W Ocalenie zapatrzeni

fot. Dominika Bućko

„Zanim usłyszę – mówię tak, zanim zobaczę – mówię tak, zanim zrozumiem – mówię tak, zanim się stanie – mówię tak. Zrobię wszystko cokolwiek mi powiesz, chcę polegać tylko na Tobie” – śpiewał zespół Owca, a wraz z nim cała Arena Poznań.

Tym razem wielbienie z ojcem Adamem Szustakiem, dominikaninem, kaznodzieją wędrownym, nazwane zostało „Ocaleni”. Podczas spotkania 21 listopada można było wesprzeć Fundację Malak, spotkać ludzi wierzących, którzy nie zamierzają zadowolić się jedynie niedzielną mszą świętą i po prostu wielbią Boga.

Z początku powściągliwi uczestnicy z czasem uchylili drzwi swoich strudzonych serc na Jego obecność. Obecność Tego, w Którego wierzą, w Którym pokładają nadzieję, Którego prawdziwie doświadczają. Bo, zgodnie z nawoływaniami ojca Tomasza Nowaka, chyba nie zamierzali zadowolić się kawałkami, tylko pełnią i zamienić swoje narzekania w taniec. Cała arena zaczęła wielbić jak czuła, jak umiała najlepiej bujając się, czy też śpiewając.

Mnie, jako uczestnikowi, najbardziej utkwiły w głowie dwie myśli z krótkich konferencji obu ojców. Po pierwsze Bóg nie powtarza się w uzdrawianiu, w dokonywaniu cudów, w ocalaniu… Podchodzi do każdego indywidualnie, właśnie tak, jak tego potrzebuje
w danej chwili. Ojciec Adam posłużył się przykładem z Ewangelii według świętego Łukasza. Fragmentem o dziesięciu trędowatych, którzy wołali: „Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami”. On nie uzdrowił ich tak, jak oczekiwali, ale odpowiedział im tylko: „Idźcie, pokażcie się kapłanom”. Bowiem w tamtym czasie to właśnie kapłani sprawdzali i decydowali, czy osoby cierpiące na trąd są czyste, a zatem czy mogą już żyć normalnie w społeczeństwie, a nie wyobcowane. Sytuacja tych dziesięciu była przedziwna. Przecież wciąż byli chorzy, gdy wyruszyli w drogę. Z pewnością musieli czuć się niepewnie, jednak mimo to poszli. I cud wydarzył się dopiero w trakcie tej wędrówki. Bo uwierzyli, że wyzdrowieją, zanim wyzdrowieli. Kluczem jest zaufanie.

Po drugie, jak głosił ojciec Tomasz Nowak, On lubi prostotę. I mamy być gorliwi, owszem, ale niekoniecznie tak jak sobie to wyobrażamy: nieustannie z różańcem w ręku, o chlebie i wodzie, nie czytający nic innego jak tylko Biblię i uczestniczący we mszy świętej jako jedynym wyjściu towarzyskim. Nie. Czasem wystarczy powiedzieć trzy razy „Alleluja”. Ale z wiarą. Te niewiadomo jak bardzo wymyślne modlitwy i wyrzeczenia mogą okazać się pustymi gestami bez wiary. Powinniśmy być natomiast gorliwi w wołaniu do Niego. Polegać na Nim, a nie na sobie. Spaczone spojrzenie na religijne wymagania wynika właśnie ze zbytniego wpatrzenia w siebie. To, że ileś razy nie wyszło, nie znaczy, że nie wyjdzie teraz.

W dalszej części wielbienia ludzie cierpiący, czy to na ciele, czy na umyśle, dostali możliwość skorzystania z sakramentu namaszczenia chorych, a pozostali otrzymali indywidualne błogosławieństwo. Bóg naprawdę przemówił, rozlał swoją świętość
i łaskę w obfitości. Przytulił wdowy, małżonków, samotnych, spętanych więzami własnych wyobrażeń, niewolników nałogu, rodziców i dzieci – wszystkich. Namacalnie i z mocą.

Wiele negatywnych komentarzy posypało się ostatnio w stronę kościoła i duchownych. Nie mówię, że niesłusznie, bo różne sytuacje mają miejsce. Jednak sprawiedliwym wydaje mi się pokazać również tę pozytywną stronę. My, katolicy, to nie tylko hipokryzja, pedofilia, teatrzyk, nietolerancja. Jeżeli prawdziwie wierzymy i dajemy się kierować naszemu Bogu, jest w nas też dobro, Miłość i oddanie. Jak każdy, popełniamy wiele błędów, ulegamy pokusom. Nie jesteśmy święci, ale do tej świętości staramy się dążyć. I wierzymy, że ocalić nas może jedynie Jezus.

Maria MIKOŁAJCZYK