Próbny egzamin zdany na pięć

Zwycięstwem reprezentacji Polski zakończyło się ostatnie starcie towarzyskie przed przyszłotygodniowym turniejem o Mistrzostwo Świata Par. Jednak sam wynik nie mówi o tym starciu wszystkiego. Pomimo porażki 54:36 Szwedzi postawili Biało-Czerwonym wysokie wymagania, zwłaszcza w początkowej fazie spotkania.

Przybycie reprezentacji do Poznania pokazuje, że ośrodek ze stolicy Wielkopolski ma się coraz lepiej. Dwa lata temu na torze w lasku golęcińskim jeździła Betard Sparta Wrocław (z powodu remontu Stadionu Olimpijskiego we Wrocławiu), w zeszłym roku do rywalizacji wróciły Skorpiony oraz odjechano jedną rundę Mistrzostw Świata Juniorów. Frekwencja zarówno na meczach ligowych, jak i na starciu Polski ze Szwecją pokazuje, że w grodzie Przemysła jest głód żużla oraz potencjał do zbudowania mocnego zespołu. Jednak, co wyjątkowe dla poznańskich kibiców, w czwartek zdecydowali się przybyć na stadion zdecydowanie wcześniej – zachęciła ich do tego bardzo rozbudowana strefa kibica, pozwalająca miło spędzić czas na obiekcie przed prezentacją zawodników. Włodarze lokalnej drużyny muszą się zastanowić nad takim rozwiązaniem, aby również na spotkania PSŻ-u fani przybywali wcześniej, a dzięki temu nie tworzyli kolejek przy bramkach, co jest problemem lokalnego klubu.

Ostatni sprawdzian

Pojedynek z reprezentacją Trzech Koron był dla Biało-Czerwonych ostatnim sprawdzianem przed zbliżającym się Speedway of Nations – turniejem, który zastępuje Drużynowy Puchar Świata. A konkretnie był to ostatni test duetu Janowski – Drabik. To właśnie tych dwóch zawodników wzmocnionych Patrykiem Dudkiem będzie 8 i 9 czerwca walczyło we Wrocławiu o pierwszy triumf w SoN. Zielonogórzanin w spotkaniu kadry nie wystartował, gdyż zdecydował się bronić tytułu w Memoriale Jancarza. Natomiast dyspozycja wrocławian napawa dużym optymizmem – Drabik (który będzie rezerwowym) zdobył 7 punktów i 2 bonusy, natomiast Janowski zakończył zmagania z dorobkiem 13 oczek. Zdobyłby komplet, gdyby nie wpadka w pierwszym starcie. Można go jednak usprawiedliwić, gdyż w drugim biegu, z powodu kurzu unoszącego się nad torem, nie widzieli nic ani kibice, ani zawodnicy, ani sędzia.

I to właśnie kurz wydaje się być jedynym mankamentem czwartkowego meczu. Z powodu upału golęciński tor (któremu dużo do wzniecania żużlowych zadym nie potrzeba) zaczął szybko wysychać, a tumany pyłu unosiły się po każdym przejeździe zawodników. Można zażartować, że poznaniacy są ostatnio przyzwyczajeni do dużego zadymienia na stadionach… Niemniej po spóźnionej interwencji sędziego i polaniu toru co kolejne dwa wyścigi, zawody udało się odjechać w miarę przyzwoitych warunkach zarówno dla publiczności, jak i zawodników. A dobrze, że publiczność widziała zmagania torowe, bo było na czym oko zawiesić! Poznański owal ma w środowisku opinię obiektu, na którym zazwyczaj o wszystkim decyduje start i pierwszy łuk. Tym razem było inaczej – w kilku gonitwach walka trwała do ostatnich metrów, a w tych, w których ostatecznie do mijanek nie dochodziło, zawodnicy również jechali w kontakcie. Za przykład może posłużyć bieg czwarty i świetna walka pary Janowski – Drabik z Peterem Ljungiem, którego ostatecznie udało się objechać obydwu wrocławianom i zwyciężyć w tym biegu podwójnie. Szwed miał co prawda problemy sprzętowe, jednak bez obierania dobrych ścieżek minięcie go byłoby niemożliwe. Świetną jazdę parą zaprezentowali natomiast w biegu dziesiątym Piotr Pawlicki i Janusz Kołodziej, kiedy to ustawili się na torze tak dobrze, że jadący blisko goście nie byli w stanie ich ominąć.

Prowadzenie w początkowej fazie cały czas przechodziło z rąk do rąk. Dopiero w ósmej gonitwie dnia Polacy wysunęli się na czoło i już nie dali się wyprzedzić do końca zawodów, a jedynie powiększali przewagę. Andersson próbował jeszcze ratować sytuację, stosując rezerwę taktyczną, jednak nie przyniosło to żadnego rezultatu. W ostatnich sześciu wyścigach Polacy czterokrotnie wygrywali w stosunku 5 – 1, co spowodowało przekształcenie dwupunktowego prowadzenia w zwycięstwo osiemnastoma oczkami.

Walka o pozycje

Gdyby w tym roku drużynowy czempionat rozgrywany był w tej samej formule, co w latach ubiegłych, Polska byłaby murowanym faworytem. Gdyby skład z meczu ze Szwecją uzupełnić nieobecnymi tym razem Dudkiem i Zmarzlikiem, siła rażenia byłaby wręcz nieprawdopodobna. Ale że Speedway of Nations to rywalizacja par, już takiej stuprocentowej pewności nie ma. Jako, że do kadry na te zawody łapie się tylko trzech zawodników, reszta walczyła o to, by pokazać, że w każdej chwili mogą kogoś z podstawowej pary zastąpić (rezerwowym musi być zawodnik poniżej 21. roku życia). I wszystkim – poza Zengotą – się to udało. Kadra jest bardzo równa i praktycznie tylko dyspozycja dnia decyduje o tym, który z Biało-Czerwonych zakończy zmagania z największą liczbą punktów. Jest to dobry prognostyk na przyszłość. A trzeba pamiętać, że w kolejce ustawiają się już następni rajderzy, pukający do drzwi dorosłej reprezentacji. Byleby nie zabrakło nam rywali…

Analizując wyniki Szwedów można stwierdzić, że menedżer Morgan Andersson wytypował na SoN możliwie najmocniejsze zestawienie. I o ile pozycja Lindgrena, który jeździ w tym sezonie fantastycznie i jest liderem cyklu Grand Prix, jest niepodważalna, to Antoni Lindbäck musi utwierdzić kibiców w tym, że będzie dobrym doparowym. Pochodzący z Rio de Janeiro zawodnik jeździ w tym sezonie Ekstraligi chimerycznie i często przeplata dobre zawody tymi słabszymi. Występ na Golęcinie być może nie należał do najlepszych, ale też ujmy Toninho nie przynosi. Na pokrzepienie serc warto dodać, że duet Janowski – Hampel pokonał parę Lindgren – Lindbäck podwójnie. Ciężko jednak stwierdzić czy Szwedzi – a zwłaszcza ten pierwszy – jechali w czwartek na pełnię swoich możliwości. Raczej nie, lecz pozytywów nigdy za wiele.

Misja ratunkowa

Zmiana formatu rozgrywania Drużynowych Mistrzostw Świata wywołała w naszym kraju wiele kontrowersji. Oficjalnie Międzynarodowa Federacja Motocyklowa mówi o chęci zaangażowania w walkę o medale większej liczby państw, co ma się przełożyć na popularyzację czarnego sportu w krajach o mniejszej żużlowej tradycji. W końcu dwóch dobrych zawodników jest łatwiej znaleźć niż czterech. Czy to nastąpi? Śmiem wątpić – kilka ekip z peryferii żużlowego świata miało problem ze znalezieniem rezerwowego, którym, jak pisałem, musi być zawodnik poniżej 21. roku życia. Ciężko popularyzować sport, gdy nie ma młodych zawodników – choćby jednego. I o ile argument o chęci popularyzacji sportu jeszcze można jakoś zaakceptować, to format rozgrywania finału jest co najmniej nieuczciwy. Ma on trwać dwa dni, a o złotym medalu i tak zadecyduje bieg finałowy. Chodzi przecież o to, żeby było emocjonująco. Ale czy o to chodzi w sporcie, by drużyna, która wygra przez dwa dni wszystkie biegi podwójnie, mogła w finale przegrać np. przez defekt jednego z zawodników? Prawdopodobieństwo wystąpienia takiego scenariusza jest oczywiście bardzo niskie, ale taki przejaskrawiony przykład ukazuje bezsens sztucznego generowania emocji do końca zawodów.

Pozostaje pytanie, jak długo SoN ma szansę się utrzymać. Mówi się o organizowaniu na przemian Drużynowego Pucharu Świata i zawodów parowych. I wydaje się to rozwiązaniem optymalnym. Bez względu na to, w jakiej formule będzie rozgrywana rywalizacja, Polacy zawsze będą zaliczani do grona faworytów. Potwierdza to starcie ze Szwecją. Marek Cieślak ma coś, czego nie ma żaden inny menedżer kadry narodowej na świecie – głębię składu. Za plecami czołowych zawodników czekają rezerwowi, którzy bez uszczerbku na wyniku są w stanie założyć plastron z Orłem na piersi. Pozostaje tylko trzymać kciuki, byśmy mieli z kim rywalizować.

Rafał WANDZIOCH

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.