Narkotyczne wędrówki, czyli „Climax” wylądował

Oficjalne materiały promocyjne filmu „Climax”

Duszno, głośno i męcząco. Właśnie tak jest w kolejnym filmowym świecie stworzonym przez Gaspara Noé. Świecie wąskim, bo ograniczającym się do jednego budynku gdzieś na odludziu. Na tej powierzchni następuje jednak kumulacja zdarzeń, które ściśnięte do możliwości wylewają się z wytyczonych przez Noé granic. Szanowni Państwo, prosimy nie regulować odbiorników – taki właśnie jest „Climax”.

Kontrowersyjny reżyser powraca z wyznaczającym tętno widza bitem, nieposkromionymi tanecznymi ruchami pod francuską flagą i kamerą wędrującą wraz z bohaterami po budynku stopniowo stającym się miejscem dewastacji na każdym możliwym polu. Choć „wędrująca” to chyba niezbyt odpowiednie słowo – kamera potrafi wirować, obracać się i krążyć wokół tancerzy, ujmować z lotu ptaka coraz bardziej nieposkromioną imprezę oraz pokazywać bez wstydu twarze bohaterów podczas bezpruderyjnych rozmów
o seksie. Wybiera bohatera, za którym podąża i obserwuje jego nierzadko niezrozumiałe z trzeźwego punktu widzenia działania (Sofia Boutella tarzająca się po kuchennej podłodze i wrzeszcząca wniebogłosy niech będzie tu pierwszym z brzegu przykładem), by po chwili przykleić się do pleców innego. W ten sposób również widz, nawet jeśli nie miałby na to ochoty, obserwuje, co dzieje się w tym samym momencie z pozostałymi uczestnikami imprezy, podczas której do sangrii dodano narkotyki.
Rajd bez taryfy ulgowej

Noé przyzwyczaił widzów do swojego spojrzenia na świat, jednak sam „Climax” należy zakwalifikować jako nie obrazoburczy, a po prostu niewiarygodnie męczący. Najprawdopodobniej  właśnie taka była reżyserska intencja – widzowie nie mają przerw, tak samo jak nie mija całonocny, narkotyczny trans imprezowiczów. Całość filmu można właściwie podsumować słowami „dzieje się” – dużo
i szybko. Reżyser miesza ze sobą wiele tematów, wyciska z nich wszystko, co tylko może, pozwala im swobodnie płynąć przez cały film – są tu używki, ciąża, przemoc, seks, niejednoznaczne relacje i przede wszystkim taniec. To właśnie on zdaje się być pierwszym wyznacznikiem – podpowiedzią, że być może coś jest nie tak. Kalejdoskop, w którym widz może obserwować, jak na parkiecie coraz bardziej mieszają się ciała tancerzy, daje właściwie początek wszystkim późniejszym podszytym psychodelą wydarzeniom.
Jest, jak być nie powinno

I faktycznie – jest „nie tak” do tego stopnia, że z każdą kolejną upływającą minutą filmu splot wydarzeń jest nie tylko coraz bardziej niekorzystny, ale nieodwracalnie zmierzający do fatalnego zakończenia, choć i ono jest kwestią dyskusyjną. Reżyser zagina strukturę wyznaczającą początek, rozwinięcie i wspomniany już finał. Napisy końcowe przelatują przed oczami na samym początku filmu, rażący niczym dyskotekowy neon tytuł pojawia się ni stąd, ni zowąd w jego środku. Należy być przygotowanym na to, że Gaspar Noé nie jest typem do pieszczot. Wręcz przeciwnie – on przywiąże widza do rury wydechowej traktora, odpali silnik
i pojedzie po największych wertepach. I choć taka wycieczka zapowiada się wycieńczająco, to warto przynajmniej spróbować się
w nią zabrać, ryzykując ból głowy i jakiś niewytłumaczalny, wewnętrzny smutek.

Małgorzata PELKA