego. Chyba każdy ma świadomość tego, że Rosja prowadzi dziś z Polską wojnę hybrydową. Co ciekawe, Putin sprawił, że jego kraj ma do tego wiele środków. Rosyjska agencja informacyjna ”Sputnik”, a przede wszystkim główna tuba propagandowa Kremla – Russia Today wtłaczają do głów wielu ludzi kłamliwą wizję rzeczywistości. Cała masa rosyjskich trolli internetowych i hakerów działa pełną parą. Nie przez przypadek wiele słyszeliśmy o ingerencji Rosjan w wybory w USA. Putin dąży do tego, by dzięki przekazowi jego propagandystów ludzie mieli wyobrażenie o Rosji jako twierdzy oblężonej, miejscu prześladowanym z racji kontrrosyjskich resentymentów społeczności międzynarodowej.  Putin chce mieć dobry PR, więc dba o to, by jego wizerunek ocieplali celebryci czy ludzie powszechnie znani niemal na całym świecie. To właśnie dlatego władca Rosji zjednał sobie Gerarda Depardieu, znanego z filmów o Asteriksie i Obeliksie czy Stevena Seagala, który grał w wielu, raczej niskiej jakości filmach sensacyjnych. Niedawno Putin spotkał się z Oliverem Stonem (to znany reżyser z USA, nie wiem, czy go trzeba przedstawiać, zrobię to w każdym razie, by pokazać z kim rozmawiał Putin. Stone to człowiek, który kocha lewicowe skrajności,  w politykę wdaje się od lat, nakręcił świetny film o Wietnamie ”Pluton”, który miał jeden mankament – przedstawiał żołnierzy US Army jako krwawych sadystów, znęcających się nad biednymi Wietnamczykami. Robił też filmy pogrążające republikańskich prezydentów: poruszył wątek afery Watergate, by uderzyć w Nixona. Natomiast w innym swoim filmie dał się we znaki Bushowi).

Oliver Stone oceniał Putina tak tromtadracko, że można wyciągnąć wniosek, iż rosyjski autokrata jest wspaniałym, charyzmatycznym przywódcą na miarę Churchilla (akurat Polacy go recenzują jako wielkiego cynika) czy De Gaulle’a.  Putin zatem cieszy się, że dostaje laurki od ludzi z Zachodu, jednak warto podkreślić, że to nie pierwszy przypadek, gdy ludzie znani i często podziwiani wspierają otwarcie antydemokratycznych przywódców. Amerykanka Jane Fonda pozowała do zdjęcia z żołnierzami komunistycznego Vietcongu, którym sprzeciwiała się jankeska armia. John Lennon w przypływie pacyfistycznego pragnienia pokochał Mao Tse Tunga. As futbolu Diego Maradona przyjaźnił się z Fidelem Castro, Hugo Chavezem (obecnie broni jego następcę, wenezuelskiego dyktatora Maduro), Evo Moralesem, czcił też Che Guevarę, wytatuował sobie nawet jego podobiznę na ramieniu. Swego czasu Madonna upodobniła się do Che, by uczcić urodziny nieżyjącego już ”bojownika” i ”romantycznego rewolucjonistę”. Promowanie wizerunków drani, którzy nie wahali się mordować innych w imię swoich szalonych idei jest bardzo niebezpiecznie, tym bardziej, że wiele ludzi wyrabia sobie opinie na podstawie sugestii własnych idoli.

Doradcy Putina szafują często ideologią panslawistyczną, którą zapoczątkowano zresztą w Europie po upadku Napoleona, gdy carska Rosja chciała poszerzyć swoją strefę wpływów i z uporem lepszej sprawy przekonywała o konieczności solidaryzowania się narodów słowiańskich. (dziś na tę propagandę podatni są chyba tylko Serbowie). W każdym razie ludzie Putina perswadują stale, że „Gejropa” (to określenie kremlowskich demagogów) straciła moralność i siły witalne, nie potrafi walczyć z islamizacją, więc w obliczu tej degrengolady niech wszyscy znajdą się pod butem Matuszki Rossiji.

Władimir Putin nie marzy o żadnej militarnej hekatombie w Europie Zachodniej, za to lubi podszczypywać swoich przeciwników z NATO. Ostatnie wydarzenia w Salisbury świadczą o tym dobitnie. Co ciekawie, choć Rosja nie ma kwitnącej gospodarki (gdy azjatyckie tygrysy, np. Korea Płd czy Singapur stawiają na rozwój nowoczesnych technologii, siermiężna Rosja stoi w tyle i nadal jest uzależniona od cen ropy i gazu), jednak w tamtejszych laboratoriach odpowiedni fachowcy pracują nad kolejnymi truciznami i generalnie są w tym aspekcie niezrównani. Najpierw kara spotkała Litwinienkę, który został otruty radioaktywnym polonem, teraz nowiczuk dopadł Skripala. Wiktor Suworow nie mylił się, gdy pisał swego  czasu, że do rosyjskich tajnych służb można wstąpić, ale skończyć kariery bezpieczniaka to już nie da. W rzeczy samej. Rosyjska siatka wywiadowcza jest tak rozbudowana, że MI5, MI6, FBI, CIA to przy niej przedszkole. Przypominam, że specsłużby rosyjskie wsławiły się perfekcją wywiadowczą w czasach II wojny światowej, gdy Stalin całkowicie zinfiltrował swoich anglosaskich sojuszników (kto nie słyszał o Kimie Philbim), później w czasie zimnej wojny Sowieci mieli swoje wtyczki w organizacjach pacyfistycznych. KGB animowała przeróżne demonstracje pacyfistów, którzy przy wtórze lewicowych intelektualistów postulowali, by Ameryka się rozbroiła i zrezygnowała z broni atomowej – jakoś od państw prokomunistycznych tak wiele owi pożyteczni idioci (określenie Lenina) nie żądali. Jak widać również dzisiaj Rosja ma swoich ludzi na Zachodzie.

Śmieszy mnie trochę ta rzekomo stanowcza reakcja Zachodu wobec putinowskich prowokacji. Przecież interesy gospodarcze z takim dyktatorem można śmiało robić, czego dowodzi plan Nord Stream 2, który ma uzależnić państwa naszego regionu od Rosji. Polacy jednak Putinowi się nie kłaniają, więc gaz będzie dostarczać nam Ameryka Donalda Trumpa. Zresztą miłość Zachodu do Rosji sięga minionych wieków. W drugiej połowie XVIII wieku i w wieku XIX sympatią do caratu zapałali francuscy wolnomyśliciele ( Wolter, Diderot etc.), widząc w carycy Katarzynie, pogromczyni Polski, emanację liberalizmu. Głupotę Zachodu widać było w elukubracjach kolejnych intelektualistów (Sartre, Shaw) czy publicystów (pismak ”New York Timesa” Walter Duranty negował Wielki Głód na Ukrainie, egzystencjalista Sartre twierdził, że Rosjanie są takimi ludźmi pracy, że harują w pocie czoła w gułagach, bo to sprawia im przyjemność). Rosyjska mentalność to jednak prymitywizm i brak skrupułów. Napoleon w książce Łysiaka ”Cesarski Poker” konstatuje słusznie: ”To nie ludzie, to Scytowie”. Trudno się dziwić opinii cesarza Francuzów, skoro po wtargnięciu Wielkiej Armii do Moskwy w 1812r. gubernator Roztopczyn rozkazał spalić doszczętnie tę dzisiejszą stolicę Rosji, taki to afekt matoła musiał dać popalić boga ducha winnym Rosjanom. Gwałty i grabieże Armii Czerwonej ”wyzwalającej” Polskę to też idealny przykład zezwierzęcenia sowieckich sołdatów. Notabene ostatnio w polityce historycznej nie tylko z Izraelem mamy problem. Również można zauważyć pewne perturbacje w związku z pomrukami z Kremla. Szowinista rosyjski myśli sobie: jak to tak oczerniacie naszych bohaterskich żołnierzy, którzy pokonali hitlerowskiego okupanta i przynieśli wam ”wolność”. ..

W Rosji mówi się z egzaltacją o ”demokracji suwerennej”. Jest to absurdalne określenie. Może teraz się komuś narażę, ale śmieszy mnie nie mniej niż tzw. demokracja liberalna, która neguje demokratyczność państw, w których władzę sprawują politycy konserwatywni. Absolutnie żadni to ekstremiści, są to po prostu ludzie o poglądach konserwatywnych, prawicowych, którzy wyłamują się ze schematu mainstreamu. W ZSRR była mowa o ”demokracji ludowej”. Takie nazewnictwo nie podoba się politycznemu analitykowi Jarosławowi Guzemu: ”Istnieje tylko demokracja bezprzymiotnikowa”. W przypadku Rosji jednak już samo mówienie o demokracji w tym kraju to spore nadużycie, o czym każdy skądinąd poza imperium Putina wie.

Czemu ma służyć ta zawoalowana terminologia. Argumentowaniu, że Putin nie chce dawać się rozgrywać i szantażować przez Zachód, o tym, że jego kraj nie podlega jakimś podejrzanym zachodnim jaczejkom i o tym, że Putin ma pełną autonomię w rządzeniu swoim potężnym (tylko powierzchniowo-sic!) krajem.

Było już  o mentalności Rosjan, to dodam na koniec wątku parę słów na ten temat. Dziś w Rosji najbardziej znienawidzonym przywódcą jest Michaił Gorbaczow. Zrujnował ZSRR, był koncyliacyjny, ugodowy wobec wielkiego amerykańskiego prezydenta Ronalda Reagana. W dodatku nosił rolexa, w głowie mu była nie wołga, tylko luksusowe auta z Zachodu. Za to Stalin według badań niezależnego (w Rosji istnieją też pewne niezależne ośrodki) instytutu Lewady jest czczony przez większość społeczeństwa. Putin swego czasu powiedział otwarcie, że upadek ZSRR był największą klęską geopolityczną XX wieku, był to też siarczysty policzek dla Rosjan. Dziś Stalin jest czczony przez epigonów komunizmu (kandydat partii komunistycznej uplasował się tuż za Putinem w wyborach), za to Lenin nie może być otaczany taką czcią, ponieważ wywołał rewolucję, a Putin nie chce mieć swojego Majdadu w Moskwie. To oczywiście nierealne, ale jednak ten władca absolutny Rosji ma pewne obawy.

Swoją drogą Putin jest postrzegany przez krytyków Kremla jako zapadnik, czyli zwolennik zachodnich trendów, człowiek o szerszych horyzontach, on teoretycznie nie jest swój. Niemniej pragmatycznie nie planuje wydźwignąć Rosji z cywilizacyjnego zaścianka, podsyca tę osobliwą mentalność u swoich poddanych. Wiktor Suworow w ”Alfabecie Suworowa” pisze, że już Piotr Wielki stroił swoich żołnierzy w stylu zachodnim, bo wstydził się tego kacapskiego obciachu. Przecież Rosja nie musi być teoretycznie państwem zacofanym, literaturę rosyjską przerabiał w szkole każdy czytelnik tego tekstu. Postrzeganie Putina daje mi przyczynek do analogii z obecnym premierem Polski. M. Morawiecki jest oceniany przez żelazny elektorat PiS jako technokrata, człowiek biznesu i elit, dodatkowo wyprany z emocji, czyli jako obce ciało w PiS, które jest przeciwieństwem swojskiej Beaty Szydło.

W czasie zimnej wojny armie ZSRR i USA nie walczyły bezpośrednio ze sobą. Oba ówczesne mocarstwa skupiły się na wspieraniu określonych obozów politycznych w wielu krajach. Korea, Wietnam czy Afganistan to przykłady najbardziej oczywiste. Można też wspominać o wynoszeniu do władzy przez Jankesów prawicowych dyktatorów w Ameryce Łacińskiej: słuszne exemplum to Chile i dyktatura pryncypialnego antykomunisty Pinocheta. Dziś miejscem rywalizacji obu państw jest Syria. Stany Zjednoczone mając na względzie interesy Izraela dążą do obalenia syryjskiego dyktatora Bashara al-Asada i są też na kursie kolizyjnym z Iranem. W działaniach Amerykanów widać dużą hipokryzję. Ich wielkim sojusznikiem jest bowiem Arabia Saudyjska, czyli islamska monarchia absolutna, gdzie niedawno łaskawie pozwolono kobietom prowadzić samochód. Tymczasem Iran propaguje islam liberalny, kobiety mają wiele praw, rozwija się tam też kultura i sztuka, ludzie mogą odwiedzać nowoczesne muzeum, w którym są zebrane dzieła sztuki największych malarzy (chociażby Moneta czy Goyi).

Wspomniałem o USA, teraz kilka słów o Rosji. Wiele mówi się o tym, że Putin chce w Syrii wypróbować swoją broń. W czasie parad zwycięstwa widać, jak Rosjanie prężą muskuły, jednak nie wiadomo, jaka jest prawdziwa wartość bojowa ich sprzętu, zatem żeby się o tym dowiedzieć, angażują swoje siły w Syrii. Sytuacja na Bliskim Wschodzie jest więc porównywana z wojną domową w Hiszpanii, gdy trzy państwa totalitarne chciały się przekonać, jaką siłą uderzeniową dysponują. Sytuacja jest analogiczna również dlatego, że nie sposób oceniać jednoznacznie, kto w tym starciu jest dobry, a kto zły. W przypadku prawicy Franco to wybitny przywódca, dla lewicy to potwór. Nie ma wątpliwości, że USA odpowiadają za destabilizację Bliskiego Wschodu i Maghrebu. Waldemar Łysiak uważa, że amerykańska wina w podsycaniu fundamentalizmu islamskiego zaczęła się w Europie, gdy oderwano od Serbii spory obszar będący kolebką tego bałkańskiego państwa, by utworzyć Kosowo. Sądzę jednak, że w powszechnej świadomości istnieją dwa arcyważne wydarzenia, które doprowadziły do destabilizacji Bliskiego Wschodu. Mam na myśli obalenie Hussaina i Kadafiego. Cała arabska wiosna wywołana przez Obamę pod naciskami Hilary Clinton należącej do grupy wojennych jastrzębi bynajmniej nie zdemokratyzowała tych krajów, dała za to możliwość sięgnięcia po władze ekstremistom islamskim, przyczyniła się też do kryzysu migracyjnego. W obliczu tych wydarzeń trudno jest mi potępiać Putina. Mam wrażenie, że to Ameryka zawiniła w większym stopniu akurat w tym aspekcie.

Wspomniałem już o antyputinowskim fanatyzmie polityków PiS, teraz dodam jeszcze parę słów na ten temat. Nie ukrywam, że rozbawiła mnie ostatnia zapowiedź bojkotu mundialu w Rosji ze stron rządowych szych z powodu otrucia Skripala. Świat służb specjalnych pełen jest takich dziwnych zdarzeń, jednak  ten incydent nagłośniono w mediach całego świata i zrobiła się burza. Niesłusznie, skończy się na groźbach, być może pewnych sankcjach gospodarczych, po czym wszyscy wrócą nad tym do porządku dziennego. Niewykluczone, że fakt, iż MŚ odbędą się w Rosji, wzmocni politycznie Putina. Może to nawiązanie historyczne będzie przesadą, ale dziś nie ma wątpliwości, że igrzyska olimpijskie w Monachium w 1936r. były manifestacją niemieckiej potęgi organizacyjnej i logistycznej tuż przed anschlussem Austrii i zagarnięciem Czechosłowacji. ”Świat się dowiedział, nic nie powiedział”, cytując Kazika. W historii IO doszło przecież nawet do zamordowania sportowców z Izraela przez palestyńskich ekstremistów. W czasie zimnej wojny kraje komunistyczne zbojkotowały IO w Los Angeles, natomiast świat kapitalistyczny zignorował imprezę w Moskwie. Dziś takie rozwiązanie nie wchodzi w grę ze względu na popularność i dochodowość  futbolu; również dlatego że piłka nożna ma tak ogromną siłę oddziaływania, iż ewidentnie wykracza poza sport. Przypominam, że Sepp Blatter (najbardziej skorumpowany szef FIFA w historii) swego czasu pokpiwał sobie, że ma większy wpływ na losy świata niż ludzie podejmujący kluczowe decyzje w ONZ. Blatter znał się na polityce. RPA dostała mundial w 2010r. m.in. ze względu na popularność czy wręcz kult Nelsona Mandeli jako człowieka, który wyzwolił swój kraj z koszmaru apartheidu. Blatter wyczuł, że dziś świat zachodni jest szczególnie wyczulony na wszelkie przejawy rasizmu (cały świat piłkarski przyłącza się do walki z dyskryminacją rasową w każdej postaci. Przykładem może być kampania UEFA, w której propagowano hasło:”No racism”). Jednak późniejsze turnieje (pomijam teraz Brazylię, a więc w Rosji w 2018 i Katarze w 2022 roku) raczej już nie ocieplą wizerunku FIFA. Oba kraje nie mają nic wspólnego z demokracją i praworządnością w stylu europejskim. O państwie Putina już napisałem sporo, Katar to imperium szejków, którzy ostatnio notabene zaczęli sporo inwestować w futbol, więc chcą teraz gościć świetnych piłkarzy u siebie. Mimo że warunki atmosferyczne w tym kraju zaburzą terminarz rozgrywek ligowych w Europie, kasa sprawiła, że to właśnie to państwo, słynące z wielkich drapaczy chmur, zorganizuje mundial. Wartości przestały mieć znaczenie dla FIFA, jak widać, przyznanie RPA imprezy było zwykłą zmyłką. Skoro oligarchowie rosyjscy wyłożyli na stół mnóstwo forsy, trzeba było podjąć odpowiednią decyzję.

Często można usłyszeć w mediach opinie, że Władimir Putin to niezwykle zręczny polityk, który potrafi rozwiązywać największe problemy. Oczywiście nikt dziś w Rosji nie składa Putinowi hołdów, nie ma w tym największym państwie świata kultu wszechpotężnego kagiebisty. To nie są czasy Stalina. Tak czy inaczej obywatele wypowiadają się o swoim dzielnym wodzu z wielką estymą. Jednak nieraz nowy car potrafi się wygłupić. Jakiś czas temu eurodeputowany PiS R. Czarnecki w przypływie głupoty porównał swoją przeciwniczkę z Parlamentu Europejskiego do szmalcowników. Od razu w związku z tym wybuchła histeria, Europa dowiedział się, kim byli szmalcownicy. Polakom znowu przyznano prymat w szerzeniu antysemityzmu. Ale nie tylko Polacy potrafią się politycznie ośmieszyć. Waldemar Łysiak w kapitalnej antyputinowskiej powieści ”Lider” przypomniał, że obecny rosyjski przywódca kilka lat temu podjął kuriozalną decyzję, by Dzień Jedności Narodowej upamiętniał wydarcie przez Rosjan Kremla z rąk polskich. Cała rzesza rosyjskich obywateli dowiedziała się o tym, że kiedyś, konkretnie na początku XVII wieku Polacy zdobyli Kreml, więc Putin przypomniał w ten sposób upokarzający fakt historyczny. Okazało się, że dumny Rosjanin musiał uprzytomnić sobie swą historyczną martyrologię, jaką zagwarantowali mu ”Polaczyszki”.

Ulubioną postacią historyczną Putina jest Piotr Wielki. Stalin uwielbiał Iwana Groźnego, widać więc na tej podstawie, że Putin psychopatą w przeciwieństwie do sowieckiego dyktatora nie jest. Ale Putin wychował się w służbach. A dlaczego Stalin tak pokochał przywołanego władcę rosyjskiego? Dlatego mianowicie, że ten założył pierwszą znaną krwawą bezpiekę do terroryzowania społeczeństwa. Oprycznina była inspiracją dla Dzierżyńskiego i jego czekistów, później powstała NKWD, następnie KGB, gdzie służył Władimir Władimirowicz. Dziś Putin otacza się bezpieczniakami, smutni panowie likwidują też kolejnych nieprawomyślnych, a pozycja FSB jest niepodważalna. Kto śmie krytykować Kreml, tego spotka kara. Notabene Putin nienawidzi Moskwy, dlaczego zatem nie przeniesie się do Petersburga? Przecież to tam rozpoczął swoją polityczną karierę. Nawiązałby do caratu, w końcu bolszewia, sowietyzm i całe to paskudztwo go rzekomo odrzuca. Dziś ponoć system władzy w Rosji w 70 procentach tworzą bezpieczniacy. Rosja to państwo służb specjalnych. Za puentę niech posłuży wypowiedź red. Stanisława Michalkiewicza: ”W monarchii władzę przejmują dynastie, w demokracji władzę przekazują sobie służby specjalne”. W demokracji rosyjskiej z pewnością.

Bartłomiej NAJTKOWSKI

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.