Restart kariery cz.1

Wielu z nas w jego sytuacji by się poddało. Złamana kariera, walka o powrót do sprawności, pogrzebane marzenia. Wszystko na co pracował przez całe życie przestało się liczyć. A jednak, Robert Kubica po 3045 dniach ponownie wystartuje w wyścigu Formuły 1. Jak wyglądał jego powrót na szczyt?

Kiedy 6 lutego 2011 media podały informację o fatalnym wypadku Roberta Kubicy podczas rajdu Ronde di Andora, początkowo nikt nie spodziewał się, jak fatalne będą konsekwencje tego zdarzenia. Do kibiców docierały sprzeczne informacje – RTL twierdził, że Polak ma jedynie złamany nadgarstek, natomiast agencja ANSA mówiła, że grozi mu amputacja dłoni. Nikt nie wyobrażał sobie, aby rozbrat Roberta z Formułą 1 trwał dłużej niż kilka tygodni. Stało się zupełnie inaczej – lekarze przez kilka godzin starali się uratować mu rękę. Powagę sytuacji uświadomił fanom dopiero dziennikarz Mikołaj Sokół, informując, że walka toczyła się nie tylko o kończynę, ale i o życie Polaka. Wtedy powrót Roberta do królowej sportów motorowych stanął pod wielkim znakiem zapytania.

Sam moment wypadku został w polskich mediach dokładnie przebadany – od analizy sytuacji na miejscu zdarzenia, przez wypowiedzi ekspertów od barier energochłonnych, po eksperymenty z wbijaniem samochodu w bariery przy pomocy specjalnych urządzeń. Ostatecznie okazało się, że przyczyną dramatycznych wydarzeń była nierówność asfaltu, która spowodowała utratę panowania nad pojazdem, a także to, że bariera energochłonna okazała się nie działać zgodnie z zastosowaniem. Zaraz po wypadku Polski kierowca był przytomny, jednak w drodze do szpitala został intubowany. Następnego dnia Kubicę wybudzono ze śpiączki, a po kolejnych dwóch dobach przeniesiono na ortopedię. Wtedy też doszło do kolejnej operacji kontuzjowanych kończyn (ręki i stopy). Pozostawał w szpitalu do 23 kwietnia, a 1 czerwca do wiadomości publicznej podano informację, że może już się poruszać bez pomocy kul.

Oczywiście Polak cały czas intensywnie się rehabilitował, licząc na szybki powrót do sportu. 28 sierpnia poddał się ostatniej operacji bezpośrednio związanej z wypadkiem w Andorze, która polegała na odblokowaniu prawego łokcia. Wydawało się wtedy, że powrót do ścigania jest kwestią tygodni – menadżer Kubicy twierdził, że dojdzie do tego w styczniu 2012. Jednak 11. dnia tego miesiąca polski zawodnik po raz drugi złamał tę samą nogę, co w czasie wypadku. To zdecydowanie wydłużyło okres spędzony poza sportem.

Powrót za kierownicę

Dla wszystkich było jasne, że powrót do największych serii wyścigowych będzie trudny – żaden z zespołów nie zdecyduje się na zatrudnienie niesprawdzonego kierowcy, niezależnie czy miałoby to być F1, czy inna formuła. Dlatego też Kubica zdecydował się spędzić końcówkę 2012 roku udowadniając, że nie stracił nic ze swojej szybkości. Wznowił swoją sportową przygodę tam, gdzie została ona przerwana – za kierownicą rajdówki. Pierwszym startem był rajd Ronde Gomoitolo di Lana, w którym Polak zwyciężył. Do końca roku przejechał jeszcze trzy mniejsze rajdy, które, jak się okazało, miały go przygotować na nadchodzące wyzwanie.

Fani oczekiwali, że sezon 2013 będzie oznaczał kolejne emocje związane z polskim zawodnikiem. 24 stycznia gruchnęła wiadomość o testach Mercedesa-AMG z serii DTM (Deutsche Tourenwagen Masters). Przez wielu jest ona uważana za Formułę 1 w zamkniętych nadwoziach. Ta opinia jest bliska prawdy, bowiem bardzo często dochodzi do wymiany zawodników między tymi seriami, a same pojazdy od wewnątrz niewiele mają z terminu „Tourenwagen”. Kubica na torze Tormo przejechał 114 okrążeń uzyskując bardzo dobre czasy. Nie zdecydował się jednak na jazdę w serii naszych zachodnich sąsiadów. Pomimo tego w zespole Mercedesa pozostawił pozytywne wrażenia – szef srebrnych strzał, Toto Wolff, stwierdził, że jest otwarty na współpracę w przyszłości.

Dlaczego Polak nie zdecydował się na DTM? Z jednej strony można założyć, że nie czuł się wystarczająco pewnie za kierownicą ciasnej wyścigówki, a z drugiej, być może, chciał się sprawdzić na najwyższym poziomie w innej dyscyplinie – w rajdach.

Droga do WRC

Kiedy na początku marca ogłoszono, że Polak będzie startował w Rajdowych Mistrzostwach Świata w klasie WRC2 oraz w wybranych rajdach Mistrzostw Europy, stało się jasne, że aktualnie jego celem są regularne starty w WRC, czyli na najwyższym rajdowym poziomie. Styl, w jakim Kubica do niego doszedł musiał zaskoczyć wszystkich, łącznie z nim samym. Startując z nowym pilotem, Maciejem Baranem, zaczął osiągać zaskakująco dobre wyniki. Legenda WRC, Norweg Petter Solberg, zapowiadał, że pomimo niezbyt dużego doświadczenia w rajdach na najwyższym poziomie, Polak może odnosić sukcesy.

Początki nie były łatwe – w pierwszym starcie zaliczanym do ERC (Rajdowe Mistrzostwa Europy) na Wyspach Kanaryjskich zakończył zmagania rozbijając samochód. Kolejne starty w Mistrzostwach Świata były jednak zdecydowanie bardziej udane. Pierwszy rajd, w Portugalii, Polak zakończył na szóstym miejscu w klasie, pomimo wielu problemów z nowym samochodem. Już tym startem udowodnił, że będzie w stanie osiągać świetne wyniki za kierownicą rajdowego Citroëna. Kolejne starty potwierdziły tę teorię. W pozostałych sześciu rajdach w WRC2 Polak pięciokrotnie wygrał, a raz był drugi. Z przewagą 25 punktów został mistrzem w tej klasie i pokazał, że pomimo problemów z ręką wciąż jest zawodnikiem wartościowym i zdolnym do walki z każdym. Trochę gorzej Polak zaprezentował się w ERC, ponieważ na cztery starty nie ukończył trzech, a raz był szósty. Jednak to nie ta seria była priorytetem Kubicy, więc do tych wyników nie przykładano większej wagi. Pod koniec kwietnia Robert jeździł w symulatorze zespołu Mercedesa, czym zasygnalizował, że F1 wciąż pozostaje jego celem.

Dążenie do rajdowej perfekcji

Nowy sezon dla Kubicy oznaczał nie tylko nową klasę, ale także nowy samochód i pilota. Polak zdecydował się startować w Fordzie Fiesta w ramach brytyjskiego zespołu M-Sport, a na jego prawym fotelu miał podróżować doświadczony w startach na najwyższym poziomie Maciej Szczepaniak. Ich współpraca rozpoczęła się najlepiej jak mogła – w Rajdzie Jänner, otwierającym sezon ERC (miała być to dla nich rozgrzewka przed Mistrzostwami Świata), polska załoga okazała się najlepsza. Jednak, jak miało się później okazać, były to miłe złego początki.

Otwierający światowy czempionat rajd Monte Carlo jest zawsze ogromną próbą dla debiutantów w najszybszej rajdowej klasie. Kręte trasy, często pokryte „czarnym lodem” czy śniegiem, szybko sprawdzają, kto nadaje się do tej zabawy. I Kubica wsiadł na tego wysokiego konia bez strachu – pierwsze dwa odcinki specjalne padły jego łupem. Później było jednak już tylko gorzej. Zalegający śnieg utrudniał jazdę na oponach wybranych przez Polaka, przez co biało-czerwony Ford stopniowo spadał w klasyfikacji generalnej. Kubica dalej starał się wycisnąć ze swojego samochodu wszystko, co mógł, ale to, zamiast przynieść dobry rezultat, doprowadziło do zakończenia rajdu poza trasą. Trochę lepiej było w Szwecji – Polak ukończył rajd na 24. miejscu, dwa razy zakopując się w międzyczasie w charakterystycznych dla tej imprezy śnieżnych zaspach. Jednak, jak sam przyznał, najważniejsza była obecność na mecie, a niekoniecznie walka o jak najlepszy wynik.

Kolejne dwa rajdy to trzy wypadki i koniec końców dwa nieukończone starty. Widać było, że dla Kubicy jazda po szutrze w nowym samochodzie nie jest jeszcze tak prosta jak jazda po asfalcie. Dodatkową trudność stanowiła krętość odcinków specjalnych, co potwierdził w czasie Rajdu Argentyny. – Wszystko dobrze, ale na krętych partiach na szutrze jazda z jedną ręką na kierownicy i drugą na hamulcu ręcznym jest dla mnie bardzo trudna. Moje 23 lata doświadczenia nic nie znaczą na tym odcinku! Pomimo takich wypowiedzi, rajd w Ameryce Południowej okazał się dla polskiej załogi najlepszy w sezonie – zajęła ona szóste miejsce w „generalce”. Dobrą formę udało się przenieść także na kolejne zawody – w asfaltowym Rajdzie Sardynii Kubica uplasował się na ósmej lokacie. Pozostałe starty w sezonie 2014 były jednak pasmem pecha i błędów, co pozwoliło mu zdobyć punkty jedynie w Australii. Nie oznacza to, że nazwisko Kubica padało w relacjach jedynie w momentach mówienia o załogach wycofanych z imprezy – wielokrotnie jeszcze w tym sezonie Polak udowadniał, że jest kierowcą, który ma szybkość. Dodatkowo trzeba dodać, że słabe wyniki w klasyfikacji generalnej nie wynikały tylko i wyłącznie z błędów kierowcy. Fiesta nie była najszybszym samochodem w stawce, a Kubicy nie interesowały miejsca pod koniec pierwszej dziesiątki, stąd walka ponad możliwości samochodu często kończyła się poza drogą. W 2014 Kubica zebrał ogromne doświadczenie, pomimo tego, że w klasyfikacji generalnej zdobył mniej punktów niż rok wcześniej, jeżdżąc słabszym samochodem.

Na sezon 2015 Kubica zdecydował się bardziej uniezależnić od M-Sportu i założył własny zespół, co pozwalało mu to na większą dowolność, jeśli chodzi o testy. Na niewiele się to zdało, bo po trzech rundach Polak zdecydował się wrócić do współpracy z brytyjską ekipą. Było to spowodowane faktem, że mechanicy zatrudnieni przez Polaka w pierwszych rundach nie unieśli presji związanej z Mistrzostwami Świata, a jego Fiesta stała się jeszcze bardziej awaryjna. Ostatecznie polska załoga punktowała w trzech rajdach, w dwóch nie ukończyła rywalizacji, w dwóch nie wystartowała, natomiast w pozostałych sześciu znalazła się poza pierwszą dziesiątką. To nie były wyniki, które mogły zadowolić Kubicę. Zdecydował się jeszcze wystartować w otwierającym kolejny sezon Rajdzie Monte-Carlo, lecz już na trzecim oesie Fiesta wypadła z drogi i uderzyła w drzewo. Był to do dzisiaj ostatni start krakowianina w Rajdowych Mistrzostwach Świata.

Rafał WANDZIOCH