Dziewięć lat igrzysk cz. II

Królowa Tour de Ski jest tylko jedna Fot.: adressa.no

Królowa Tour de Ski jest tylko jedna
Fot.: adressa.no

Wczoraj przypomnieliśmy cztery pierwsze edycje Tour de Ski, w których biegaczki walczyły o tytuł najsilniejszej na świecie. Dzisiaj pochylamy się nad kolejnymi cyklami prestiżowych zawodów, ze szczególną uwagą wspominając te, w których zwyciężyła Justyna Kowalczyk.

Tour de Ski 2010/2011

 „Mam nadzieję, że Justyna pozwoli nam ze sobą powalczyć” – komentowała przebieg cyklu po zakończeniu drugiego etapu Petra Majdic. Kowalczyk zdominowała rywalizację w prestiżowym turnieju dzierżąc koszulkę liderki od pierwszego do ostatniego etapu. Polka za cel postawiła sobie wywalczenie Kryształowej Kuli jeszcze przed wyjazdem na Mistrzostwa Świata w Oslo. Zwycięstwo w tourze miało znacząco ją do tego przybliżyć.

Pod nieobecność wygrywającej bieg za biegiem Marit Bjoergen, Kowalczyk królowała w rywalizacji oboma stylami. Polka kryzys przeżyła podczas sprintu stylem dowolnym, w którym nie awansowała do półfinału.

Prawdziwą klasę Kowalczyk zademonstrowała podczas przedostatniego startu, czyli biegu na 10km stylem klasycznym w Toblach. W biegu masowym Królowa Nart zaatakowała już na drugim kilometrze i jedynie w asyście, niezagrażającej jej w cyklu, Therese Johaug popędziła do mety zyskując kolejne, cenne sekundy. Na mecie Polka uzyskała ponad minutę przewagi nad najgroźniejszymi rywalkami. W klasyfikacji generalnej, dzięki sekundom wywalczonym na poprzednich etapach i świetniej postawie na lotnych premiach, przed startem na Alpe Cermis Kowalczyk miała aż dwie minuty przewagi nad drugą w generalce Marianną Longą z Włoch.

Po rywalizacji na finałowym podbiegu eksperci zachwycali się nie tylko zwyciężczynią cyklu, ale również młodziutką Johaug. Zawodniczka przed ostatnim biegiem w generalce była piąta i traciła do liderki Tour de Ski trzy i pół minuty. Dzięki niesamowitej pogoni Norweżka niczym górska kozica likwidowała straty do swoich rywalek. Ostatecznie Therese zajęła drugie miejsce, do Kowalczyk odrabiając ponad dwie minuty.

Tour de Ski 2011/2012

Norwescy eksperci po wygranej Kowalczyk w poprzednim sezonie podkreślali, że w cyklu nie wystartowała Bjoergen. Od początku sezonu 2011/2012 dominowała Norweżka, która była największą faworytką Tour de Ski. Przed rozpoczęciem rywalizacji zawodniczka z kraju Wikingów nie zwyciężyła tylko w jednym pucharowym starcie. Polska Królowa Nart tylko raz stanęła na podium – w Rybińsku wygrała w biegu na 10km stylem klasycznym. W Rosji jednak na starcie nie stanęła Bjorgen.

Norwescy kibice i dziennikarze byli przekonani, że Norweżka spokojnie zwycięży w cyklu. Wikingowie czekali na deklasację. Obliczono nawet, że przed startem do ostatniego biegu Marit powinna mieć ponad 6 minut przewagi nad Kowalczyk. Jednak już na pierwszym etapie doszło do nie lada sensacji. Po dotarciu na metę kilkunastu zawodniczek w biegu na 3,2 km stylem dowolnym prowadziła Polka. Bjorgen do końca walczyła o jak najlepszy rezultat, jednak finiszowała o 0,3 sekundy za późno i zajęła drugie miejsce. Z porażki Marit musiała bardzo długo tłumaczyć się na konferencji prasowej. Kowalczyk sama była w szoku, że zwyciężyła i to w biegu łyżwą.  Polka twierdziła, iż myśląc racjonalnie nie liczyła, że wygra którykolwiek z etapów rywalizacji. Tymczasem już kolejnego dnia liderka cyklu ponowie zwyciężyła, a Bjoergen była dopiero trzecia.

Trzeci start – sprint stylem klasyczny był prawdziwym popisem siły Kowalczyk. W finale Polka z lekkością zyskiwała kolejne metry nad Norweżką, która musiała pogodzić się z kolejną porażka. Jednak po hat-tricku Justyny przyszedł czas na cztery zwycięstwa Bjoergen.

Najtrudniejszy dla Polki był szósty etap. Kowalczyk wiedziała, że jeśli chce wygrać w cyklu nie może pozwolić sobie na słabszy wynik w sprincie stylem dowolnym. Polka w półfinale dała z siebie wszystko, zajęła drugie miejsce i świętowała wejście do finału, w którym wywalczyła trzecią lokatę. Dopiero po siódmym etapie koszulka liderki touru trafiła do rąk Norweżki, jednak Marit nie mogła długo się nią cieszyć. Po raz kolejny przedostatni bieg – 10 km klasykiem w Toblach – okazał się zwycięski dla Polki, która atakowała dwukrotnie i ostatecznie na metę dotarła osiem sekund przed swoją największą rywalką, która ze zmęczenia na ostatnim zjeździe ledwo stała na nogach.

Ostatni start, przed którym było cztery do czterech miał pokazać, która z zawodniczek jest najlepszą na świecie. Kowalczyk rano w hotelu… śpiewała. Polka właśnie tak reagowała na stres. Na Alpe Cermis Justyna ruszyła 12 sekund przed Marit, jednak nie szarżowała i czekała na utytułowaną rywalkę. Przez całą wspinaczkę Polka trzymała rywalkę „na gumce”, która w pewnym momencie pękła. Kowalczyk samotnie dotarła na szczyt i uniosła ręce w geście zwycięstwa.

Na szczycie góry doszło do symbolicznej sceny. Zwycięska Justyna czekała stojąc na swoją rywalkę, która jedynie pogratulowała i prawie nieprzytomna padła na śnieg. Po ponad roku doszło do zamiany ról.

Tour de Ski 2012/2013

W nowym sezonie miało dojść do kolejnej konfrontacji Bjorgen i Kowalczyk. Jednak przed samym startem Marit ogłosiła, że w cyklu nie wystartuje, ponieważ ma problemy z sercem. Prawdopodobnie była to zasłona dymna przed zbliżającymi się mistrzostwami świata w Val di Fiemme. W tej sytuacji faworytką cyklu była Polka.

Kowalczyk zaczęła typowo, stając na podium w biegu prologowym i deklasując rywalki w rywalizacji na dystansie 9 km stylem klasycznym. Polka wygrała wszystkie etapy swoją ulubioną techniką. Szczególnie fantastycznie prezentując się w biegu na 3,3km, w którym wypracowała ponad 16 sekund przewagi nad drugą Kristą Lahteenmaki (obecnie Parmakoski). Również bieg na 10km klasykiem w Toblach był wyśmienity w wykonaniu zwyciężczyni Tour de Ski. Polka zdeklasowała rywalki – drugą Kristin Steirę pokonując o pół minuty.

Przewaga Polki na Alpe Cermis nad królową tej góry Therese Johaug topniała w oczach, mimo wielkiej pogoni i odrobienia ponad półtorej minuty do Kowalczyk Norweżka musiała pogodzić się z porażką.

Tour de Ski 2013/2014

Kolejny cykl, w którym miały zmierzyć się Kowalczyk i Bjoergen. Do widowiska jednak nie doszło – Justyna została zmuszona do rezygnacji ze startu. Na kilka dni przez rozpoczęciem rywalizacji organizatorzy zmienili plan zawodów, powodując, że na drugim etapie zamiast w biegu na 10 km stylem klasycznym biegaczki miały rywalizować w sprincie stylem dowolnym. W regulaminie cyklu zapisano, iż powinno być po tyle samo biegów oboma stylami. Dzięki zmianom Tour de Ski 2013/14 składał się z 5 etapów łyżwą i tylko 2 klasykiem. Justyna ze startu zrezygnowała nie godząc się na nieuczciwą rywalizację pod egidą FIS. Związek nie dopuścił nawet do głosu przedstawicieli reprezentacji narodowych na zwyczajowym spotkaniu teamów. Kwestie sporne najczęściej były przegłosowywane. W tym wypadku pomysł Szwedów, który chcieli, aby piąty etap został rozegrany stylem klasycznym, nie został poddany pod głosowanie. Kowalczyk nie pozwoliła sobą pomiatać i zaznaczając, że czasem nawet „kobieta musi mieć jaja”, pojechała trenować.

Wobec absencji Justyny faworytką cyklu została Bjoergen, która… wycofała się z rywalizacji po zakończeniu trzeciego etapu. Norweżka zrezygnowała z powodu problemów żołądkowych. W tej sytuacji trzecią i kolejną już faworytką Tour de Ski została Therese Johaug, która wygrała tylko jeden etap i na Alpe Cermis startowała ze stratą dwudziestu sekund do swojej reprezentacyjnej koleżanki Astrid Jakobsen.

Do ostatnich metrów toczyła się rywalizacja o trzecie miejsce. Heidi Weng po wielkiej pogoni przed samym szczytem Alpe Cermis dogoniła Lahteenmaki i mimo kontry Finki, w akompaniamencie dopingu reprezentacyjnych koleżanek, zwyciężyła w sprinterskim pojedynku.

Po zakończeniu Tour de Ski Jakobsen, druga zawodniczka cyklu, wypowiedziała znamienne słowa, że jeśli Norweżki zbyt pewne siebie pojadą do Soczi poniosą tam porażkę. Słowa stały się ciałem – Norweżki zajęły dopiero 5 miejsce w biegu sztafetowym, ponosząc pierwszą od 2009 roku porażkę w biegu na 4x5km.

Tour de Ski 2015

Mimo tego, że po raz pierwszy od trzech lat na starcie stanęły zarówno Kowalczyk jak i Bjoergen, kibice nie liczyli na pojedynek między dwiema królowymi nart. Justyna po zmaganiach z depresją, opóźnionym sezonie przygotowawczym i zdrowotnych problemach nie była jedną z faworytek cyklu. Tym razem rywalizacja miała toczyć się między Bjoergen a Johaug. Blondwłosa Therese od początku sezonu dominowała na dystansach i za cel postawiła sobie pokonanie starszej koleżanki, która musiała zdawać sobie sprawę, że potrzebuje nawet dwóch minut przewagi nad Johaug przed startem na Alpe Cermis.

Już pierwsze starty w Oberstdorfie pokazały, że Tour de Ski ma tylko jedną gwiazdę. Bjoergen wygrywała bieg za biegiem, nie oglądając się na poczynania swoich rywalek. Interesująca walka toczyła się więc nie o pierwsze, ale o drugie miejsce, ponieważ Heidi Weng postawiła bardzo mocny opór Johaug. Weng, która zdecydowanie lepiej radzi sobie w sprintach na każdym etapie, podobnie jak Bjoergen, znalazła się w pierwszej trójce i na Alpe Cermis wyruszyła jako druga.

Therese zwyciężyła raz, na przedostatnim etapie w sprinterskim pojedynku pokonując Marit Bjoergen, która na ostatnich metrach… odpuściła. Po dotarciu na metę zmęczona Johaug padła na śnieg. Starsza z reprezentantek kraju Wikingów, jako długoletnia mistrzyni wykorzystała swój spryt i pozwoliła Johaug zakwasić mięśnie. Wiedziała, że Therese będzie trudniej rywalizować na Alpe Cermis.

Mimo zmęczenia Johaug odrobiła ponad minutę straty do Bjoergen, po drodze mijając Weng, która na szczycie góry rozpłakała się. Młodziutka zawodniczka zadziwiła dziennikarzy wyjaśniając, że łzy nie są efektem porażki, ale radości, spowodowanej tym, że jej wielka mentorka Bjoergen spełniła swoje największe sportowe marzenie i zwyciężając w Tour de Ski – zdobywając ostatni z biegowych skalpów.

Kowalczyk występu w Tour de Ski nie mogła zaliczyć do udanych. Po raz pierwszy w historii Polka nie ukończyła rywalizacji w cyklu mdlejąc podczas biegu na Alpe Cermis. Brak silnej, zdolnej do rywalizacji Kowalczyk sprawił, że tour stracił wielu widzów, nie tylko w Polsce, ale na całym świecie. Po raz pierwszy w historii na podium wszystkich etapów stanęły reprezentantki jednego kraju. Monokulturowość zabiła popularność cyklu, który okazał się interesujący jedynie dla Norwegów.

Dziewięć lat narciarskich igrzysk przyniosło kibicom z całego świata wiele emocji. Zawodniczki, niczym mityczni herosi, do ostatniego metra śniegu walczyły o triumf w Tour de Ski. Cykl w swojej historii miał pięć zwyciężczyń, z których tylko dwie powtórzyły swoje osiągnięcie – były to Justyna Kowalczyk i Virpi Kuitunen. Już 10 stycznia 2016 roku polsko –fiński duet może zamienić się tercet, ponieważ największą faworytką zbliżającego się Tour de Ski jest Therese Johaug zwyciężczyni cyklu sprzed dwóch lat.

Aleksandra KONIECZNA