Jestem numerem dwa

W wielu dyscyplinach poświęcanie jednego z członków z zespołu dla innego nie jest niczym dziwnym i nie budzi kontrowersji. Przecież w kolarstwie cała grupa pracuje na triumf lidera, a w biegach długodystansowych czymś normalnym jest korzystanie z pacemakerów. Jednak gdy do podobnej sytuacji dochodzi w Formule 1, zawsze budzi to oburzenie i sprzeciw fanów, którzy zaczynają nawoływać do zabronienia tego typu praktyk.

Płomień dyskusji został ponownie podsycony przez wydarzenia z Grand Prix Rosji, kiedy to Mercedes nakazał jadącemu na prowadzeniu od startu Valtteriemu Bottasowi zamienić się pozycjami z walczącym o Mistrzostwo Świata Hamiltonem, do którego zbliżał się jego rywal w klasyfikacji generalnej, Sebastian Vettel. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że Bottas nie wygrał jeszcze w tym sezonie wyścigu, a tor w Soczi jest jego ulubionym obiektem (co niezaprzeczalnie widać w statystykach). Po klasyfikacjach, gdy było już wiadomo, że srebrne strzały zajmą dwa pierwsze pola startowe, można się było spodziewać, że na odprawie zostaną naszkicowane różne scenariusze na wyścig, łącznie z tym, który ostatecznie miał miejsce. Jednak wiadomości radiowe Bottasa na końcowych okrążeniach, kiedy to pytał się swojego inżyniera wyścigowego czy Brytyjczyk odda mu miejsce, sugerują, że o takiej opcji ktoś w praktycznie nieomylnym dziale strategicznym Mercedesa nie pomyślał.

Długie tradycje

W historii F1 było wiele podobnych sytuacji, zarówno tych bardziej, jak i mniej ostentacyjnych. W samym tegorocznym wyścigu w Rosji mieliśmy jeszcze jeden wyraźny team order. Kierowcy Racing Point Force India zamienili się pozycjami, by Sergio Pérez mógł zaatakować jadącego przed nimi rywala. Gdy mu się to nie udało, oddał swoją lokatę koledze z zespołu. Jednak takie wymiany w środku stawki nigdy nie budzą aż takich kontrowersji jak te odbywające się na czołowych lokatach. Szukając pierwszych przypadków poświęcania wyniku jednego kierowcy dla drugiego, zazwyczaj tego zajmującego wyższą lokatę w klasyfikacji generalnej, musimy się cofnąć do początków tej dyscypliny. Wtedy zdarzało się, że po awarii pojazdu pierwszego kierowcy zespołu nakazywano drugiemu zjazd do boksu i opuszczenie kokpitu, by lider mógł kontynuować wyścig. Dla przepisów ważniejsze było wtedy, kto kończy wyścig niż to, czy jedzie swoim samochodem.

Przenosząc się bliżej współczesności, najbardziej skandalicznym wykorzystaniem poleceń zespołowych było Grand Prix Austrii w 2002 roku, kiedy to szefostwo Ferrari nakazało prowadzącemu Rubensowi Barricello przepuścić na prowadzenie Schumachera. Pikanterii sprawie dodał fakt, że wszystko odbyło się na kilkadziesiąt metrów przed metą. Później Ross Brawn, szef Scuderi w tamtym okresie, przyznawał, że takie stłamszenie drugiego kierowcy w tak wczesnej fazie sezonu było błędem. Aby jeszcze bardziej podkreślić rozmiar absurdu tamtej sytuacji, warto dodać, że na najwyższym stopniu podium stanął Brazylijczyk, a jego niemiecki kolega oddał mu trofeum dla zwycięzcy. Zawodnicy podczas hymnów zostali wygwizdani przez publiczność. Ta sytuacja przelała czarę goryczy – po zakończeniu sezonu zakazano używania team orders.

Felipe, Fernando jest od ciebie szybszy…

Czy doprowadziło to do oczyszczenia dyscypliny z tego typu zagrywek? Oczywiście, że nie. Mieliśmy za to porozumiewanie się kodami i stosowanie taktyk nakreślonych przed zgaśnięciem świateł. Najbardziej spektakularnym przypadkiem wykorzystania drugiego kierowcy była taktyka Renault podczas Grand Prix Singapuru w 2008 roku. By zwiększyć szanse Fernando Alonso na dobry wynik, zdecydowano się zastosować ryzykowną strategię doboru opon. By Hiszpan na swoim pit-stopie nie stracił za dużo czasu, kazano drugiemu z kierowców, Nelsonowi Piquetowi Jr., rozbić swój bolid w takim miejscu, by na torze musiał się pojawić samochód bezpieczeństwa. Dopiero po roku Brazylijczyk przyznał, że ten wypadek nie był dziełem przypadku, a cała sprawa zyskała miano Crashgate. Fernando Alonso wygrał tamten wyścig.

Również w drugim z najbardziej pamiętnych team orders tego okresu ma swój udział dwukrotny hiszpański Mistrz Świata. W czasie Grand Prix Niemiec w 2010 roku jego zespołowy kolega Felipe Massa otrzymał przez radio informację, która – gdyby obaj zawodnicy jeździli w różnych zespołach – byłaby zwykłym ostrzeżeniem. Brzmiała: „Fernando jest od ciebie szybszy. Czy potwierdzasz, że zrozumiałeś wiadomość?”. Chwilę później Alonso był już przed Massą. Wszyscy widzieli, że zespoły znalazły sposoby na obchodzenie zakazanych komunikatów. Wraz z końcem 2010 roku zakaz został zniesiony.

Mistrzostwo warte wszystko?

Od razu po zatrzymaniu samochodu w parku zamkniętym, Hamilton podszedł do Bottasa, by zamienić z nim słowo. Na podium zaprosił go na najwyższy stopień i proponował zamianę trofeów, Fin jednak odmówił. W wywiadach Brytyjczyk również wielokrotnie zaznaczał, że nie chce wygrywać w ten sposób i że czekał na komunikat, nakazujący mu powrót na wcześniejszą lokatę. Ten jednak tym razem nie nadszedł. Całkiem inaczej odbyło się to podczas zeszłorocznego Grand Prix Węgier, kiedy Fin oddał lokatę Brytyjczykowi. Gdy Hamilton zorientował się, że nie jest w stanie wyprzedzić jadącego przed nim Ferrari, odstąpił najniższy stopień podium koledze z zespołu. I to, pomimo że sytuacja w klasyfikacji generalnej była wtedy zdecydowanie bardziej skomplikowana niż teraz.

Dawno nie było tak beznamiętnego podium. Jedynym wesołym akcentem był Władimir Putin proszący, by nie polać go szampanem. Zarówno Bottas, jak i Hamilton czuli się nieswojo, a Vettel, uzupełniający grono nagrodzonych, nie miał za bardzo powodów do radości, gdyż wie, że piąty tytuł bardzo szybko mu się oddala. Szef zespołu Mercedesa, Toto Wolff, powiedział: „wolę być czarnym charakterem w niedzielny wieczór, niż idiotą po zakończeniu sezonu w Abu Zabi”. Jednak patrząc na zawód wypisany na twarzy fińskiego kierowcy, należy się zastanowić, czy te siedem punktów było warte znaczny spadek morale tego kierowcy. Zwłaszcza jeżeli weźmie się pod uwagę wcześniejsze wpadki szefostwa srebrnych strzał, jak na przykład nazwanie go „skrzydłowym”. Zapewne – jeżeli sytuacja w klasyfikacji generalnej Mistrzostw Świata i sytuacja na torze na to pozwoli – Bottas otrzyma to, co stracił w Rosji. Niesmak jednak pozostanie na zawsze, a sam zawodnik musi się pogodzić z tym, czego w Brackley nikt nie chce powiedzieć mu w twarz. Został sprowadzony nie tylko po to, by zdobywać punkty dla zespołu, ale też, by zbytnio nie przeszkadzać pierwszemu kierowcy w walce o tytuł. Stał się jednym z szybkich, ale niestety nie dość szybkim, by grać pierwsze skrzypce. Jak wielu było przed nim i będzie po nim.

Rafał WANDZIOCH