Restart kariery cz. 2

Wydawało się, że starty w Rajdowych Mistrzostwach Świata to najwyższy poziom, na który może wejść Robert Kubica po wypadku.  On chciał jednak wrócić na tor. Czasami wydawało się, że natrafił na przeszkodą nie do pokonania, tak się jednak nie zdarzyło. Kubica dokonał jednego z największych powrotów w historii sportu.

Sportowa aktywność Kubicy w 2016 roku stanęła pod znakiem zapytania. 15 marca pojawiła się wiadomość mówiąca o tym, że Polak wystartuje w 12-godzinnym wyścigu w Mugello w zespole Martina Prokopa. Od razu wzbudziło to masę spekulacji odnośnie ewentualnych startów Roberta w WEC (World Endurance Championship). Jak się później okazało, nie były one bezzasadne. Sam wyścig na włoskim torze nie był zbyt udany dla tego zespołu – musiał on wycofać się z powodu awarii. Jednak Polak po raz kolejny udowodnił, że pomimo częściowej utraty sprawności na skutek pamiętnego wypadku, wciąż jest w stanie osiągać świetne rezultaty. Kolejne miesiące to start w rundzie Renault Sport Trophy – w obu wyścigach (na weekend składa się wyścig główny – dwóch kierowców na samochód – oraz indywidualny sprint) zaprezentował się bardzo dobrze, co zaowocowało zaproszeniem na testy do prywatnej ekipy startującej w WEC, ByKolles. Krakowianin wykręcił na nich lepszy czas od tego, jaki osiągali regularni kierowcy w trakcie wyścigu. Musiało to zaowocować kontraktem na sezon 2017. Jednak Polak pomimo początkowej zgody, później zdecydował się wycofać – nie wiadomo do końca czy z powodu braku profesjonalizmu zespołu, czy też lepszej propozycji. Można założyć, że oba te czynniki miały wpływ na jego decyzję.

Pozornie dziwna decyzja Kubicy o rezygnacji z regularnych startów wyjaśniła się na początku czerwca – szóstego dnia tego miesiąca na torze w Walencji odbyły się prywatne testy zespołu Renault F1, w których Polak prowadził maszynę z sezonu 2012. Testy zostały uznane za udane – większość publicystów uważała, że miały one przede wszystkim udowodnić, że Kubica jest w stanie poprowadzić bolid F1 pomimo swoich urazów. Zostało to potwierdzone w 100 procentach. Kubica jeszcze dwukrotnie prowadził Lotusa E20 – na Festiwalu Prędkości w Goodwood (który trudno uznać za prawdziwy test, gdyż wszystkie odbywające się tam przejazdy mają charakter pokazowy) oraz na torze Paul Ricard we Francji, gdzie pokonał kolejne 100 okrążeń.

Osiągane wyniki okazały się na tyle zadowalające, że francuski zespół zdecydował się oddać Polakowi bolid z sezonu 2017 podczas po-wyścigowych testów na węgierskim Hungaroringu. Trzeba przyznać, że najgorszym momentem był wyjazd z garażu, kiedy to nasz reprezentant zahaczył tylnym kołem o ścianę i zrzucił wiszący nad wjazdem baner Nico Hulkenberga. Jak sam później stwierdził, był tak skupiony żeby nie przejechać któregoś z reporterów, którzy fotografowali jego wyjazd, że zapomniał o tym, że samochód w specyfikacji 2017 jest szerszy od tego, którym dotąd miał okazję jeździć. W czasie testów na torze pod Budapesztem Kubica przejechał 142 kółka i uzyskał czwarty czas. Wydawało się, że fotel w żółtym samochodzie w przyszłym roku już na niego czeka. Jednak wtedy po raz kolejny Formuła 1 pokazała, że to przede wszystkim biznes. Francuzi zdecydowali się na zatrudnienie Carlosa Sainza, by móc walczyć o wyższą pozycję w klasyfikacji konstruktorów w sezonie 2017, gdyż to przekłada się na konkretne pieniądze na kolejny rok.

Jak się jednak okazało decyzja francuskiej ekipy nie zamknęła drzwi przed Kubicą – na horyzoncie pojawił się Williams. Zespół z ogromną tradycją, dzisiaj będący jednak cieniem samego siebie z lat 80. i 90. W połowie września zespół z Groove zaprosił polskiego zawodnika na testy w symulatorze. Te musiały wypaść równie dobrze co wcześniejsze w Renault, bo Polak został zaproszony na jazdy samochodem z 2014 – odpowiednio na torach Silverstone i ponownie Hungaroring. Kolejne świetne wyniki pozwoliły mu dostać zaproszenie na testy opon po zakończeniu sezonu w Abu Zabi. Tam Polak zaprezentował się z bardzo dobrej strony, kontrakt wydawał się być pewny. A jednak, w grę weszło coś, czego nikt nie brał pod uwagę. Wydawało się, że miliony Lawrence’a Strolla wystarczą, Williams potrzebował jednak jeszcze więcej pieniędzy, więc zespołowym partnerem Kanadyjczyka został Siergiej Sirotkin wspierany milionami od SMP. Polakowi przypadła tylko rola kierowcy rozwojowego i rezerwowego.

Odzyskana nadzieja

Sezon 2018 miał być momentem wielkiego powrotu do ścigania. Tego osiągnąć się nie udało, choć w pewnym momencie ponownie pojawił się pomysł startów w WEC. Kubica uznał jednak, że ma za mało czasu, by móc dzielić go między Williamsa i Manora. Wrócił więc do padoku. Jak sam wielokrotnie mówił po wypadku, powróci tam albo jako zawodnik, albo wcale. Dodatkowo dostał od swojego zespołu trzy piątkowe sesje treningowe – w Hiszpanii, Austrii i Abu Zabi oraz letnie testy na Hungaroringu. Miał w nich możliwość po pierwsze lepszego poznania samochodu w nowej specyfikacji, a po drugie znajdowania jego słabych punktów i przekazywania swoich spostrzeżeń inżynierom.

Jak bywa w świecie Formuły 1, plotek nie brakowało. Tym razem zaczęło się dość szybko, bo już w sierpniu, kiedy to borykający się z problemami finansowymi zespół Force India został przejęty przez Lawrence’a Strolla i zmienił się w Racing Point Force India. Logiczne były więc pytania, kiedy do zespołu taty dołączy Stroll junior. Początkowe plotki mówiły, że nastąpi to niezwłocznie, później, że przed Grand Prix Singapuru. Miejsce Kanadyjczyka w kokpicie bolidu zespołu z Groove miałby zająć Polak. Ostatecznie do tej zmiany nie doszło i Polak musiał zadowolić się rolą rezerwowego do końca roku.

To jednak nie znaczy, że wokół krakowianina nie było zainteresowania. Wręcz przeciwnie. Pierwsze plotki transferowe mówiły, że do „Różowych Panter” (jak określa się Force India) w nowym sezonie chce go zabrać Stroll, który uważa go, poniekąd słusznie, za świetnego nauczyciela. Ten pomysł szybko został obalony, gdyż nie za bardzo można było się pozbyć drugiego kierowcy, Meksykanina Sergio Péreza, z którym do zespołu wszedł sponsor. Dalej najrealniejszy wydawał się powrót z Williamsem.

Kilku kandydatów – jedno miejsce

Jedynym problemem było to, czy brytyjska ekipa nie będzie zmuszona zatrudnić tam kogokolwiek z bogatym sponsorem, by dopiąć budżet. Odejście Martini i wycofanie się z umowy Hype Energy Drink w ostatniej chwili spowodowało, że perspektywa finansowa nie wyglądała zbyt obiecująco. Na plus Kubicy zagrało wsparcie, o którego udzieleniu zapewnił szef Orlenu oraz premier Morawiecki. Powierzony juniorowi Mercedasa Georgowi Russellowi (który, co ciekawe, miał zachęcać do swojej kandydatury prezentacją stworzoną w PowerPoincie) jednego z samochodów, oznaczało znaczne obniżenie kosztów działalności, gdyż jednostkę napędową do tego bolidu będzie za darmo dostarczać niemiecka stajnia.

Do drugiego samochodu wciąż stała długa kolejka chętnych, jednak dwóch wybijało się na pierwszy plan – Kubica oraz Esteban Ocon, drugi z juniorów Mercedesa. Stracił on miejsce na rzecz Strolla w Force India, więc jego patron wysłał zapytanie do drugiego z zespołów, któremu dostarcza jednostki napędowe. Ocon nie był jednak zainteresowany jazdą w, bądź co bądź, najsłabszym w stawce bolidem i zażądał czterech milionów euro pensji. Na to Williams zgodzić się nie mógł, i pole postion w tym wyścigu zajął Polak.

Co prawda w ostatniej chwili pojawiła się jeszcze propozycja Ferrari, dla którego RK miałby pracować w symulatorze, jednak wątpliwym było, czy nasz zawodnik  zdecyduje się na tę ofertę. Przecież nie po to tyle pracował, by cofnąć się o kilka lat, gdy podobną pracę wykonywał dla zespołu Mercedesa. Z drugiej strony jazda bolidem Williamsa też może być niezbyt przyjemna. Jednak to zawsze uczestnictwo w wyścigach, a żeby wspaniała historia się domknęła, potrzebne jest takie zakończenie. Tylko czy to już zakończenie?

Filmowa historia

Formuła 1 wielokrotnie w swojej historii pisała scenariusze nadające się do przeniesienia z torów do kin. Jedne, jak rywalizacja Laudy i Hunta, zostały już zekranizowane, a inne, jak rywalizacja Senny i Prosta, wciąż czekają na swoją fabularną premierę. Historia Roberta Kubicy również może wpisać się na tą listę – wielki talent wygryzający z zespołu byłego mistrza świata, wyciskający ze swojego samochodu więcej niż to możliwe, czarujący wszystkich nieprawdopodobnymi manewrami, kontrakt z Ferrari leżący na stole i nagle następuje wydarzenie odbierające marzenia – straszny wypadek, po którym miał już nie wrócić do wyczynowego sportu. A jednak wrócił. I to nie tylko do niższych serii, ale i do tej, którą mu odebrano. Do Formuły 1. Już teraz ta opowieść mogłaby zostać zekranizowana. Jednak jest jeszcze jeden element, którego na chwilę obecną w niej brakuje – mistrzostwa świata.

Czy Kubica jest w stanie po nie sięgnąć? Raczej nie, jednak nie jest to spowodowane jego brakami. Po prostu do F1 w międzyczasie weszło wielu młodych, utalentowanych kierowców (jak chociażby Charles Leclerc), a ekip mogących rywalizować o tytuł nie ma za dużo. Większość zespołów woli stawiać na zawodników, którzy są ich juniorami, by ewentualny sukces mógł się sprzedać jeszcze lepiej. Choć z drugiej strony Toto Wolff, szef Mercedesa, w rozmowie z Eleven Sports stwierdził: – Jeśli Kubica zdmuchnie George’a w każdej sesji i nagle samochód Williamsa będzie na ósmej pozycji, a nie na osiemnastej, to zapewniam was, że każdy duży zespół popatrzy na Roberta i spyta, czy chce dla nich jeździć. Czy tak rzeczywiście będzie? Obyśmy mieli okazję się przekonać. I choć tegoroczny model Williamsa nie daje wielu powodów do optymizmu, to jeżeli Lewis Hamilton (aktualny mistrz świata) mówi, że Robert „jest lepszy niż większość obecnej stawki F1”, to chyba nie mamy się o co martwić, a nasz pierwszy i jedyny kierowca w królowej sportów motorowych da nam sporo emocji i powodów do radości.

Rafał WANDZIOCH